„W walentynki dostałam bukiet róż od tajemniczego wielbiciela. Koleżanki z pracy tylko wybałuszyły oczy”
„Stanęłam jak wryta. Odwróciłam się, ale Paweł szedł już dalej, jakby nic się nie stało. Przez chwilę poczułam rozczarowanie pomieszane z ulgą. To nie był ktoś obcy. To był ktoś, kogo widywałam codziennie, a jednak nigdy naprawdę nie zauważyłam”.

- Redakcja
Walentynki nigdy nie były dla mnie szczególnym dniem. Ot, czerwone serca w witrynach i nerwowe uśmiechy par w kolejkach po kawę. Tego poranka przyszłam do biura jak zwykle, z głową pełną terminów i tabel. Nie spodziewałam się niczego poza rutyną. A jednak, gdy na moim biurku zobaczyłam bukiet czerwonych róż bez podpisu, coś we mnie drgnęło. A spojrzenia koleżanek mówiły więcej niż słowa.
Myślałam, że to żart
– To chyba nie dla ciebie… – mruknęła Anka z działu księgowości, udając obojętność.
– Dlaczego niby? – zapytałam, choć sama nie byłam pewna odpowiedzi.
Bukiet stał pośrodku mojego biurka, zupełnie niepasujący do szarości segregatorów i monitorów. Róże były świeże, ciężkie od zapachu, jakby ktoś naprawdę się postarał. Nie było kartki. Ani jednego słowa. Tylko czerwona wstążka.
– No bo… – Anka zawiesiła głos. – Ty nigdy nic nie mówisz o żadnym facecie.
– I może właśnie dlatego – wtrąciła Magda, opierając się o szafkę. – Tajemnicza kobieta, tajemniczy wielbiciel.
Zaśmiały się, ale ja poczułam dziwne napięcie. W głowie zaczęłam odtwarzać ostatnie tygodnie. Czy ktoś mnie obserwował? Czyjaś dłuższa obecność w windzie, spojrzenie w kuchni, które zignorowałam, bo byłam zmęczona?
– Może to żart – powiedziałam w końcu, bardziej do siebie niż do nich.
– W walentynki? Z takim bukietem? – Magda uniosła brwi. – Ktoś tu ma powodzenie.
Przez resztę poranka pracowałam jak automat. Co chwilę łapałam się na tym, że patrzę na drzwi, jakby ktoś miał zaraz wejść i powiedzieć: „To ode mnie”. Każdy dźwięk telefonu przyspieszał mi oddech. Tuż przed przerwą obiadową przyszła recepcjonistka.
– Pani Marto, kurier pytał, czy róże dotarły. Powiedział, że nadawcy bardzo na tym zależało.
– Pytał o coś jeszcze? – zapytałam zbyt szybko.
– Nie. Tylko się uśmiechnął.
Uśmiechnął się. To nie dawało mi spokoju. Bo nagle poczułam coś, czego dawno nie czułam – niepokój zmieszany z ekscytacją. Jakby ktoś uchylił drzwi do życia, które dawno uznałam za zamknięte. Gdy wychodziłam z pracy, wzięłam bukiet ze sobą. Koleżanki patrzyły, jakby żegnały bohaterkę serialu, a ja nie miałam pojęcia, czy ta historia okaże się romantyczna… czy niebezpieczna.
Serce podeszło mi do gardła
Róże postawiłam w kuchni. Ich zapach rozchodził się po całym mieszkaniu, jakby chciał mi przypominać, że ten dzień naprawdę ma znaczenie. Zdjęłam płaszcz, usiadłam na krześle i przez chwilę tylko na nie patrzyłam. Telefon zawibrował, gdy nalewałam wodę do czajnika. Nieznany numer.
„Mam nadzieję, że róże poprawiły Ci dzień”.
Serce podeszło mi do gardła. Stałam nieruchomo, z telefonem w dłoni, jakby każdy ruch mógł spłoszyć tę chwilę.
„Kim jesteś?” – napisałam po dłuższej chwili, czując, że to pytanie brzmi banalnie, ale innego nie miałam.
Odpowiedź przyszła szybko.
„Kimś, kto od dawna chciał się odważyć”.
Usiadłam z powrotem. W głowie pojawiły się twarze z pracy, sąsiedzi z klatki, nawet ekspedient z pobliskiego sklepu, który zawsze mówił mi „miłego dnia” z przesadnym entuzjazmem.
„Dlaczego dziś?” – zapytałam.
Tym razem czekałam dłużej. Zbyt długo.
„Bo uznałem, że jeśli nie dziś, to znowu odłożę to na potem”.
Poczułam ukłucie złości.
– A nie pomyślałeś, że to może być dla mnie dziwne? – powiedziałam na głos, choć wiedziałam, że mnie nie słyszy.
Napisałam to samo, tylko łagodniej. Odpowiedź była krótka.
„Nie chciałem Cię stawiać w trudnej sytuacji. Jeśli chcesz, przestanę”.
Patrzyłam na ekran. Mogłam to zakończyć jednym słowem. A jednak przypomniałam sobie poranki, w których nikt na mnie nie czekał, wieczory spędzane w ciszy, która z czasem przestała być kojąca.
„Nie musisz przestawać” – odpisałam. – „Ale chcę wiedzieć, komu dziękuję”.
Trzy kropki pojawiły się i zniknęły kilka razy.
„Może jeszcze nie dziś”.
Odłożyłam telefon. Zamiast ulgi poczułam ciężar. Wiedziałam jedno – ta niewiadoma nie będzie dawała mi spokoju. I nie miałam pewności, czy na pewno tego chciałam.
Rozejrzałam się nerwowo
Następnego dnia w pracy byłam bardziej czujna niż zwykle. Każdy krok na korytarzu sprawiał, że podnosiłam wzrok znad monitora. Próbowałam zachowywać się normalnie, ale czułam, że coś we mnie się zmieniło. Jakbym brała udział w grze, o której zasadach nie miałam pojęcia.
– Nadal nic nie wiesz? – zapytała Magda podczas porannej kawy.
– Nic – skłamałam bez mrugnięcia okiem.
Nie chciałam się dzielić wiadomościami. Telefon milczał przez całe przedpołudnie, aż w końcu, tuż po jedenastej, ekran znów się rozświetlił.
„Dziś masz granatowy sweter. Dobrze Ci w nim”.
Serce zabiło mi mocniej. Rozejrzałam się nerwowo. Nikt nie stał blisko. Anka była pochylona nad papierami, Magda wyszła na spotkanie. A jednak ktoś mnie widział. Był tu.
„Gdzie jesteś?” – odpisałam niemal natychmiast.
Odpowiedź przyszła po minucie.
„W miejscu, na które nie zwracasz uwagi”.
To zdanie dźwięczało mi w głowie przez resztę dnia. Dopiero po południu, gdy szłam do archiwum na końcu korytarza, minęłam Pawła z działu technicznego. Zawsze cichy, zawsze uprzejmy. Uśmiechnął się do mnie nieśmiało, a ja poczułam nagłe ukłucie w żołądku.
– Cześć – powiedział.
– Cześć – odpowiedziałam, zatrzymując się o sekundę za długo.
Telefon zawibrował niemal w tej samej chwili.
„Teraz już wiesz”.
Stanęłam jak wryta. Odwróciłam się, ale Paweł szedł już dalej, jakby nic się nie stało. Przez chwilę poczułam rozczarowanie pomieszane z ulgą. To nie był ktoś obcy. To był ktoś, kogo widywałam codziennie, a jednak nigdy naprawdę nie zauważyłam.
„Dlaczego nic nie powiedziałeś wcześniej?” – napisałam.
„Bo bałem się, że przestaniesz się do mnie uśmiechać”.
Schowałam telefon do kieszeni. Wiedziałam, że ta historia właśnie weszła na zupełnie inny poziom. I że od teraz każde spotkanie na korytarzu będzie miało drugie dno.
Rozbroił mnie całkowicie
Przez kilka kolejnych dni unikaliśmy się w sposób niemal teatralny. Jeśli Paweł pojawiał się w kuchni, ja nagle przypominałam sobie o pilnym mailu. Gdy ja wchodziłam do windy, on wychodził klatką schodową. A jednak ta cisza była głośniejsza niż wszystkie wiadomości razem wzięte. Telefon milczał. I to bolało bardziej, niż się spodziewałam. Zaczęłam się zastanawiać, czy to ja czegoś nie zepsułam. Może moje pytania były zbyt nachalne, a zgoda na tajemnicę – zbyt pochopna. W piątek tuż przed końcem pracy Magda usiadła na brzegu mojego biurka.
– Wszystko w porządku? Jesteś jakaś nieobecna.
– Jestem tylko zmęczona – odpowiedziałam automatycznie.
Kłamałam i obie o tym wiedziałyśmy. Gdy wychodziłam z biura jako ostatnia, usłyszałam za sobą kroki.
– Marta?
Odwróciłam się. Paweł stał kilka metrów dalej, trzymając w dłoni klucze. Wyglądał na bardziej zdenerwowanego niż ja.
– Nie chciałem, żeby to tak wyszło – powiedział szybko. – Po prostu… spanikowałem.
Przez chwilę żadne z nas się nie odezwało. W korytarzu było cicho, tylko światła jarzeniowe cicho brzęczały nad naszymi głowami.
– Bałeś się bardziej ode mnie? – zapytałam w końcu.
– Bałem się, że jeśli zaczniemy rozmawiać naprawdę, zobaczysz, że nie jestem wart tych róż.
To zdanie rozbroiło mnie całkowicie. Złość, którą w sobie nosiłam, opadła nagle, zostawiając po sobie coś miękkiego i niepewnego.
– Następnym razem – powiedziałam spokojnie – spróbuj nie uciekać.
Uśmiechnął się. Nie szeroko, raczej ostrożnie. Jednak to wystarczyło, żebym poczuła, że coś się domyka… albo właśnie zaczyna.
Przestałam udawać
Nie było wielkiego przełomu ani spektakularnych gestów. Nie wyszliśmy razem tego wieczoru, nie padły obietnice. Po prostu każde poszło w swoją stronę. W poniedziałek rano Paweł czekał przy ekspresie do kawy, jakby to było najbardziej naturalne miejsce na świecie.
– Dzień dobry – powiedział, podając mi kubek. – Dzisiaj bez niespodzianek.
Uśmiechnęłam się.
– Czasem zwykłe „dzień dobry” wystarczy.
Od tamtej pory zaczęliśmy rozmawiać. Najpierw o drobiazgach, potem o sprawach, które zwykle zostawia się dla siebie. Okazało się, że oboje długo żyliśmy obok ludzi, a nie z nimi. Że łatwiej było milczeć niż ryzykować niezręczność. Bukiet róż usechł po dwóch tygodniach. Zostawiłam jedną wstążkę, schowaną w szufladzie biurka. Nie jako symbol romansu, tylko odwagi. Bo walentynki nie zmieniły mojego życia w bajkę. Jednak sprawiły, że przestałam udawać, że niczego mi nie brakuje. Czasem koleżanki nadal na mnie patrzyły z ciekawością.
– I co z tym tajemniczym wielbicielem? – pytały.
– Już nie jest tajemniczy – odpowiadałam. – I to jest w tym najlepsze.
Marta, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Ferie dla starca to czas samotności. Nie sądziłem, że w górskim pensjonacie, ktoś jeszcze zobaczy we mnie mężczyznę”
- „Oferta ferii w domku w Zakopanem za 50% ceny brzmiała jak sen. Szkoda, że na miejscu czekał mnie koszmar”
- „Na balu karnawałowym wywijałam na parkiecie z sąsiadem. Nie wiedziałam, że jego żona zrobi mi przez to piekło na ziemi”