Reklama

Święta zawsze były dla mnie wyjątkowym czasem. Pachniało cynamonem, piernikiem, a dom wypełniała ciepła muzyka i lampki choinkowe. Rok wcześniej kupiliśmy z mężem mieszkanie i obiecaliśmy sobie, że te Święta będą niezapomniane. Ustaliłam, że to ja zajmę się prezentem dla niego. Miał być jeden, ale wyjątkowy. Chciałam, żeby się wzruszył, żeby zobaczył, że go kocham, ale zamiast łez szczęścia, zobaczyłam coś, czego nie przewidziałam. Zimne oczy, bez słowa wyjaśnienia i walizka, po którą sięgnął, jakby czekała na ten moment od dawna.

Chciałam perfekcyjnych świąt

Święta w tym roku planowałam z rozmachem. Już w listopadzie miałam rozpisane wszystko: od menu na Wigilię, po kolejność mycia okien. Michał tylko się śmiał, że znowu przesadzam, ale ja naprawdę chciałam, żeby było perfekcyjnie. To były nasze pierwsze święta w nowym mieszkaniu. Mówił, że jemu wystarczy barszcz i mój uśmiech, ale ja wiedziałam, że to tylko takie gadanie. Każdy lubi czuć, że ktoś się dla niego stara. A ja się starałam. Do granic możliwości.

W pracy wzięłam dwa dni urlopu, by ogarnąć wszystko na spokojnie. Choinkę ubierałam przy „Last Christmas”, popijając kompot z suszu, który robiłam z gotowca (są takie w słoiku od razu!), ale pachniało jak z dzieciństwa. Wieczorami pakowałam prezenty w papier z reniferami, przewiązywałam je czerwoną wstążką i podpisywałam starannie. Dla Michała przygotowałam tylko jeden prezent – i to właśnie on miał sprawić, że zapamięta te święta na całe życie. Nie był drogi. Nie był też wielki, ale był bardzo osobisty.

W ostatni weekend przed świętami zasiedliśmy razem przy stole i robiliśmy uszka. Michał był w dobrym humorze, opowiadał głupoty, całował mnie w czoło. Niby wszystko było jak trzeba. Mimo to od kilku dni czułam coś w powietrzu. Jakby napięcie, którego nie dało się uchwycić. Może byłam przewrażliwiona. A może nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że coś się zmienia.

– Będzie idealnie – mruknęłam do siebie, gdy układałam ostatnie ozdoby na stole. I wtedy usłyszałam jego telefon wibrujący po raz piąty w ciągu godziny.

Zamarł, gdy to zobaczył

Wigilia minęła spokojnie, chociaż miałam wrażenie, że Michał był nieobecny. Uśmiechał się, składał mi życzenia, nawet przytulił mnie na moment dłużej, niż się spodziewałam, ale kiedy spojrzałam mu w oczy, miałam wrażenie, że coś ukrywa. Po kolacji zjedliśmy sernik, który nie wyszedł mi tak dobrze, jak zwykle, a potem przeszliśmy do prezentów. Najpierw wręczył mi bransoletkę – delikatną, złotą, z małym serduszkiem. Była piękna, choć nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że kupił ją raczej z poczucia obowiązku. Mimo to podziękowałam mu z uśmiechem i pocałowałam w policzek. A potem sięgnęłam po jego prezent.

– To coś bardzo osobistego – powiedziałam, podając mu starannie zapakowane pudełko. – Mam nadzieję, że ci się spodoba.

Wziął je w dłonie, przez chwilę patrzył na nie, jakby się zastanawiał, czy naprawdę chce je otworzyć. W końcu rozwiązał wstążkę i powoli zdjął papier. Gdy zobaczył zawartość, zamarł. Dosłownie. Oczy miał szeroko otwarte, a dłonie lekko zadrżały. Nic nie powiedział. Tylko zamknął pudełko, odłożył je na stół i odwrócił się w stronę korytarza.

– Michał? – zapytałam niepewnie. – Co się stało?

Nie odpowiedział. Ruszył do sypialni, wyjął walizkę spod łóżka i zaczął ją pakować. W milczeniu. W panice podbiegłam do niego, próbując zrozumieć.

– Co ty robisz? – krzyknęłam. – O co ci chodzi?!

Wtedy spojrzał na mnie i powiedział tylko jedno zdanie:

– Nie powinienem był tego ukrywać tak długo.

Nie pytałam już więcej

Stałam w drzwiach sypialni i patrzyłam, jak Michał bez słowa wrzuca do walizki ubrania. Koszule, jeansy, szczoteczka do zębów, ładowarka. Wszystko mechanicznie, jakby planował to od dawna. Miałam ochotę go zatrzymać, złapać za rękę, zmusić, żeby mi powiedział, o co chodzi, ale coś we mnie kazało czekać. Może nie chciałam usłyszeć prawdy.

– Michał, proszę cię. Możesz mi chociaż powiedzieć, co cię tak uderzyło? To tylko prezent. Myślałam, że się ucieszysz...

– To nie był prezent – przerwał mi, nie podnosząc wzroku. – To była pułapka.

Zamarłam. Jak można tak nazwać coś, co miało być dowodem miłości? W tamtej chwili poczułam, że coś mi się wymyka spod kontroli. Coś, czego nie da się już zatrzymać.

– Nie rozumiem cię. To był album. Ze zdjęciami z naszych wspólnych chwil. Zdjęcia z Chorwacji, z Mazur, z naszej parapetówki. Myślałam, że... że to ci przypomni, ile razem przeszliśmy.

Zapiął walizkę, podniósł ją i dopiero wtedy spojrzał mi w oczy.

– Problem w tym, że ty nie wiesz wszystkiego o tych chwilach. I chyba właśnie dlatego muszę odejść.

Nie pytałam więcej. Wiedziałam, że jeśli go teraz zatrzymam, to tylko odwlekę to, co i tak było nieuniknione. Patrzyłam, jak zakłada kurtkę, jak wychodzi. I jak zamyka za sobą drzwi. Bez słowa. A potem w mieszkaniu zapanowała cisza. Taka, która nie miała nic wspólnego ze spokojem.

Byłam kompletną idiotką

Przez kilka dni nie potrafiłam ruszyć się z miejsca. Siedziałam na kanapie z tym samym kocem na kolanach i patrzyłam w pustą przestrzeń. Czasem dźwięk windy przyciągał moją uwagę, jakby serce miało nadzieję, że to on wrócił, ale nie wracał. Zostawił po sobie tylko ciszę, pustą szafkę i jedną, jedyną wiadomość na lodówce: „Muszę to sobie wszystko poukładać”.

Album wciąż leżał na stole. Nie miałam odwagi do niego zajrzeć. W końcu jednak zebrałam się i otworzyłam pierwszą stronę. I wtedy to zobaczyłam. W jednej z koszulek, między zdjęciami z naszej wycieczki do Gdańska, przez przypadek wsunął się wydruk z galerii telefonu. Przeglądając zdjęcia do albumu, musiałam przez nieuwagę dołączyć nie to, co trzeba. Było tam zdjęcie, którego nie znałam. On – przytulony do jakiejś kobiety. Na plaży. Uśmiechnięty. Szczęśliwy. Zrobione kilka miesięcy wcześniej, sądząc po dacie.

Ręce mi się trzęsły. Od razu wzięłam telefon, przejrzałam stare wiadomości, galerie. Nie było ich tam, ale wystarczyło jedno kliknięcie w chmurę. I wtedy wszystko zaczęło się składać. Ukryte zdjęcia, foldery, których nigdy wcześniej nie widziałam. On prowadzący podwójne życie, a ja – idiotka – przygotowująca dla niego pamiątkę wspólnych chwil. To zdjęcie, przypadkowo wsunięte w album, było jak detonator. Rozumiem teraz, co miał na myśli, mówiąc, że nie powinien był tego ukrywać. Nie planował, żebym się dowiedziała, ale los zagrał swoje.

Nie błagałam o wyjaśnienia

Po odkryciu tych zdjęć wszystko nabrało innego znaczenia. Każdy pocałunek, każdy śmiech, każde „kocham cię” wydawało się fałszywe, jakby ktoś nagle podmienił moje wspomnienia na wyblakłe kopie. Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy to zaczęło się psuć. Czy wtedy, gdy wracał później z pracy? Gdy wyciszał telefon na noc? Czy może to ja po prostu nie chciałam niczego widzieć? Nie dzwoniłam do niego. Nie błagałam o wyjaśnienia. Miałam zdjęcia, daty, wiadomości – wszystko mówiło samo za siebie, ale to nie znaczyło, że nie bolało. Bolało tak, że nie mogłam oddychać. A najbardziej bolało to, że nie byłam już nawet zła. Byłam zawiedziona. Zmęczona.

Pewnego dnia podjechałam pod jego firmę. Chciałam tylko zobaczyć, czy tam jest. Stałam w aucie, obserwując wejście. I wtedy ją zobaczyłam. Kobieta ze zdjęcia. Wyszła z budynku, a chwilę później dołączył do niej Michał. Przytulił ją, pocałował w skroń i odjechali razem. To wystarczyło. Nie płakałam. Nie krzyczałam. Po prostu wróciłam do domu, zaparzyłam herbatę i zaczęłam pakować resztę jego rzeczy w pudła. Nie miałam już pytań. Nie potrzebowałam odpowiedzi. Wiedziałam, że te ślady zostaną ze mną na długo, gdzieś głębiej, tam, gdzie dojrzewają nasze lęki i niepewność. Jednocześnie coś się we mnie zaczęło leczyć. Jakby prawda – choć brutalna – w końcu pozwoliła mi przestać czekać.

Byłam wolna, choć rozbita

Minęły tygodnie, zanim dom przestał pachnieć jego wodą kolońską. Każdy kąt przypominał mi o nim. Nawet szuflada z herbatami – zostawił tam swoją ulubioną miętową, której nigdy nie lubiłam, ale zawsze mu kupowałam. Teraz nie miał jej kto pić. I dobrze. Powoli przyzwyczajałam się do tej pustki, chociaż czasem wciąż łapałam się na tym, że słysząc kroki na klatce, nasłuchuję, czy to on. Nie wrócił. I nie napisał. Ostateczność miała w sobie coś wyzwalającego. Nie musiałam już udawać, że coś jeszcze da się naprawić. Byłam wolna, choć rozbita. Ale wiedziałam, że kiedyś się pozbieram. Nie od razu, nie jutro. Kiedyś.

Najgorsze było to, że wciąż zdarzało mi się śnić o nim. W tych snach byliśmy razem, śmialiśmy się, trzymaliśmy za ręce. Budziłam się z uczuciem, jakby brakowało mi powietrza. Ale z czasem nawet sny przycichły. I zaczęłam żyć. Wyrzuciłam ten cholerny album. Nie chciałam go przerabiać, nie chciałam zachowywać „dla siebie”. To nie był już mój świat. Na nowo poukładałam mieszkanie. Przemalowałam sypialnię. Kupiłam nową pościel. Niby drobiazgi, a jednak zmieniały wszystko. I zaczęłam powoli przypominać sobie, kim byłam zanim zaczęłam być z nim. W święta rok później wyjechałam. Sama. I pierwszy raz od dawna naprawdę poczułam się spokojna. Nie szczęśliwa – to jeszcze nie ten etap, ale już spokojna.

Natalia, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama