Reklama

Ten wieczór planowałam od tygodni, dbając o każdy, nawet najmniejszy detal. Wyobrażałam sobie, jak w drzwiach staje elegancki młodzieniec, chłopak mojej córki, może student prawa albo medycyny, z bukietem pąsowych róż dla mnie.

Stresowałam się

Zawsze uważałam, że dom jest wizytówką kobiety. U mnie podłogi lśniły tak, że można było się w nich przeglądać. Tamtego dnia, w walentynki, przeszłam samą siebie. Wyciągnęłam z kredensu odświętną zastawę, którą dostałam od mamy w dniu ślubu. Kryształowe kieliszki błyszczały w świetle żyrandola, a na stole pyszniła się pieczeń rzymska, specjalność zakładu. Roman, mój mąż, siedział w fotelu i udawał spokój, ale widziałam, że i on co chwilę zerka na zegar.

– Daj już spokój z tym poprawianiem serwetek, Halinko – mruknął, przewracając stronę. – Ania to mądra dziewczyna. Na pewno kogoś porządnego wybrała.

Westchnęłam głęboko, poprawiając po raz dziesiąty fałdę na obrusie.

– Obyś miał rację, Roman. Wiesz, jaka ona jest. Dobre serce ma, ale głowę w chmurach. Pamiętasz, jak w liceum litowała się nad każdym przybłędą? A to pies z kulawą nogą, a to koleżanka, co to nikt jej nie lubił. Boję się, żeby w życiu też tak nie wybierała.

Ania kończyła właśnie pedagogikę. Była naszą dumą. Zawsze skromna, ułożona, co niedzielę w kościele w pierwszej ławce. Marzyłam dla niej o kimś, kto zapewni jej stabilizację. O kimś, z kim będzie mogła pokazać się na sumie i nie spłonąć ze wstydu. W naszej małej społeczności opinia ludzka była walutą twardszą niż złoto.

Byłam przerażona

Kiedy zegar wybił osiemnastą, usłyszałam warkot silnika. Podbiegłam do okna, ukrywając się za storczykiem. To, co zobaczyłam, sprawiło, że nogi się pode mną ugięły. Zardzewiały, stary gruchot zaparkował tuż pod naszą bramą, zostawiając na moim idealnie odśnieżonym podjeździe plamę oleju. Z szoferki wysiadł chłopak.

Miał na sobie spraną, wojskową kurtkę, która pamiętała chyba czasy demobilu z lat dziewięćdziesiątych. Do tego bojówki z licznymi kieszeniami, powycierane na kolanach, i buty – ciężkie, robocze trapery, oblepione czymś, co wyglądało na glinę lub błoto. Ale najgorsze były włosy. Długie, związane w niedbały kucyk, z kilkoma kosmykami opadającymi na twarz.

– O Matko Boska – szepnęłam, łapiąc się za serce. – Roman, zobacz, co ona przywiozła.

Mąż podszedł do okna i zmrużył oczy.

– No, artystyczna dusza chyba – skwitował filozoficznie, co tylko bardziej mnie rozsierdziło.

– Jaka artystyczna?! Toż to wygląda jak bezdomny! Co ludzie powiedzą, jak zobaczą, z kim nasza Ania się prowadza?

Dzwonek do drzwi zabrzmiał jak wyrok. Musiałam otworzyć. Musiałam się uśmiechnąć, choć w środku wszystko we mnie krzyczało. Kiedy otworzyłam drzwi, uderzył mnie zapach – nie perfum, ale jakiejś żywicy, terpentyny i zimnego wiatru.

Wyglądał strasznie

– Cześć, mamo! – Ania promieniała. Wyglądała ślicznie, co stanowiło bolesny kontrast z jej towarzyszem. – To jest Kamil.

Chłopak wyciągnął do mnie rękę. Zauważyłam, że dłoń ma szorstką, z brudem wżartym w linie papilarne, którego pewnie nie dało się domyć zwykłym mydłem.

– Dzień dobry pani – powiedział. Głos miał niski, zaskakująco ciepły i kulturalny, ale co z tego, skoro wyglądał, jakby właśnie wyszedł z kanału? – Przepraszam za strój, ale prosto z warsztatu jadę, Ania nalegała, żebyśmy się nie spóźnili.

– Z warsztatu? – powtórzyłam chłodno, cofając rękę szybciej, niż nakazywała grzeczność. – Rozumiem. Proszę wejść. Tylko proszę uważać na dywan, jest świeżo prany.

Usiedliśmy do stołu. Atmosfera była gęsta. Kamil jadł z apetytem, co w sumie powinnam uznać za komplement dla mojej kuchni, ale w moich oczach wyglądało to jak łapczywość. Cały czas patrzyłam na jego ubranie. Ta kurtka wisząca w przedpokoju wydawała mi się obcym ciałem w moim sterylnym domu.

– Czym się pan zajmuje, panie Kamilu? – zapytałam, starając się, by mój ton był uprzejmy, choć wewnątrz kipiałam. – Wspomniał pan o warsztacie. Mechanika pojazdowa?

Nie podobał mi się

Ania spojrzała na mnie ostrzegawczo, ale udawałam, że nie widzę jej wzroku.

– Nie do końca, proszę pani – odpowiedział, wycierając usta serwetką. – Pracuję w drewnie i kamieniu. Renowacje, rzeźba, tego typu rzeczy.

– Aha – skwitowałam krótko. – Czyli praca fizyczna. Ciężki kawałek chleba. I pewnie niezbyt… stabilny finansowo?

– Mamo! – Ania nie wytrzymała. – Kamil jest artystą. I to świetnym.

– Artystą – prychnęłam cicho, nakładając ziemniaki Romanowi. – Z artyzmu, dziecko, to się rodziny nie utrzyma. A życie to nie tylko wiersze i piosenki, to rachunki, dom, dzieci.

Kamil spojrzał na mnie. Jego oczy, muszę przyznać, były inteligentne. Nie było w nich złości, raczej pewien rodzaj smutku i zrozumienia, który mnie zbił z tropu.

– Ma pani rację – powiedział spokojnie. – Stabilizacja jest ważna. Ale pasja też. Staram się łączyć jedno z drugim.

Reszta kolacji upłynęła w niezręcznym milczeniu, przerywanym jedynie stukotem sztućców i nieudolnymi próbami Romana, by zmienić temat na pogodę lub sport. Kiedy w końcu wyszli, poczułam ulgę, ale i ogromny ciężar.

Czułam się upokorzona

Wychowałam Anię na damę, posyłałam na lekcje pianina, angielskiego, dbałam, by miała najlepsze sukienki do kościoła. A ona przyprowadza mi do domu kogoś, kto wygląda, jakby uciekł z placu budowy. Następnego popołudnia Ania wpadła do mnie na chwilę. Od razu wyczuła mój nastrój.

– Nie podobał ci się – stwierdziła, nie pytając.

– Aniu, spójrz prawdzie w oczy – powiedziałam, odkładając ścierkę. – Ten chłopak do ciebie nie pasuje. Ty jesteś delikatna, wykształcona. A on? Brudne paznokcie, stare ubrania. Wstyd mi było przed sąsiadami. Co on może ci zaoferować? Życie w tym starym gruchocie?

– Mamo, jesteś niesprawiedliwa! – krzyknęła, a w jej oczach pojawiły się łzy. – Oceniasz książkę po okładce. Kamil to najszlachetniejszy człowiek, jakiego znam. Pomaga innym, ma złote serce. A te brudne ręce? To od pracy! Uczciwej pracy!

– Praca pracą, ale wygląd świadczy o szacunku do drugiego człowieka – upierałam się przy swoim. – Jak przychodzi na pierwszą wizytę do przyszłej teściowej, to mógłby się chociaż przebrać.

Ania wybiegła z płaczem, a ja zostałam sama w mojej idealnie czystej kuchni, czując, że wygrałam bitwę, ale chyba przegrywam wojnę o córkę.

Oddaliłyśmy się

Minął tydzień. Stosunki z Anią były chłodne, ograniczały się do krótkich SMS-ów. Zbliżał się Wielki Post, więc postanowiłam zająć się czymś pożytecznym, żeby oderwać myśli od rodzinnych problemów. Zgłosiłam się do pomocy przy dekorowaniu kościoła i sprzątaniu salki parafialnej.

Nasz kościół to zabytkowa budowla, piękna, ale wymagająca ciągłych napraw. Od miesięcy proboszcz narzekał na sypiący się boczny ołtarz, ten z figurą świętego Antoniego. Kiedy weszłam do nawy bocznej z naręczem kwiatów, zobaczyłam rusztowanie i postać pracującą przy rzeźbie.

W półmroku kościoła widziałam tylko zarys sylwetki. Mężczyzna pracował w skupieniu. Podłoga wokół była zabezpieczona folią, ale i tak wszędzie unosił się pył. Podeszłam bliżej, żeby zobaczyć postępy prac. Wtedy mężczyzna odwrócił się, żeby sięgnąć po inne narzędzie. To był Kamil. Miał na sobie te same robocze spodnie, co wtedy u mnie w domu, i poplamioną koszulkę. Twarz miał umazaną pyłem, a włosy związane chustką, żeby nie wpadały do oczu. Zamarłam. On też mnie zauważył. Uśmiechnął się niepewnie.

– Dzień dobry, pani Halino – powiedział szeptem.

– Co pan tu robi? – zapytałam, zapominając o kwiatach, które trzymałam.

Nie spodziewałam się go

W tym momencie z zakrystii wyszedł nasz proboszcz, ksiądz Stanisław.

– O, widzę, że pani Halinka już poznała naszego mistrza! – zawołał radośnie, podchodząc do nas. – To prawdziwy dar z nieba ten chłopak. Konserwator zabytków z prawdziwego zdarzenia. Inni chcieli majątek za renowację tego ołtarza, a pan Kamil robi to za zwrot kosztów materiałów. Mówi, że to jego ofiara na rzecz parafii.

Stałam jak wryta. Patrzyłam to na księdza, to na Kamila.

– Konserwator zabytków? – powtórzyłam głucho.

– I to jaki! – zachwycał się proboszcz. – Widziała pani, jak odnowił te detale przy aureoli? Jubilerska robota. Ma chłopak talent w rękach i Boga w sercu. Rzadko się teraz spotyka młodzież, która chce poświęcać swój czas dla kościoła, zamiast gonić za pieniądzem.

Spojrzałam na dłonie Kamila. Te same dłonie, którymi tydzień temu się brzydziłam. Teraz, w świetle witraży, pokryte pyłem ze świętej figury, wyglądały inaczej. Nie były brudne z niechlujstwa. Były spracowane, bo tworzyły piękno. Bo ratowały historię.

– Przepraszam, że wtedy tak wyglądałem – powiedział cicho Kamil, schodząc z drabiny. – Prosto z innej budowy jechałem do pani. Mieliśmy awarię, strop groził zawaleniem u jednej starszej pani, musiałem zabezpieczyć. Nie zdążyłem do domu. A nie chciałem zawieść Ani.

Było mi wstyd

Poczułam, jak coś ściska mnie w gardle. Wstyd, który czułam w walentynki, był niczym w porównaniu do wstydu, który czułam teraz. Oceniłam człowieka po plamach na spodniach, nie widząc, że te plamy powstały, gdy pomagał innym. Oburzałam się na jego stary samochód, nie wiedząc, że wozi nim narzędzia, by ratować zabytki i pomagać ludziom.

Wychowałam córkę po bożemu, dbając o formę, o rytuały, o to, co ludzie powiedzą, ale to moja córka, wybierając tego „obdartusa”, zrozumiała istotę wiary lepiej ode mnie. Patrzyła sercem, nie oczami. Podeszłam do niego powoli. Moje eleganckie buty stuknęły o posadzkę.

– Panie Kamilu – zaczęłam, a głos mi zadrżał. – To ja powinnam przeprosić.

Kamil machnął ręką, uśmiechając się szeroko, co sprawiło, że pył na jego policzkach ułożył się w zabawne zmarszczki.

– Nie ma o czym mówić, pani Halino. Pierwsze wrażenie jest ważne, a ja je koncertowo zepsułem.

– Nie – przerwałam mu stanowczo. – To ja byłam ślepa. Ksiądz proboszcz ma rację. Ma pan talent. I chyba dobre serce, skoro Ania pana wybrała. Ona zawsze miała lepszą intuicję do ludzi niż ja.

Chciałam to naprawić

Wieczorem, kiedy wróciłam do domu, Roman oglądał telewizję. Usiadłam obok niego i położyłam głowę na jego ramieniu.

– Wiesz, Roman – powiedziałam cicho. – Ten chłopak Ani, Kamil, odnawia ołtarz w naszym kościele. Za darmo.

– Mówiłem, że artystyczna dusza – mruknął Roman, nie odrywając wzroku od ekranu, ale czułam, że się uśmiecha.

– Zaproszę ich w niedzielę na obiad – zdecydowałam. – I tym razem upiekę szarlotkę. Ania mówiła, że on lubi szarlotkę. I wiesz co? Nie będę kazała mu zmieniać butów.

Od tamtego dnia minęło kilka miesięcy. Sąsiadka czasem pyta, dlaczego ten robotnik tak często u nas bywa. A ja wtedy z dumą odpowiadam: „To nie robotnik, to artysta, który ratuje nasz kościół. I narzeczony mojej Ani”. Widok jej zdziwionej miny jest bezcenny, ale ważniejsze jest dla mnie to, że kiedy teraz patrzę na Kamila, nie widzę jego wytartych bojówek, ale człowieka, który sprawia, że oczy mojej córki błyszczą szczęściem.

Halina, 56 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama