„W walentynki błagałem moją dziewczynę o 2. szansę. Przez swoją głupotę już zawsze będę świętował Dzień Singla”
„Wspólne mieszkanie, wakacyjne zdjęcia, niedzielne obiady u jej rodziców. W środku jednak coraz częściej panowała cisza, która bolała bardziej niż kłótnie. Uciekałem w pracę, w kolejne projekty i terminy, a gdy mówiła, że czuje się samotna, wzruszałem ramionami. Byłem przekonany, że przesadza”.

- Redakcja
Cztery lata z Bożeną wyglądały z zewnątrz jak spokojne, poukładane życie. Wspólne mieszkanie, wakacyjne zdjęcia, niedzielne obiady u jej rodziców. W środku jednak coraz częściej panowała cisza, która bolała bardziej niż kłótnie. Uciekałem w pracę, w kolejne projekty i terminy, a gdy mówiła, że czuje się samotna, wzruszałem ramionami. Byłem przekonany, że przesadza. Ostatni raz wyszedłem z domu pewny, że to ona pierwsza zadzwoni. Nie zadzwoniła.
Ja nie będę nikogo zatrzymywał
Cały poranek w walentynki spędziłem przy komputerze, udając spokój. Potem pomyślałem, że jeśli teraz nie pojadę, to już nigdy. Tulipany kupiłem odruchowo. Stały przy wejściu do marketu, już przecenione, lekko przywiędłe na końcach. „Idealne podsumowanie twojego wyczucia czasu” – pomyślałem z goryczą, wkładając je do koszyka. W samochodzie było duszno, choć luty nie rozpieszczał temperaturą. Co chwilę ściskałem kierownicę mocniej, jakbym miał zaraz zawrócić. W głowie układałem zdania.
– Bożena, wiem, że zawaliłem.
Za miękko.
– Przesadziłaś z tymi pretensjami, ale… ja też nie byłem w porządku.
Za bardzo przypominało nasze stare rozmowy, w których zawsze musiałem mieć rację. Na czerwonym świetle wyobraziłem sobie jej twarz. Tę z pierwszych miesięcy – rozświetloną, kiedy opowiadała mi o swoich planach. I tę z ostatnich tygodni – zmęczoną, gdy siedziała naprzeciwko mnie przy kuchennym stole.
– Ja już nie mam siły walczyć o twoją uwagę, Kuba – powiedziała wtedy cicho.
– Przesadzasz – odpowiedziałem bez podnoszenia wzroku znad telefonu. – Przecież jesteśmy razem.
Pamiętam, że podniosła się bez słowa. Dopiero po chwili usłyszałem trzask szafki w łazience. Nie pobiegłem za nią. Uznałem, że ochłonie. Teraz, jadąc pod jej blok, zaczynałem rozumieć, że to nie ona powinna była ochłonąć. Zaparkowałem kawałek dalej. Nie chciałem, żeby zobaczyła mój samochód od razu. Światło w kuchni było zapalone. Stałem chwilę przy aucie, patrząc w górę, jakbym czekał na jakiś znak. Bukiet drżał mi w dłoni, chociaż nie było wiatru. Przypomniałem sobie naszą ostatnią rozmowę przed moim wyjściem.
– Może powinniśmy zrobić sobie przerwę – rzuciła.
– Jeśli tego potrzebujesz, proszę bardzo – odpowiedziałem chłodno. – Ja nie będę nikogo zatrzymywał.
Zatrzasnąłem drzwi z poczuciem, że wygrałem. Że to ja postawiłem granicę. Przez kolejne dni sprawdzałem telefon, ale nie zamierzałem pisać pierwszy. Każda godzina bez wiadomości była jak mały pojedynek, który – w moim przekonaniu – musiałem wygrać. Pod jej blokiem zrozumiałem, że w tej grze nie było zwycięzców. Podszedłem bliżej, stanąłem przy ławce naprzeciw wejścia. Z góry dobiegał przytłumiony śmiech. Znałem ten dźwięk. Potrafiłem rozpoznać jej śmiech nawet w tłumie. Serce przyspieszyło mi tak nagle, że aż musiałem oprzeć się o zimny metal poręczy.
– Spokojnie – mruknąłem do siebie. – Po prostu porozmawiacie.
Wyobraziłem sobie, że otwiera drzwi, patrzy na mnie zaskoczona.
– Kuba? Co ty tu robisz?
– Przyszedłem powiedzieć, że się myliłem – odpowiadam. – Że się bałem. I że chcę spróbować jeszcze raz.
W tej wersji historii wpuszcza mnie do środka. Siadamy przy stole. Tulipany trafiają do wazonu, a my zaczynamy od nowa. Podniosłem wzrok na jej okno. Cień przesunął się po zasłonie. Ktoś jeszcze był w kuchni. Poczułem, jak coś we mnie twardnieje – nie z gniewu, raczej z przeczucia, że za chwilę zobaczę coś, na co nie byłem gotowy. Stałem tak kilka minut, wpatrując się w światło, jakby od niego zależało moje dalsze życie.
Ktoś zajął moje miejsce
Nacisnąłem domofon.
– Tak? – jej głos w słuchawce byłby spokojny.
– To ja – odpowiedziałbym. – Możemy porozmawiać?
Cisza. Potem dźwięk otwieranych drzwi. Wszedłem po schodach, każdy krok był cięższy od poprzedniego. Otworzyła drzwi. Stanęła w progu i popatrzyła na mnie uważnie.
– Przypomniałeś sobie o mnie, by zobaczyć, czy potrafię się śmiać bez ciebie? – zapytała.
– Przyjechałem, bo cię ciągle kocham – wyszeptałem.
– A kiedy byłam obok, dlaczego tego nie okazywałeś? – odpowiedziała spokojnie.
Nie miałem na to dobrej odpowiedzi nawet w swojej głowie. Przez ostatnie miesiące reagowałem na jej potrzeby jak na zarzut. Kiedy mówiła: "Chciałabym, żebyśmy czasem po prostu usiedli i porozmawiali", odpowiadałem: "Przecież rozmawiamy". Ale to nie była rozmowa. To była wymiana informacji. Kto odbierze paczkę. Kiedy przyjdzie rachunek. Czy w weekend jedziemy do jej rodziców. Unikałem tematów o przyszłości. Gdy wspominała o wspólnych planach, żartowałem, że jeszcze mamy czas.
Prawda była taka, że bałem się zobowiązań
Bałem się, że jeśli naprawdę się zaangażuję, stracę kontrolę. Więc trzymałem dystans, jakby chłód miał mnie ochronić. Tylko przed czym? Patrzyłem w jej okno i po raz pierwszy dopuściłem do siebie myśl, że mój dzisiejszy przyjazd nie jest czystym gestem miłości. To była próba odzyskania pozycji. Chciałem upewnić się, że wciąż mogę wejść do jej życia, kiedy uznam to za stosowne.
– To nie jest miłość, Kuba – powiedziała cicho. – To strach przed przegraną.
I dodała:
– Ja już się przy tobie napłakałam w ciszy.
To zdanie wracało do mnie z prawdziwej przeszłości. Wypowiedziała je kiedyś, gdy myślała, że nie słyszę. Stała wtedy w łazience, a ja udawałem, że pracuję. Usłyszałem szept, który miał być tylko dla niej. Tulipany zaczęły mi ciążyć. Nagle wydały mi się śmieszne. Jak plaster przyklejony na coś, co od dawna wymagało rozmowy, a nie gestów. Przyjrzałem się Bożenie jej uważniej. W jej twarzy dostrzegłem coś, czego nie widziałem od miesięcy – spokój. I to właśnie zabolało najbardziej. Nagle stało się coś, czego zupełnie się nie spodziewałem. Nagle zza jej pleców wyłonił się Damian. Znałem go z widzenia. Kiedyś wspominała, że pracują przy jednym projekcie. Wtedy tylko skinąłem głową, nie dopytując. Teraz spojrzał na mnie uważnie, położył rękę na jej ramieniu, a następnie ją objął, pytając z troską w głosie:
– Wszystko w porządku, kochanie?
– Tak, właśnie skończyliśmy rozmawiać.
Aż mnie zamurowało. Zrozumiałem, że w jej życiu jest już ktoś inny. Nogi miałem jak z waty. Chciałem stamtąd jak najszybciej uciec. Czułem zazdrość, żal, absurdalne poczucie, że ktoś zajął moje miejsce. Jakbym zapomniał, że sam to miejsce opuściłem. Patrzyłem, jak ktoś inny pochyla się nad jej słowami z uwagą, której ja nie potrafiłem jej dać. Ścisnąłem tulipany mocno i zbiegłem po schodach. Kilka płatków opadło na chodnik.
Miłość nie rozpada się jednego dnia
Nie wytrzymałem. Odszedłem kilka kroków od klatki i wyciągnąłem telefon. Jedyna osoba, przy której nie musiałem udawać opanowanego, była zapisana w kontaktach jako „Matylda️”. Nacisnąłem połączenie, zanim zdążyłem się rozmyślić.
– No? – odebrała po trzecim sygnale. – I jak tam?
– Widziałem się z nią. Ona już ma kogoś innego – powiedziałem.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Naprawdę? – zapytała w końcu.
– Tak.
Westchnęła cicho.
– Kuba… czego ty właściwie się spodziewałeś?
Spojrzałem w górę. Światło w kuchni wciąż się paliło.
– Chciałem to naprawić. Myślałem, że da mi jeszcze szansę.
– Kuba, miałeś tę szansę wiele razy i z niej nie skorzystałeś.
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż cokolwiek.
– Zawsze wybierałeś coś innego – dodała Matylda, jakby czytała mi w myślach. – Praca, ambicje, święty spokój. A ona wybierała ciebie. Codziennie.
Przełknąłem ślinę. Miała rację. Sam jestem sobie winny.
– Czasem największym dowodem miłości jest pozwolić komuś odejść – powiedziała. – Nawet jeśli to trudne.
Rozłączyłem się. Zamilkłem. W oddali ktoś przechodził chodnikiem, śmiejąc się głośno. Normalne życie toczyło się dalej, jakby mój dramat był tylko drobnym szczegółem. Wtedy dotarło do mnie, że przegrałem nie z nim. Przegrałem z własnym strachem przed bliskością, który przez lata nazywałem rozsądkiem. Podszedłem do ławki przed blokiem i położyłem na niej tulipany. Ułożyłem je starannie, jakby to miało jeszcze jakieś znaczenie.
Odwróciłem się i odszedłem powoli, czując jednocześnie pustkę i dziwną ulgę. Decyzja zapadła. Tym razem nie uciekłem w pracę ani w dumę. Po prostu przyznałem przed sobą, że nie mam już do czego wracać. Miłość nie rozpada się jednego dnia. Kruszy się po trochu – przez przemilczenia, odkładane rozmowy i przekonanie, że druga osoba zawsze poczeka. Ja nauczyłem się tego, trzymając bukiet przecenionych tulipanów w dłoni.
Kuba, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałam, że w walentynki mi się oświadczy, a on miał dla mnie inną niespodziankę. Niestety to nie był okazały diament”
- „W walentynkowy wieczór odkryłam brudny sekret męża. Gdy zobaczyłam, co robi w łazience, nie miałam już złudzeń”
- „Poszłam na randkę w ciemno, ale znaliśmy się nie tylko z widzenia. Serce pragnęło, ale ja bałam się powtórki z rozrywki”