„W tym roku na działce zbierałem nie tylko mirabelki. Wśród wielu kwaśnych śliwek znalazłem dorodną, słodką brzoskwinię”
„Nie mogłem przestać myśleć o tym, jak miło z nią się rozmawiało. Trochę się za to na siebie zezłościłem, bo to tak, jakbym zdradzał Marysię. Kolejnej soboty wróciłem na działkę, choć poprzedniego wieczoru mówiłem sobie, że nie warto”.

- Redakcja
Każdej jesieni przyjeżdżałem na działkę, żeby ją zamknąć na zimę. Wcześniej z Marysią – to był nasz rytuał. Przykrywaliśmy krzaki agrestu, zabezpieczaliśmy kran, a potem siadaliśmy na ławce i piliśmy herbatę z termosu. Śmiała się, że jestem zbyt dokładny z tym foliowaniem wszystkiego, a ja żartowałem, że jak ktoś z nas przeżyje zimę, to chociaż truskawki będą wdzięczne.
Chciałem z tym skończyć
Ona nie przeżyła. Przyszła zima i zabrała mi ją w nocy. Cicho, bez uprzedzenia. Nawet się nie pożegnała. Od tamtej pory działka to już nie miejsce do życia, tylko świątynia wspomnień. Mimo to ciągnie mnie tu co jakiś czas. Miałem plan, że posprzątam, pozbieram liście, zakręcę wodę i może… już więcej nie wrócę.
Bo ile można łudzić się, że coś się jeszcze zmieni? Że będzie inaczej? Że przestanie boleć? Czasem patrzę na słoik po dżemie, który Marysia zostawiła na półce, i myślę: po co to wszystko?
Tego dnia wstałem później niż zwykle. Liście na drzewach już żółkły, a trawa straciła letni blask. Spakowałem do bagażnika grabie, sekator i stare rękawice. Nie planowałem tam długo siedzieć. Chciałem obciąć ostatnie pędy malin i zebrać mirabelki, które zasypały cały trawnik.
Gdy skręcałem w wysypaną żwirem alejkę, zauważyłem coś niezwykłego. Altana za naszym płotem, pusta od kilku lat, tętniła życiem. Ktoś rozwieszał światełka na werandzie, coś nucił pod nosem, a potem rozmawiał przez telefon, głośno i pogodnie, jakby właśnie zaczynał wakacje.
Zatrzymałem się na chwilę przy furtce. Czułem się, jakby ktoś wstawił kolorową fotografię do czarno-białego albumu.
Nie spodziewałem się
Zabrałem się do pracy. Liście szeleściły pod butami, gdy z drugiej strony płotu ktoś nagle zawołał:
– Dzień dobry!
Podniosłem głowę. Stała tam kobieta, mniej więcej w moim wieku, może trochę młodsza. Miała czerwony szalik i uśmiech, który przypomniał mi wiosenne poranki sprzed lat.
– Dzień dobry – odpowiedziałem, odrobinę zaskoczony.
– Wprowadziłam się wczoraj. No, może nie tak całkiem, bo to tylko na chwilę. Jesień, wiadomo. Ale chciałam mieć swoje miejsce. Trochę spokoju, trochę natury… I może trochę ludzi, którzy jeszcze potrafią się uśmiechnąć.
Uśmiechnąłem się grzecznościowo. Chciałem wrócić do pracy, ale ona nie odchodziła.
– Nazywam się Helena. A pan?
– Ryszard – rzuciłem krótko.
– Bardzo mi miło. Działki pustoszeją, prawda? Jesień… Ludzie już nie chcą marznąć dla kilku jabłek. Ale mnie to miejsce od razu się spodobało. Ma duszę. A dusza to więcej niż mury.
Zagadywała mnie
Pokiwałem głową.
– To prawda – przyznałem.
– A może napije się pan herbaty? Mam w termosie malinową z goździkiem. Albo przyniosę ciasto. Upiekłam wczoraj, ze śliwkami.
– Dziękuję. Może innym razem.
– Jak pan woli. Ale będę kusić, uprzedzam – powiedziała i zniknęła w altanie.
Przez resztę dnia nie mogłem przestać myśleć o tym, jak miło z nią się rozmawiało. Trochę się za to na siebie zezłościłem, bo to tak, jakbym zdradzał Marysię.
Kolejnej soboty wróciłem na działkę, choć jeszcze poprzedniego wieczoru mówiłem sobie, że może nie warto. Ale coś mnie pchało. Zanim zdążyłem wyjąć grabie z bagażnika, usłyszałem znajomy głos.
– Ryszardzie! Mam coś dla pana.
Odwróciłem się. Pani Helena stała już przy płocie. W jednej ręce trzymała termos, w drugiej papierowe pudełko.
– Obiecałam ciasto – powiedziała, otwierając wieczko. – Ze śliwkami. Chciałam panu podziękować za to, że wtedy pan ze mną porozmawiał. Wiem, że to nic wielkiego, ale dla mnie było.
Byłem zaskoczony
Poczułem się niezręcznie. Takie rzeczy mówiła kiedyś Marysia. Prosto, zwyczajnie, ale trafiały do środka.
– To ja dziękuję – odpowiedziałem. – Rzadko ktoś dziś jeszcze tak po prostu…
Usiedliśmy po dwóch stronach płotu. Pani Helena nalała herbaty do dwóch emaliowanych kubków.
– Mój mąż też lubił śliwki. Zawsze mówił, że dopiero gdy są lekko pomarszczone, smakują najlepiej – powiedziała z uśmiechem.
– Byliście długo razem? – zapytałem, zanim zdążyłem się powstrzymać.
– Czterdzieści lat. Umiał być uparty jak osioł, ale jak kochał, to do końca. Zmarł dwa lata temu, w łóżku, spokojnie. Bez pożegnania, bez słowa.
Nie odpowiedziałem. Nie trzeba było.
– A pan? – zapytała cicho.
– Trzy lata. Też nagle, też w łóżku. Do dziś nie potrafię zaparzyć herbaty bez myśli, że ona zaraz wejdzie do kuchni.
– Czuję podobnie – powiedziała. – Ale wie pan co? Mimo tego wszystkiego… dobrze jest czasem usiąść z kimś, kto wie, o czym się nie mówi.
Skinąłem głową. Chciałem jej powiedzieć, że ma rację i że to moja pierwsza dłuższa rozmowa od dawna, ale słowa nie chciały wyjść. Herbata wystygła. Śliwki w cieście były kwaśne i słodkie zarazem. A ja po raz pierwszy od dawna poczułem, że z kimś dzielę ten wrześniowy dzień.
Pomogłem jej
Tego dnia powietrze pachniało jak wtedy, gdy przyjeżdżaliśmy z Marysią robić przetwory. Słońce grzało nieśmiało, ale wystarczająco, żeby poczuć na plecach ciepło przez sweter. Przed południem usłyszałem za płotem szuranie – pani Helena wyciągała drabinę. Jej śliwa uginała się pod ciężarem owoców, a ona zaczęła wspinać się po szczeblach.
– Halo, pani sąsiadko! – zawołałem. – Niech się pani nie zabija. Pomogę.
Roześmiała się krótko, spojrzała na mnie spod daszka z ręki i zawołała:
– To zapraszam, jeśli pan ma ochotę powalczyć ze śliwkami. Ja już dwa razy prawie zleciałam.
Wszedłem przez uchyloną furtkę. Drzewo było stare, z gałęziami szeroko rozpostartymi, pełne dużych, granatowych śliwek. Niektóre już spadły i rozkładały się w trawie, inne wciąż trzymały się kurczowo.
Pracowaliśmy razem – ona z koszem, ja z kijem. Przez chwilę czuliśmy się jak dzieci, które zbierają owoce na kompot dla babci.
– Gdy byłam mała, robiło się przecier ze śliwek. Babcia mówiła, że śliwki zawsze smakują lepiej, jak się je zbiera w dobrym towarzystwie – rzuciła.
– To chyba najlepszy sezon od lat – powiedziałem, wrzucając kolejne śliwki do skrzynki.
– Bo owoce dorodne?
– Nie przez owoce – odpowiedziałem w końcu.
Zaskoczyłem samego siebie. Przez moment patrzyliśmy na siebie tak, jakby oboje wiedzieli, że jedno słowo mogło zmienić wszystko.
Polubiliśmy się
Drzewa ogołociły się z liści. Mimo to przyjechałem na działkę jeszcze raz. Miałem już spakowaną skrzynkę z narzędziami, zwinąłem wąż, zakręciłem wodę i zamknąłem na kłódkę szopę. U Heleny było światło. Pomyślałem, że się pożegnam. Ale kiedy zobaczyła mnie, wyszła z altany.
– Wchodź, mam ostatni słoik konfitury z malin. Muszę się nim z kimś podzielić, bo jak nie, to zjem cały sama.
Na stole stały dwa kubki, w tle grało radio. Usiadłem naprzeciw niej.
– Długo się dziś zbierałeś. Już myślałam, że nie przyjedziesz – powiedziała.
– Zastanawiałem się – przyznałem. – Czy w ogóle tu jeszcze wracać. Czy jest sens.
– To samo miałam rano w głowie – odpowiedziała. – Ale potem pomyślałam, że nie wszystko musi mieć sens. Czasem wystarczy, że coś sprawia, że jest lżej.
Podała mi słoik z konfiturą. Uśmiechnąłem się.
– To takie moje pożegnanie – powiedziała. – Słodkie, ale z pestkami.
Zamilkliśmy. Zza okna było widać puste grządki, krzaki przykryte agrowłókniną i stare wiadro.
– Myślałem, że już nigdy nie poczuję się blisko z kimkolwiek. Że to się nie zdarza drugi raz – powiedziałem cicho. – A potem przyszedłem tutaj… i ty byłaś.
Nie czuję się samotny
Przesunęła palcem po krawędzi kubka.
– Też tego nie planowałam. Ale cieszę się, że się spotkaliśmy. Nie wierzę w przypadki. Myślę, że czasem ktoś po prostu staje przy nas, gdy przestajemy udawać, że sobie radzimy.
Spojrzała na mnie uważnie.
– Wrócisz tu wiosną?
Zacisnąłem dłonie na kubku. Patrzyłem przez okno na drzewa, które jeszcze niedawno miały liście.
– Jeśli ty tu będziesz, to nie mam wyboru.
Uśmiechnęła się lekko. A ja pierwszy raz od dawna nie bałem się przyszłości.
Miasto wciągnęło mnie z powrotem jak zwykle – w tramwaje, w zimne klamki, w ciszę mieszkania, która wieczorami dzwoniła głośniej niż telefon. Ale tym razem coś było inaczej. Nie błądziłem już myślami po pustych pokojach. Nie wyciągałem zdjęć Marysi z szuflady, by przypominać sobie, jak wyglądała, bo nie musiałem sobie przypominać. Była przy mnie, tak samo jak Helena.
Nie wiem, co będzie dalej. Może nic, a może wszystko. Ale wiem, że chcę spróbować jeszcze raz. Na razie znowu uczę się czekać.
Ryszard, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zachwycałam się życiem siostry za granicą. Po podróży do Stanów zrozumiałam, że o wiele bardziej wolę się kisić na działce”
- „Przez weselny toast taty miałem ochotę schować się pod stół. Przed setką osób wygłosił odę do mojej byłej”
- „Pod podszewką kurtki z second handu odkryłam skarb. Ta niespodziewana fortuna przyniosła szczęście nie tylko mnie”