Reklama

Miałem świeżo odebrane mieszkanie. Pachniało jeszcze farbą i nowością, choć już zdążyłem je trochę oswoić – plamą po kawie na parapecie, szafką krzywo przykręconą pierwszego dnia i zasłonami, które kupiłem trochę za ciemne, ale już nie miałem siły ich zwracać.

Lubiłem samotność

Na początku myślałem, że Sylwester będzie idealną okazją, żeby zaprosić znajomych. Pokazać im, że mam białe kafelki w kuchni, o których opowiadałem, i że z 11. piętra naprawdę widać kawałek lasu, jeśli się dobrze wychylić. Nawet zrobiłem listę gości. Siedem nazwisk, w tym trzy z poczucia obowiązku, a potem jakoś mi przeszło.

Nie chciało mi się kombinować z krzesłami, z alkoholem, z „ej, a można palić na balkonie?”. Zamiast tego zamówiłem pizzę, włączyłem serial, który znałem na pamięć, i usiadłem w dresie na kanapie, która nie była jeszcze do końca spłacona. Samotność nie bolała, raczej koiła. Była spokojna, przewidywalna. Nie stawiała pytań, nie czekała na odpowiedzi. Właściwie to nie byłem sam. Byłem ze sobą i to mi wystarczało.

Parę minut przed północą ubrałem się cieplej i wyszedłem z mieszkania. Cisza na korytarzu była przyjemna, niemal hotelowa. Windą pojechałem na samą górę, a potem jeszcze piętro wyżej, schodami, na dach. Nie było tu żadnego zakazu – po prostu mało kto wiedział, że drzwi nie są zamknięte.

Nie spodziewałem się jej

Byłem przekonany, że będę sam. Niebo było czyste, mroźne, a powietrze miało w sobie tę zimową ostrość, która zmuszała do krótkiego wdechu. Przez chwilę czułem się jak w kapsule oderwanej od reszty miasta. A potem zobaczyłem kobietę – stała kilka metrów dalej, oparta o betonowy murek. Miała czapkę naciągniętą na uszy i długi szal. Nie ruszała się, tylko patrzyła w górę.

Pomyślałem, że z grzeczności powinienem się odezwać, ale nie miałem żadnego planu na ten kontakt. Stanąłem niedaleko, w bezpiecznej odległości. Przez chwilę patrzyliśmy w tym samym kierunku, jakby coś miało się wydarzyć.

– Ludzie lubią hałas – powiedziałem cicho, bardziej do siebie niż do niej. – Może po to, żeby zagłuszyć myśli.

Nie odpowiedziała od razu, ale nie było w tej ciszy niechęci.

– Albo żeby poczuć, że coś się nie zmienia – rzuciła po chwili.

Zaskoczyło mnie, że rozmowa w ogóle się zaczęła. Nie znałem jej. Kojarzyłem twarz z windy, czasem mijaliśmy się na klatce, ale nigdy nie zamieniliśmy słowa. W tym momencie wydało mi się to dziwne. Mieszkać tuż obok kogoś i nie wiedzieć, jak ma na imię.

– W sumie – powiedziałem – nie przypuszczałem, że można kogoś spotkać na tym dachu.

Rozmowa się toczyła

Myślałem, że to moje miejsce.

– Ja też tu czasem przychodzę, ale zwykle o innych godzinach.

Przeniosłem wzrok z nieba na nią. Patrzyła przed siebie, nie na mnie. Nie miałem pojęcia, jak długo tu stoi. Może od dziesięciu minut, może od godziny.

– Wiesz – dodała – zwykle nie rozmawiam z sąsiadami. Ty chyba też nie.

– Nie bardzo.

Nie było w tym wyrzutu. To była tylko konstatacja, która z jakiegoś powodu brzmiała neutralnie. Przez chwilę staliśmy w ciszy, której nikt nie próbował przerywać. Coś w tej sytuacji wydawało się właściwe. Może dlatego, że nikt niczego od nikogo nie chciał.

– Masz kogoś?

Parsknąłem.

– Ładne otwarcie.

– Nie otwieram niczego. Pytam, bo wyglądasz jak ktoś, kto się sam ze sobą urządził.

– To źle?

– Nie. To tylko rzadkie.

Rozumiała mnie

Odwróciłem wzrok. Miasto pod nami jeszcze nie spało – w oknach błyskały telewizory, ktoś na dole puszczał fajerwerki.

– A ty? – zapytałem. – Co robisz tu sama w Sylwestra?

– To samo, co ty. Patrzę na obcych ludzi, jak udają, że dobrze się bawią.

– Czyli jesteśmy tacy sami?

– Nie. Ty uciekasz, ja… chyba też, ale wolę myśleć, że to wybór.

Spojrzałem na nią. Z bliska miała ostre rysy i spojrzenie, które nie pasowało do jej głosu. Była zmęczona, ale nie słaba. Trochę jak ja. Wzięła głęboki oddech.

– Nie lubię Sylwestra. Nigdy nie lubiłam. Ludzie wrzeszczą, piją za przyszłość, której się boją, robią zdjęcia, których nikt potem nie ogląda.

– I myślą, że od jutra będą kimś innym.

– Tak. A potem budzą się z kacem i tym samym życiem.

– Dobrze, że my nie musimy udawać – mruknąłem.

Zapadła krótka cisza. Nie było już fajerwerków. Gdzieś daleko ktoś jeszcze krzyczał, ale tutaj było tylko nas dwoje i echo rozmowy, która nie powinna się zdarzyć, a jednak się działo.

Nie miałem oczekiwań

– Co byś zrobił, gdyby można było zacząć jeszcze raz? – zapytała.

– Nic. Nie mam ochoty jeszcze raz przeżywać tego samego, tylko z większą świadomością, że i tak się zepsuje.

– Odważne. Albo smutne.

– Albo jedno i drugie.

Nie odpowiedziała. Patrzyła przed siebie.

– Wiesz – dodała po chwili. – Gdybyśmy się poznali w windzie, pewnie byśmy sobie tylko skinęli głową. I to by było wszystko.

– Może i lepiej. Tam nie ma dokąd uciec.

– Tu też nie ma, ale przynajmniej jest niebo.

Nie znałem jej imienia, a mimo to mówiłem więcej niż przez cały miniony rok. Zamilkliśmy prawie jednocześnie, tak, jakby ktoś z zewnątrz wyłączył naszą rozmowę jednym kliknięciem. Znowu zostaliśmy tylko my i niebo. Rzadko czułem się tak spokojnie w czyimś towarzystwie. A może to już nie było towarzystwo – może to było coś w rodzaju wspólnej obecności, bez napięcia, bez oczekiwań? Prawie przyjemne.

Zimno dawało się we znaki. Poprawiła szalik, owinęła się szczelniej, ale nie ruszyła się z miejsca. Przez moment myślałem, że może trzeba coś jeszcze powiedzieć, może powinienem jakoś zakończyć to, co właśnie się wydarzyło, ale ona mnie ubiegła.

– Jutro się wyprowadzam.

Zaskoczyła mnie

Zacisnąłem dłonie w kieszeniach kurtki i wbiłem wzrok w ciemność, gdzie jeszcze chwilę temu eksplodowały sztuczne ognie.

– Serio? – zapytałem. Nie z niedowierzaniem, raczej bez pomysłu, co innego można w tej sytuacji powiedzieć.

– Serio. Nowe mieszkanie, inna dzielnica, inne życie.

Nie wiedziałem, czy to była informacja, pożegnanie, ostrzeżenie, czy zwykła próba domknięcia tej dziwnej sceny. Nie odpowiedziałem. Milczałem długo i chyba to wystarczyło, żeby wszystko się rozpadło. Takie rzeczy mają krótki termin ważności.

Odwróciła się pierwsza i ruszyła w stronę drzwi prowadzących na klatkę. Poszedłem za nią w milczeniu. Na schodach słychać było nasze kroki, jeden po drugim, miarowe. Zatrzymała się przy drzwiach do swojego piętra. Przez chwilę wydawało mi się, że może się odwróci, może coś jeszcze powie, ale nie. Złapała za klamkę.

– Dobrego roku – rzuciła, odwrócona do mnie plecami.

I zniknęła za drzwiami. Zostałem sam na korytarzu. Cichy, chłodny przeciąg przeleciał mi po karku. Ruszyłem do siebie, powoli, jakby nic się nie stało. Choć coś się stało.

Tomasz, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama