„W tłusty czwartek zamiast faworków najadłam się wstydu. Po słowach teściowej zapadłam się pod ziemię”
„Atmosfera była przyjemna, rozmowa kleiła się nadzwyczaj dobrze. Opowiadałam o przepisie prababci, który rzekomo znalazłam w starym notatniku. Im bardziej kłamałam, tym łatwiej mi to przychodziło. Przecież faworki były pyszne, nikt nie mógłby się zorientować”.

- Redakcja
Ten dzień miał być moim tryumfem, ostatecznym dowodem na to, że nadaję się na perfekcyjną panią domu. Zamiast tego stał się areną spektakularnej porażki. Kiedy teściowa odłożyła na porcelanowy talerzyk nadgryzionego faworka i spojrzała mi w oczy z tym swoim przenikliwym wyrazem twarzy, wiedziałam, że żadna ilość cukru pudru nie przykryje kłamstwa, które właśnie zaserwowałam. To, co powiedziała przy pełnym stole, sprawiło, że chciałam zniknąć, rozpłynąć się jak masło na rozgrzanej patelni.
Byłam jej przeciwieństwem
Nigdy nie byłam typem domatorki, która z radością spędza godziny, lepiąc pierogi. Moim żywiołem była praca w agencji reklamowej, deadline'y i kreatywne burze mózgów. Jednak małżeństwo z Kacprem wprowadziło mnie w świat jego rodziny, gdzie tradycja była wręcz święta. W centrum tego wszechświata stała teściowa – kobieta instytucja. Zawsze nienaganna, w domu, który wyglądał jak żywcem wyjęty z magazynu wnętrzarskiego. Dla niej „kupne” jedzenie było ostatecznością, aktem desperacji. W jej kuchni wszystko powstawało od podstaw. Rok temu, gdy na nasz pierwszy wspólny tłusty czwartek przyniosłam pączki z sieciówki, zapadła krępująca cisza. Teściowa zjadła pół, wytarła kąciki ust i skwitowała:
– Ciekawe. Dużo spulchniaczy, prawda?
Czułam się wtedy jak uczennica przyłapana na ściąganiu.
W tym roku poprzysięgłam sobie zemstę – a raczej rehabilitację. Postanowiłam udowodnić jej i sobie, że jestem godną partnerką dla jej syna. Wzięłam dzień wolny, znalazłam w internecie „niezawodny przepis babci Zosi” na faworki lekkie jak piórko i czekałam na moment chwały. Jednak rzeczywistość zweryfikowała moje plany bez ostrzeżenia. Dzień przed tłustym czwartkiem w pracy wybuchł pożar – dosłownie i w przenośni. Kluczowy klient odrzucił projekt, nad którym ślęczeliśmy od miesiąca. Zamiast robić zakupy, siedziałam w biurze do późnej nocy, ratując kampanię. Do domu wróciłam wykończona, z pulsującym bólem głowy. Kacper już spał. Stanęłam w kuchni, patrząc na pusty blat. Brak mąki krupczatki, brak spirytusu, brak sił. Wiedziałam, że jeśli zacznę smażyć rano, nie zdążę doprowadzić mieszkania do porządku przed wizytą teściów.
Wtedy w mojej głowie zrodził się plan awaryjny. Wydawał mi się genialny w swojej prostocie, a okazał się gwoździem do mojej trumny. Przypomniałam sobie o małej cukierni na drugim końcu miasta, którą zachwalała koleżanka:
– Robią wypieki jak w domu, zero chemii, nikt się nie pozna.
Zasnęłam z niespokojnym sumieniem, ale z nadzieją, że jakoś wybrnę.
Serce zabiło mocniej
Obudziłam się wcześnie, czując ucisk w żołądku. Kacper, nieświadomy niczego, pocałował mnie w czoło i pojechał do biura, życząc powodzenia w „kuchennych rewolucjach”. Gdy tylko drzwi się zamknęły, ruszyłam. Szybki prysznic i rajd przez miasto. Kolejka wiła się aż na chodnik, co uznałam za dobry znak. Po czterdziestu minutach stania na mrozie zdobyłam dwa wielkie pudełka faworków. Wyglądały idealnie – nieregularne, cieniutkie, z bąblami. Pachniały obłędnie.
W domu zaczęła się inscenizacja. Przesypałam faworki na ślubną paterę. Tekturowe pudełka upchnęłam na dnie kosza na śmieci, maskując je odpadkami. Na blacie rozsypałam mąkę, zostawiłam wałek i miskę celowo ubrudzoną resztkami ciasta naleśnikowego ze śniadania. Dom miał wyglądać tak, jakbym właśnie skończyła smażyć ciastka. Nawet rozpyliłam aromat waniliowy. Kiedy o trzynastej pięćdziesiąt pięć zadzwonił dzwonek, byłam gotowa. Fartuszek oprószony mąką (detal zadbany z premedytacją) i uśmiech numer pięć: „zmęczona, ale szczęśliwa”.
Weszli. Teściowa w beżowym płaszczu i teść z bukietem tulipanów.
– Ależ tu pięknie pachnie! – zawołał od progu teść. – Prawdziwy dom.
– Starałam się – odpowiedziałam skromnie.
Usiedliśmy w salonie. Kacper, który wrócił wcześniej, parzył kawę, chwaląc mnie przy rodzicach.
– Sandra wstała dziś o świcie. Jak wychodziłem do pracy, już walczyła z ciastem. Mówię wam, skarb nie żona.
Czułam, jak rumieniec wypływa mi na policzki. Nie z dumy, lecz z palącego wstydu. I brnęłam dalej. Konsekwencja była moją jedyną deską ratunku. Teściowa usiadła i powiodła wzrokiem po paterze. Jej spojrzenie przypominało skaner.
– Wyglądają imponująco – przyznała, sięgając po jeden. – Bardzo cienko rozwałkowane. To wymaga wprawy. Używałaś maszyny do makaronu czy wałkowałaś ręcznie?
Serce zabiło mocniej.
– Ręcznie – skłamałam gładko. – Chciałam, żeby było tradycyjnie. Namachałam się wałkiem, aż mnie ramiona bolą, ale chyba było warto.
– I zbijałaś ciasto wałkiem, żeby napowietrzyć? – dopytywała.
– Oczywiście. Przez dobre pół godziny. Sąsiedzi pewnie myśleli, że robię remont – zażartowałam, siląc się na swobodę.
Kacper postawił filiżanki. Atmosfera była przyjemna, rozmowa kleiła się nadzwyczaj dobrze. Opowiadałam o przepisie prababci, który rzekomo znalazłam w starym notatniku. Im bardziej kłamałam, tym łatwiej mi to przychodziło. Przecież faworki były pyszne, nikt nie mógłby się zorientować.
Zrobiło mi się gorąco
Wszyscy chrupali ze smakiem. Teść mruczał z zadowolenia, Kacper sięgał po trzeciego. Tylko teściowa jadła powoli, analizując każdy kęs. W pewnym momencie odłożyła nadgryzionego faworka. Wytarła usta, upiła łyk kawy i spojrzała na mnie. W pokoju zapadła cisza, jakby ktoś nagle odciął prąd.
– Sandro – zaczęła łagodnym, ale stanowczym tonem. – Bardzo doceniam, że chciałaś nas ugościć. Naprawdę. Jednak jest mi niezmiernie przykro, że uznałaś, iż musisz przed nami odgrywać ten teatr.
Zrobiło mi się gorąco.
– Słucham? – wykrztusiłam. – Jaki teatr? Mamo, nie rozumiem...
– Te faworki – wskazała dłonią paterę. – Są znakomite. Wiem o tym doskonale, bo to faworki od Stasi z cukierni „Słodki Kącik” przy ulicy Długiej.
Krew odpłynęła mi z twarzy. Kacper przestał żuć, teść zamarł z filiżanką w połowie drogi do ust.
– Co ty opowiadasz, mamo? – wtrącił się Kacper. – Przecież widziałem rano mąkę w kuchni...
– Stasia to moja kuzynka – przerwała mu Elżbieta, nie odrywając ode mnie wzroku. – Pomagałam jej układać ten przepis trzydzieści lat temu. Dodajemy do ciasta szczyptę kardamonu i odrobinę octu winnego zamiast spirytusu, co daje ten specyficzny, korzenny posmak. Nie da się go pomylić z niczym innym. Poza tym... – sięgnęła do torebki i wyjęła telefon.
Moje serce waliło.
– Stasia wysłała mi rano zdjęcie kolejki przed swoim sklepem, chwaląc się ruchem – kontynuowała, przesuwając palcem po ekranie. – I zobacz, kogo tu mamy w tle, w tej charakterystycznej zielonej czapce, którą dostałaś od Kacpra na gwiazdkę?
Pokazała mi ekran. Byłam na zdjęciu, nieco w oddali, ale wyraźnie widoczna.
Patrzyła na mnie z politowaniem
Marzyłam, by podłoga się rozstąpiła. Nie mogłam wydusić słowa. Moje misterne kłamstwo, budowane na strachu przed oceną, legło w gruzach. Kacper patrzył na mnie z niedowierzaniem – nie był zły, był zawiedziony. To bolało bardziej.
– Dlaczego po prostu nie powiedziałaś, że nie masz czasu? Że kupiłaś? Przecież to żaden wstyd – zapytał cicho.
Spuściłam głowę, łzy napłynęły mi do oczu.
– Bo chciałam... – głos mi się załamał. – Chciałam, żeby było idealnie. Jak u ciebie, mamo. Bałam się, że jeśli znowu podam coś kupnego, uznasz, że nie dbam o dom, że jestem beznadziejna. Że nie zasługuję na bycie częścią tej rodziny.
W pokoju słychać było tylko tykanie zegara. Czułam się naga.
– Dziecko – teściowa westchnęła. Jej głos się zmienił, zniknęła nauczycielska surowość. – Czy ty naprawdę myślisz, że ja całe życie spędzam przy garach z uśmiechem na ustach? Że wartość człowieka zależy od zagniecionego ciasto?
Podniosłam wzrok. Patrzyła na mnie z politowaniem, ale bez pogardy.
– Wymagam jakości – ciągnęła. – Dlatego cenię dobre rzemiosło. Faworki Stasi są najlepsze w mieście. Sama bym ich lepszych nie zrobiła, mam już artretyzm. Gdybyś postawiła je na stole i powiedziała: „Znalazłam genialną cukiernię”, pochwaliłabym cię za zaradność i gust.
Otworzyłam szeroko oczy
To był moment przełomowy. Zrozumiałam, że zbudowałam w swojej głowie potwora – obraz teściowej czyhającej na moje potknięcie, podczas gdy to ja sama, swoimi kompleksami, stworzyłam ten dystans.
– Przebrałaś się w fartuszek, usypałaś mąkę... – teść zaśmiał się cicho, rozładowując atmosferę. – Muszę przyznać, że inscenizacja na poziomie oscarowym. W reklamie rzeczywiście was tego uczą.
– Przepraszam – szepnęłam, czując, jak kamień spada mi z serca, choć policzki wciąż piekły. – Byłam głupia. Po prostu... tak bardzo mi zależało.
Teściowa sięgnęła po kolejnego faworka.
– Zależy ci, to widać – powiedziała, gryząc kruche ciasto. – Ale następnym razem, błagam, nie rób z nas idiotów. Jesteśmy rodziną. A w rodzinie nie trzeba udawać. I pamiętaj: perfekcyjna pani domu to mit. Ja też kiedyś kupiłam gotowy makaron i przesypałam do słoika, jak teść przyjechał z wizytą. Miałam dwadzieścia pięć lat i dwoje małych dzieci.
Otworzyłam szeroko oczy.
– Ty? Naprawdę?
– Oczywiście. Mój teść do końca życia chwalił, jak cienko kroję kluski – mrugnęła do mnie.
Reszta popołudnia upłynęła w innej atmosferze. Pękł balon nadęcia, który sama nadmuchałam. Tamten tłusty czwartek nauczył mnie więcej niż wszystkie poradniki. Nauczył mnie, że autentyczność smakuje lepiej niż najbardziej wykwintne kłamstwo, a teściowa pod pancerzem damy też jest człowiekiem, który bywa zmęczony i idzie na skróty. Teraz kiedy zbliża się Wielkanoc, nie udaję. Jeśli nie będę miała czasu, zamówię catering. A faworki od pani Stasi kupuję już oficjalnie – zawsze dwa pudełka. Jedno dla nas, drugie dla teściowej.
Sandra, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Upiekłam z serca pączki z nadzieniem, bo marzyło mi się uznanie teściowej. Wróciłam z pustym talerzem i bez nadziei”
- „Mąż nigdy nie miał dla mnie czasu i ciągle powtarzał, że jest zmęczony. Za to do kochanki biegał w podskokach”
- „Myślałam, że pączki przypomną dzieciom o rodzinnych tradycjach. Tłusty czwartek pokazał mi, że bardzo się myliłam”