„W walentynki czekałam na perfumy gourmand z górnej półki. Kiedy odpakowałam tanie podróbki, zerwałam zaręczyny”
„Na walentynki dostałam od narzeczonego perfumy, o których kiedyś tylko wspomniałam. Przez chwilę byłam szczęśliwa, aż zapach zniknął po kilku minutach. To była podróbka. Adam uznał, że »nie ma sensu przepłacać«, nawet jeśli chodzi o mnie. Ten jeden prezent uruchomił lawinę wspomnień i pytań o całe nasze życie. A prawda, którą odkryłam później, była dużo bardziej bolesna, niż się spodziewałam”.

- Redakcja
Walentynki zawsze miały dla mnie znaczenie symboliczne. Nie oczekiwałam drogich prezentów ani wielkich deklaracji, wystarczyłby drobny gest, który mówił: „widzę cię”. Z Adamem wszystko miało być rozsądne i stabilne, bez zbędnych uniesień. Przez długi czas przekonywałam samą siebie, że to właśnie jest dojrzała miłość, nawet jeśli czasem czułam się w niej jak dodatek.
Spojrzałam na flakon. Coś w nim nie grało
Adam wręczył mi małe, eleganckie pudełko wieczorem, kiedy siedzieliśmy na kanapie. Telewizor grał gdzieś w tle, a on podał mi prezent z tym swoim spokojnym uśmiechem, jakby oddawał rachunek do zapłacenia, a nie coś osobistego.
– Wszystkiego dobrego – powiedział krótko.
Serce zabiło mi szybciej. Rozwiązałam wstążkę i od razu poczułam znajomy zapach. Perfumy, o których kiedyś wspominałam mimochodem, stojąc w drogerii. Zrobiło mi się ciepło w środku.
– Pamiętałeś… – wyszeptałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
– Jasne – odpowiedział, wzruszając ramionami. – Przecież mówiłaś, że ci się podobają.
Uśmiechnęłam się szeroko. Przez chwilę byłam po prostu szczęśliwa. Psiknęłam odrobinę na nadgarstek i zamknęłam oczy. Zapach był delikatny, ale po kilku minutach… jakby go nie było. Spojrzałam na flakon. Coś w nim nie grało. Naklejka była minimalnie krzywo, a korek lżejszy, niż zapamiętałam. „Nie przesadzaj” – upomniałam się w myślach. „To tylko perfumy”.
Ale myśl już się pojawiła i nie chciała zniknąć. Poszłam do łazienki, udając, że poprawiam makijaż. Psiknęłam jeszcze raz. Zapach zniknął niemal natychmiast. Poczułam ukłucie wstydu, jakbym robiła coś zakazanego. Sprawdzanie prezentu od własnego narzeczonego wydawało się nielojalne.
Wróciłam do salonu z przyklejonym uśmiechem.
– Ładne? – zapytał Adam, nie odrywając wzroku od ekranu.
– Bardzo – skłamałam półgłosem.
Usiadłam obok niego i nagle przypomniały mi się inne drobiazgi. Jak mówił, że droższa pościel to fanaberia. Jak wybierał najtańsze rozwiązania, nawet jeśli ja marzyłam o czymś innym. Zawsze kończyło się na tym samym zdaniu: „Nie ma sensu przepłacać”. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to zdanie wróci do mnie szybciej, niż się spodziewałam.
Może ktoś go oszukał
Następnego dnia zapach perfum wciąż mnie dręczył, a właściwie jego brak. Stały na półce w łazience, niepozorne, jakby chciały udawać coś, czym nie były. Co chwilę łapałam się na tym, że na nie zerkam, czując złość. W końcu zabrałam je do torebki, tłumacząc sobie, że to czysta ciekawość.
Po pracy spotkałam się z Celiną. Znała mnie na wylot, więc wystarczyło jedno spojrzenie.
– Co się stało? – zapytała na dzień dobry.
Postawiłam flakonik na stoliku między nami.
– Dostałam na walentynki – powiedziałam szybko. – Ale coś jest nie tak.
Celina wzięła perfumy do ręki, obejrzała dokładnie opakowanie, potem psiknęła na pasek papieru.
– Iwona… – zaczęła ostrożnie. – To nie jest oryginał.
Poczułam, jak policzki mi płoną. Wstyd mieszał się z niedowierzaniem.
– Może się mylisz – próbowałam jeszcze. – Może zmienili opakowanie.
– Nie chodzi o opakowanie – przerwała spokojnie. – Ten zapach nie ma trwałości. To podróbka.
Zapadła cisza. Patrzyłam w stół, jakby odpowiedzi miały być wypisane na drewnie.
– Przecież to tylko prezent – powiedziałam w końcu, bardziej do siebie niż do niej. – Nie cena jest ważna.
– Właśnie – Celina spojrzała mi prosto w oczy. – Nie cena. Tylko intencja. On wiedział, co ci daje.
Wracałam do domu z ciężarem w klatce piersiowej. Po drodze próbowałam znaleźć usprawiedliwienie. Może nie wiedział. Może ktoś go oszukał. Może to przypadek. Tych „może” było mnóstwo, ale każde kolejne brzmiało coraz mniej wiarygodnie.
W mieszkaniu Adam siedział przy stole z laptopem.
– Jak spotkanie z Celiną? – zapytał obojętnie.
– Dobrze – odpowiedziałam automatycznie.
Poszłam do sypialni i usiadłam na łóżku. Flakon leżał obok mnie. Zrozumiałam, że nie chodzi już o zapach. Chodziło o to, że ktoś, kto miał mnie poślubić, uznał, że nie warto się postarać. Że wystarczy byle co. I ta myśl bolała bardziej niż sama prawda.
„Bo nie ma sensu przepłacać”
Przez cały wieczór chodziłam jak na szpilkach. Każde jego słowo brzmiało zwyczajnie, aż za bardzo zwyczajnie, jakby nic się nie wydarzyło. W końcu nie wytrzymałam. Zamknęłam laptopa, który stał przed nim, i usiadłam naprzeciwko.
– Musimy porozmawiać – powiedziałam cicho.
Adam uniósł brwi.
– Teraz? Jestem w trakcie czegoś.
– To nie może poczekać.
Wyjęłam perfumy z torebki i postawiłam je na stole. Przez chwilę udawał, że nie rozumie, o co chodzi.
– Co z nimi? – zapytał w końcu.
– Sprawdzałam je – przyznałam. – To nie są oryginalne perfumy.
Zaśmiał się krótko, bez cienia zakłopotania.
– I co z tego? Pachną, prawda?
– Nie o to chodzi – odpowiedziałam, czując, jak drży mi głos. – Dlaczego to zrobiłeś?
Przez moment milczał, po czym westchnął, jakby to on był zmęczony tą rozmową.
– Bo nie ma sensu przepłacać – rzucił. – Wyglądają tak samo. Po co wydawać więcej?
– Ale wiedziałeś, że to dla mnie ważne – wyszeptałam.
– Iwona, to tylko perfumy – odparł. – Nie rób z tego dramatu.
Zapadła cisza. Patrzyłam na niego i nagle zobaczyłam coś, czego wcześniej nie chciałam widzieć. Brak czułości. Brak próby zrozumienia.
– Czy ty w ogóle rozumiesz, że mnie to zraniło? – zapytałam.
– Przesadzasz – powiedział spokojnie. – Szkoda pieniędzy na takie rzeczy.
Te słowa zawisły w powietrzu. „Takie rzeczy”. Wstałam powoli od stołu. Czułam, jak coś we mnie pęka, cicho, bez huku. Wiedziałam już, że ta rozmowa nie jest o perfumach. Była o mnie. I o tym, ile byłam dla niego warta.
Zawsze ustępowałam
Te słowa wracały do mnie przez kolejne dni, uderzając znienacka w najmniej spodziewanych momentach. „Szkoda pieniędzy na takie rzeczy”. Powtarzałam je w myślach, próbując zrozumieć, dlaczego tak bardzo mnie zabolały. Przecież Adam zawsze taki był. Rozsądny, oszczędny, uporządkowany. Tylko że nagle zaczęłam widzieć w tym coś więcej niż cechę charakteru.
Przypomniałam sobie wybór mieszkania. Ja marzyłam o jasnej kuchni i balkonie, on od razu skreślił wszystko, co kosztowało choć odrobinę więcej.
– Balkon to zbędny luksus – mówił wtedy. – Przecież i tak rzadko się z niego korzysta.
Przytaknęłam, choć czułam ukłucie zawodu. Potem była rozmowa o ślubie. Ja chciałam małej uroczystości, ale z odrobiną ciepła, z kwiatami i muzyką. Adam wyliczał koszty, jakby planował remont, nie wspólne życie.
– Po co przepłacać za dekoracje? – pytał. – Przecież to jeden dzień.
Zawsze kończyło się tak samo. Ustępowałam. Mówiłam sobie, że miłość to kompromisy. Tylko że te kompromisy zawsze szły w jedną stronę.
Siedziałam wieczorem sama w salonie, patrząc na perfumy stojące na półce. Nagle dotarło do mnie, że w jego logice ja też byłam kosztem. Moje radości, marzenia, potrzeby – wszystko trzeba było minimalizować, bo nie przynosiło wymiernej korzyści.
Poczułam gniew, czysty i wyraźny. Nie na niego nawet, ale na siebie. Za to, że tak długo godziłam się na bycie dodatkiem do rozsądnego planu. Za to, że tłumaczyłam chłód oszczędnością, a brak czułości pragmatyzmem. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że jeśli tak ma wyglądać reszta mojego życia, to coś jest bardzo nie tak.
Czy chcę takiej przyszłości?
Z Rafałem spotkałam się przypadkiem. Wpadliśmy na siebie pod biurem Adama, kiedy odbierałam dokumenty potrzebne do urzędu. Zaproponował kawę, tak zwyczajnie, bez zastanawiania się, czy to się „opłaca”. Zgodziłam się, choć początkowo czułam opór. Był bratem Adama, a ja nie chciałam wciągać rodziny w swoje wątpliwości.
Usiedliśmy przy małym stoliku pod oknem. Rafał opowiadał o swojej partnerce z naturalną lekkością.
– Wkurza mnie czasem – przyznał z uśmiechem. – Ale jak widzę, że coś ją cieszy, to sam mam z tego frajdę.
Spojrzałam na niego uważniej.
– Nawet jeśli to… nierozsądne? – zapytałam ostrożnie.
– Zwłaszcza wtedy – odpowiedział bez wahania. – Przecież nie wszystko w życiu musi się zgadzać w tabelce.
Te słowa uderzyły mnie mocniej, niż się spodziewałam. Przypomniałam sobie, jak Adam patrzył na mnie, gdy mówiłam o swoich marzeniach. Jakby słuchał planu, który trzeba zaraz poprawić.
– Adam zawsze był inny – dodał Rafał po chwili. – Dla niego bezpieczeństwo to podstawa. Ale czasem… – zawiesił głos – czasem zapomina, że obok jest drugi człowiek.
Wracałam do domu z głową pełną myśli. Zrozumiałam, że to nie była kwestia „męskiego podejścia” ani różnic charakterów. To był wybór. Adam wybierał liczby, ja – emocje. I coraz wyraźniej widziałam, że te dwa światy się nie spotykają.
Stanęłam przed lustrem w przedpokoju i spojrzałam na swoje odbicie. Zobaczyłam kobietę zmęczoną ciągłym tłumaczeniem cudzych decyzji. I po raz pierwszy zapytałam siebie wprost: czy chcę, żeby tak wyglądała moja przyszłość?
Odejście to czasem jedyny sposób
Decyzja przyszła cicho. Pewnego wieczoru usiadłam przy stole, tym samym, przy którym leżały wtedy perfumy, i poczułam spokój, który był mi obcy, ale prawdziwy. Adam wszedł do kuchni z kubkiem herbaty i spojrzał na mnie pytająco.
– Coś się stało? – zapytał.
– Tak – odpowiedziałam. – Ale nie dziś. To się stało już dawno.
Usiadł naprzeciwko, jakby spodziewał się rozmowy o rachunkach. Mówiłam spokojnie. O tym, że czuję się pomniejszana. Że moje potrzeby zawsze były „na potem” albo „niepotrzebne”. Że nie chcę takiego życia, w którym muszę udowadniać, że zasługuję na uwagę.
– Przesadzasz – powiedział odruchowo.
Uśmiechnęłam się wtedy smutno.
– Właśnie o to chodzi. Dla ciebie zawsze przesadzam.
Pakowanie rzeczy zajęło mi niewiele czasu. Najdłużej stałam przed półką w łazience. Wzięłam flakon perfum do ręki i odstawiłam go na miejsce. Nie był mi już potrzebny jako dowód czegokolwiek. Wiedziałam już wszystko.
Kiedy zamknęłam za sobą drzwi, poczułam ulgę. Strach też był, ale nie paraliżował. Po raz pierwszy od dawna miałam wrażenie, że oddycham pełną piersią. Przyszłość była niepewna, lecz moja.
Dziś wiem, że odejście nie zawsze oznacza porażkę. Czasem jest jedynym sposobem, by nie zgubić samej siebie. Najważniejsze lekcje przychodzą nie w wielkich momentach, ale w drobnych gestach, które pokazują, ile naprawdę jesteśmy warte.
Iwona, 28 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki zaprosiłem dziewczynę na wytworną kolację. Chciałem spalić się ze wstydu, gdy zobaczyłem, w czym przyszła”
- „Nie lubię walentynek, bo zawsze spędzam je sama. W tym roku chciałam odczarować fatum, ale historia lubi się powtarzać”
- „Na walentynki mąż podarował mi bilet do Brukseli. Cwaniak chciał się mnie pozbyć, ale przejrzałam jego brudną grę”