Reklama

Przez większą część życia wierzyłam, że miłość po pięćdziesiątce to już tylko bajka opowiadana przez optymistów. Codzienność przytłaczała mnie prozą domowych obowiązków i przygaszonych marzeń, a mąż – mimo wspólnie spędzonych lat – coraz bardziej odsuwał się ode mnie. Czułam się przezroczysta, jakby nagle moje potrzeby i uczucia przestały mieć znaczenie. Wydawało mi się, że powinnam już odpuścić, pogodzić się z samotnością u boku kogoś, kogo kochałam przez lata. Zbliżały się walentynki, a ja po cichu liczyłam choćby na drobny gest, bukiet kwiatów, wspólny wieczór. Nie miałam pojęcia, jak bardzo te święto zakochanych będzie dla mnie bolesne i jak wiele zmieni w moim spojrzeniu na siebie i na miłość.

Wiedziałam, że coś jest nie tak

Od kilku tygodni miałam wrażenie, że Grzegorz, mój mąż, jest jeszcze bardziej nieobecny niż zwykle. Unikał rozmów, wymigiwał się od wspólnych wieczorów, wiecznie coś go zajmowało. Gdy tylko zaczynałam temat naszego małżeństwa, zbywał mnie obojętnym „później” albo udawał, że jest zmęczony po pracy. Tego dnia, tuż przed walentynkami, gotowałam zupę i podsłuchiwałam, jak rozmawia przez telefon w przedpokoju. Głosy były przyciszone, śmiech trochę zbyt swobodny. Starałam się nie podsłuchiwać, ale nie sposób było nie usłyszeć radosnego „to do jutra!” i szybkiego zakończenia rozmowy, gdy tylko mnie zauważył.

– Z kim rozmawiałeś? – zapytałam, starając się mówić lekko, jakby od niechcenia.

– Z pracy – burknął, nie patrząc mi w oczy. – Znowu mają bałagan z zamówieniami.

– Aha... – odparłam, ale w środku już wiedziałam, że coś jest nie tak. Ostatnio te „służbowe telefony” pojawiały się coraz częściej i zawsze kończyły się wtedy, gdy wchodziłam do pokoju.

Chciałam wierzyć, że się mylę. Przez całą noc leżałam w łóżku, wsłuchując się w jego oddech i analizując każde zachowanie z ostatnich miesięcy. Wmawiałam sobie, że może to tylko przemęczenie albo kryzys wieku średniego. Rano obiecałam sobie, że jeszcze się nie poddam. Być może wystarczy rozmowa, jeden szczery gest, odrobina czułości, żeby wszystko wróciło na właściwe tory. Naiwnie czekałam na cud, jakby jedna róża mogła uratować nasze małżeństwo.

Nawet w ten dzień nie potrafił udawać

Walentynki. Nigdy nie przywiązywaliśmy do nich wielkiej wagi, ale zawsze przynajmniej dawaliśmy sobie nawzajem jakiś drobiazg. W tym roku postanowiłam sama przygotować dla Grzegorza niespodziankę. Wstałam wcześniej, upiekłam jego ulubione drożdżówki z serem i zostawiłam je na stole z bilecikiem: „Może jeszcze coś dla nas zostało?”. Miałam nadzieję, że doceni gest, uśmiechnie się, zaprosi na wieczorny spacer.

Kiedy wrócił z pracy, nawet nie zauważył słodkości na stole. W pośpiechu złapał tylko kurtkę i oznajmił, że musi „na chwilę wyskoczyć”. Siedziałam przy kuchennym stole, patrząc na zamknięte drzwi i zastanawiając się, kiedy ostatni raz rozmawialiśmy naprawdę szczerze. Godziny mijały powoli, a telefon milczał. Próbowałam się czymś zająć, ale łzy same napływały mi do oczu. Po północy wrócił – bez kwiatów, bez uśmiechu, z nieobecnym wzrokiem.

– Gdzie byłeś tak długo? – zapytałam cicho, czując, jak drży mi głos.

Musiałem coś załatwić – odparł chłodno, nie patrząc mi w oczy.

Milczałam. Łzy spływały mi po policzkach, a w głowie huczało jedno pytanie: czy to możliwe, że stałam się dla niego tak nieważna, że nawet w ten dzień nie potrafił udawać?

Serca nie dało się już okłamać

Następnego dnia, kiedy sprzątałam przedpokój, znalazłam pod ławką paragon z kwiaciarni. Godzina zakupu pasowała do czasu, kiedy Grzegorz zniknął z domu. Zamarłam. Serca nie dało się już okłamać. Przez chwilę łudziłam się, że może jednak to dla mnie szykował niespodziankę, ale wazon na stole był pusty, a ja nie dostałam nawet symbolicznej różyczki. Przeszukałam kieszenie jego płaszcza i wtedy zobaczyłam drugi paragon, tym razem z restauracji.

Nogi się pode mną ugięły. Usiadłam na łóżku i patrzyłam w okno, czując, jak wszystko we mnie się rozpada. Po powrocie do domu Grzegorz nie powiedział nic. Ja już nie pytałam. Byłam zbyt dumna, by się poniżać, zbyt zraniona, by udawać, że nie widzę. Wieczorem, kiedy po raz kolejny siedzieliśmy naprzeciw siebie przy stole i jedliśmy w milczeniu, postanowiłam w końcu zapytać.

– Te róże... dla kogo były? – powiedziałam spokojnie, ale czułam, że głos mi się łamie.

Grzegorz zbladł. Spuścił wzrok.

To nie tak, jak myślisz – zaczął szeptem.

– A jak? – spytałam, ledwo panując nad łzami. – Po pięćdziesiątce już nie zasługuję na miłość?

W odpowiedzi zapanowało głuche, bolesne milczenie.

Stałam się tylko tłem

Od tej rozmowy wszystko się zmieniło. W powietrzu wisiała ciężka, lepiąca cisza, której nie dało się rozciąć żadnym gestem ani słowem. Grzegorz coraz częściej wychodził z domu, tłumacząc się pracą, a ja przestałam nawet pytać, dokąd idzie. Wspólne kolacje zamieniły się w ciche posiłki jedzone osobno. W nocy odwracaliśmy się do siebie plecami, jakby nasz stary materac miał pośrodku wielką przepaść. Nawet nasze dzieci, które dzwoniły, by złożyć mi życzenia imieninowe, wyczuły, że coś jest nie tak.

Pewnego wieczoru, nie mogąc zasnąć, usłyszałam stłumioną rozmowę Grzegorza w łazience. Jego głos, tak czuły i miękki, że nie pamiętałam już, kiedy ostatnio mówił tak do mnie. Zrozumiałam, że nie jestem już nawet drugoplanową postacią w jego życiu – stałam się tylko tłem, które nie przeszkadza. Kiedy wyszedł, miałam ochotę wykrzyczeć mu w twarz wszystko, co leżało mi na sercu, ale zamiast tego tylko szeptałam do poduszki swoje żale.

– Po co wracasz do domu, skoro i tak jesteś gdzie indziej? – spytałam następnego dnia, próbując jeszcze raz ratować resztki godności.

– Przepraszam... – powiedział cicho i znowu zamilkł.

Wtedy zrozumiałam, że nie tylko on mnie stracił. Ja sama sobie pozwoliłam zniknąć.

Może nie wszystko jeszcze stracone?

Przez kolejne dni pogrążałam się w rozpaczy. Każdego ranka budziłam się z ciężarem na piersi, którego nie potrafiłam zrzucić. Lustro stało się moim najgorszym wrogiem – widziałam w nim kobietę przygaszoną, ze śladami po nocnych łzach, kobietę bez energii i bez nadziei. Zaczęłam unikać ludzi, odrzucałam zaproszenia od znajomych, a nawet rozmowy z córką zbywałam krótkimi odpowiedziami. Pewnego popołudnia, kiedy światło powoli gasło za oknem, zadzwoniła do mnie przyjaciółka, Bożena. Nie chciałam rozmawiać, ale odebrałam.

– Coś ty, Elka, oszalała? Będziesz płakać przez faceta? – usłyszałam w słuchawce jej głos pełen złości.

– Bożena, ja już nie mam siły. Po pięćdziesiątce to już nie ma sensu, nie zaczyna się życia od nowa – odpowiedziałam szeptem.

– Zgłupiałaś do reszty? Myślisz, że przestajesz być kobietą, jak masz metrykę po pięćdziesiątce? Wiesz co, w piątek wychodzimy na kawę. Koniec kropka. I załóż coś kolorowego, nie ten rozlazły sweter!

Jej śmiech i stanowczy ton sprawiły, że pierwszy raz od dawna poczułam coś innego niż żal. Może nie wszystko jeszcze stracone? Może zasługuję na coś więcej niż łzy?

Nie jestem za stara, by czekać na coś dobrego

Piątkowa kawa z Bożeną nie była magicznym lekarstwem na wszystkie rany, ale stała się początkiem czegoś ważnego. Siedziałyśmy w małej kawiarni, a ja po raz pierwszy od miesięcy opowiedziałam wszystko na głos. O zdradzie, o walentynkach spędzonych w samotności, o poczuciu, że po pięćdziesiątce nie mam już prawa marzyć. Bożena słuchała uważnie, a potem powiedziała coś, co utkwiło mi w głowie na długo.

– Najgorsze, co możesz zrobić, to zostać tam, gdzie nie ma już miłości – powiedziała spokojnie. – I to nie chodzi o niego. Chodzi o ciebie.

Wracając do domu, spojrzałam na swoje życie z innej perspektywy. Zrozumiałam, że latami zgadzałam się na bylejakość, bo bałam się samotności bardziej niż nieszczęścia. Grzegorz nadal wracał późno, nadal milczał, ale ja przestałam go kontrolować i wypatrywać. Zaczęłam za to wychodzić z domu, zapisałam się na zajęcia jogi, odświeżyłam dawne znajomości. Małymi krokami odzyskiwałam siebie.

Nie wiedziałam jeszcze, czy odejdę, czy spróbujemy się rozstać w zgodzie, czy życie przyniesie mi nową miłość. Wiedziałam jedno: nie jestem za stara, by czekać na coś dobrego. Po pięćdziesiątce wciąż byłam kobietą, która ma serce zdolne kochać. I tym razem postanowiłam już nigdy nie zadowalać się resztkami.

Elżbieta, 54 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama