Reklama

Mam dziesięcioletnią córkę Julkę i męża, którego nie poznaję od kilku miesięcy. Ma na imię Marek. I chyba właśnie odchodzi z mojego życia – powoli, codziennie, po kawałku.

Zawsze uwielbiałam święta. Wigilia była dla mnie czymś więcej niż tradycją – była próbą zatrzymania miłości przy stole. Dbałam o każdy szczegół: biały obrus, cynamon w kompotach, karp bez ości. I o to, byśmy byli razem. Bo przecież rodzina to nie są tylko ludzie pod jednym dachem – to ciepło, spojrzenia, uśmiechy. Przynajmniej kiedyś tak myślałam.

W tym roku coś było inaczej. Marek od tygodni chodził nieobecny. Telefon zawsze trzymał ekranem do dołu. Częściej go nie było niż był. Znikał bez słowa. A kiedy już wracał – siedział cicho. Nie kłóciliśmy się. Nawet tego już nie było między nami.

Mamo, a tata będzie dziś z nami na kolacji? – spytała Julka rano, ubierając choinkę.

Uśmiechnęłam się.

– Oczywiście, kochanie. To przecież Wigilia.

Powiedziałam to, choć sama nie byłam pewna.

Widziałam, co robi mąż

Wigilia zaczęła się punktualnie o siedemnastej. Stół uginał się od potraw, choinka migała światłami, a goście – Kasia z partnerem, teściowie i moja mama – rozmawiali głośno, jakby wszystko było jak zawsze. Tylko ja siedziałam jak na szpilkach. I patrzyłam na Marka.

Wszedł spóźniony, nawet się nie uśmiechnął. Tylko przywitał się krótko i... od razu sięgnął po telefon. Pisał. Zmarszczył brwi, coś wystukiwał kciukiem, potem znowu spojrzał w ekran. Po chwili dyskretnie się uśmiechnął. Myślał, że nikt nie zauważy? Bo ja widziałam wszystko. I każda jego wiadomość wbijała mi się pod skórę jak drzazga.

– On znowu coś pisze? – mruknęła Kasia, stojąc obok mnie w kuchni, gdy nakładałam pierogi na półmisek.

– Z pracy pewnie coś dostał – rzuciłam szybko. – Chyba coś pilnego.

– No tak, pilne sprawy korporacyjne o dziewiętnastej w Wigilię – parsknęła z przekąsem.

Wróciłam do salonu i pochyliłam się do Marka.

– Możesz na chwilę odłożyć ten telefon? – szepnęłam, z trudem ukrywając drżenie głosu.

– Daj spokój. To tylko coś z biura – odpowiedział, nie patrząc mi w oczy.

– Jasne...

Usiadł z powrotem, ale telefon wciąż leżał na jego kolanach, ekranem do dołu. A ja czułam, jak we mnie narasta niepokój. I nie potrafiłam już dłużej udawać, że wszystko jest w porządku.

Pokłóciliśmy się

Po kolacji Marek zniknął z salonu. Powiedział coś pod nosem, że „musi zadzwonić” i wyszedł do przedpokoju. Goście rozmawiali, Julka śpiewała kolędę z babcią, a ja… ja stałam przy kuchennym blacie, gapiąc się w ścianę i licząc do dziesięciu. Minuty mijały. Dziesięć. Piętnaście. Kiedy wreszcie wrócił, wyglądał, jakby ktoś go przyłapał na kradzieży. Unikał wzroku, mruknął coś o „kliencie” i zajął się przeglądaniem prezentów spod choinki. Potem przyszedł do kuchni. Zamknęłam cicho drzwi.

– Myślisz, że nie widzę, jak się uśmiechasz do ekranu? – powiedziałam przez zaciśnięte zęby.

– Karolina, nie teraz – syknął. – Są goście.

– Nie interesuje mnie to. Chcę wiedzieć, z kim piszesz.

– Z kimś z pracy, do cholery! Możesz przestać?

W tym momencie do kuchni wparowała Kasia z butelką wina.

– Widzę, że święta rodzinne jak zwykle na poziomie – rzuciła, unosząc brew.

Marek wyszedł bez słowa. Ja zostałam, z gardłem ściśniętym do bólu.

– Wiesz, że to nie praca – powiedziała cicho Kasia. – Nie jestem ślepa. Zajrzyj mu kiedyś do tego telefonu.

Ale ja wtedy jeszcze chciałam wierzyć, że to ja przesadzam. Że Marek jest zmęczony. Że święta go przerastają. Tylko dlaczego wtedy tak cholernie chciało mi się płakać?

Nie zamierzałam milczeć

Szukając korkociągu, przeszukiwałam szafkę pod blatem. Drzwi były lekko uchylone. Obok talerzy… leżał telefon Marka. Odblokowany. Porzucony jakby specjalnie, jakby czekał, żebym zajrzała.
Zamarłam. Przez chwilę tylko patrzyłam. I wtedy ekran rozświetlił się nową wiadomością.

„Tęsknię. Jak długo jeszcze będziesz udawał?”

Palce same sięgnęły po telefon. Czat był otwarty. Zdjęcie profilowe kobiety – zbyt młodej, zbyt pewnej siebie – i dziesiątki wiadomości. O nim. O niej. O tym, że „znowu nie miał odwagi”. O tym, że „jej głos koi”. Serca. Uśmiechy. Plany.

Zrobiło mi się niedobrze. Wróciłam do salonu powoli. Usiadłam przy stole. Udawałam. Śmiałam się z żartów. Przytakiwałam teściowi. Ale czułam, jak wszystko we mnie pęka.

– Marek – powiedziałam nagle, przerywając rozmowę. – Z kim piszesz?

Wszystkie oczy zwróciły się na mnie. Marek zamarł, z łyżką w ręce.

– Co ty…? – zaczął.

– Z kochanką? – zapytałam już głośniej, z tym dziwnym spokojem, który przychodzi tuż przed krzykiem.

Marek milczał. Kasia upuściła widelec.

No to pięknie – rzuciła gorzko. – Wesołych Świąt.

Julka spojrzała na mnie przerażona. Wiedziałam, że to, co się właśnie stało, już się nie da cofnąć.

Jak on mógł mi to zrobić?

Zamknęliśmy się w sypialni. Ja – ze złamanym sercem. On – z milczeniem. Oparłam się o drzwi i spojrzałam na niego tak, jak patrzy się na obcego człowieka, którego znało się całe życie.

– Ile to trwa? – zapytałam bez emocji.

Marek tylko westchnął. Wzrok miał wbity w podłogę.

– To nie tak, jak myślisz…

– Nie? – przerwałam mu z zimnym śmiechem. – A jak? Że to tylko teksty z TikToka? Że to nie była prawdziwa rozmowa, tylko ćwiczenia z pisania?

– Karolina, ja… ja nie wiem, co się ze mną dzieje. Nie planowałem tego. To… zaczęło się samo.

– Samo? Czyli co? Przypadkiem masz romans?

Usiadł na łóżku, ukrył twarz w dłoniach. Milczał. A ja stałam i patrzyłam na tego mężczyznę, z którym miałam się zestarzeć. Który mówił, że jestem „jego domem”. I który teraz bał się spojrzeć mi w oczy.

– Emocjonalna relacja, tak? – dodałam cicho. – To teraz takie modne.

– Nie chciałem cię ranić.

– Ale jednak się udało. Gratuluję.

Wyszłam, zanim zdążył odpowiedzieć. Czułam, że jeśli zostanę choć sekundę dłużej, coś rozbiję. Za drzwiami było cicho. Goście szeptali między sobą. A Julka... siedziała na podłodze i układała puzzle, jakby chaos świata jeszcze do niej nie dotarł.

Wszystko się zmieni

Po wszystkim wróciłam do salonu. Uśmiechnęłam się, tak jak kobiety uśmiechają się, gdy wszystko się w nich rozsypało. Kasia tylko spojrzała na mnie z troską, ale nic nie powiedziała. I dobrze. Nie chciałam więcej słów. Chciałam tylko spokoju. Albo ciszy. Czegokolwiek, co nie boli.

Gdy gości wyszli, Julka poszła spać. Ucałowałam ją w czoło, położyłam się obok. W jej pokoju pachniało dzieciństwem, kredkami, szamponem z truskawką i bezpiecznymi snami. A jednak leżałam z otwartymi oczami, wpatrzona w ciemność. W sypialni obok Marek też pewnie nie spał. Ale to już nie był mój problem.

Patrzyłam w sufit i w głowie układałam pytania, których nigdy mu nie zadam: „Czy ją kochasz?”, „Czy mnie kiedykolwiek zdradzałeś wcześniej?”, „Czy jeszcze coś do mnie czujesz?”. Ale odpowiedzi były nieważne. Bo nic nie cofnęłoby tego momentu, w którym zerknęłam w jego telefon. Tego ukłucia. Tego „tęsknię” nie do mnie.

Zaczęłam myśleć o rozwodzie. Tak po prostu. Bez paniki. Bez płaczu. Zaczęłam wyobrażać sobie życie bez Marka. I, ku mojemu zaskoczeniu, nie wyglądało jak katastrofa. Raczej jak coś, co mogę przetrwać. Spojrzałam na Julkę. Była taka spokojna. Taka ufna. Muszę być silna. Dla niej. Dla nas, bo zostaniemy we dwie i będziemy sobie musiały poradzić.

Karolina, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama