„W walentynki liczyłam na romantyczne sceny rodem z harlekina. A w jeden dzień mąż przekreślił 10 lat wspólnego życia”
„Nie przypuszczałam, że jeden dzień roztrzaska na kawałki cały mój świat, a symboliczne święto zakochanych zamieni się dla mnie w koszmar, który powraca każdego roku. Nawet nie wiem, kiedy przestałam ufać Markowi i kiedy nasza bliskość zaczęła być tylko iluzją”.

- Redakcja
Walentynki jeszcze kilka lat temu były dla mnie dniem pełnym radości i oczekiwania. Zawsze starałam się przygotować coś wyjątkowego dla mojego męża – czekoladki w kształcie serca, śniadanie do łóżka, a czasem drobny liścik z miłym słowem. Przekonana byłam, że tworzymy zgrane małżeństwo, w którym nawet codzienność jest pełna czułości. Tamtego lutego jednak wszystko się zmieniło. Nie przypuszczałam, że jeden dzień roztrzaska na kawałki cały mój świat, a symboliczne święto zakochanych zamieni się dla mnie w koszmar, który powraca każdego roku. Nawet nie wiem, kiedy przestałam ufać Markowi i kiedy nasza bliskość zaczęła być tylko iluzją, którą karmiłam się z nawyku i przyzwyczajenia. Walentynki już zawsze będą mi się kojarzyć tylko z upokorzeniem i… jego kochanką. Teraz wiem, że są rzeczy, które trudno wybaczyć, a jeszcze trudniej zapomnieć.
Nie wiedziałam jeszcze, że to tylko pozory
Nie potrafiłam przewidzieć katastrofy. Kilka tygodni przed walentynkami wydawało mi się, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Pracowałam sporo, Marek też, ale zawsze znajdowaliśmy dla siebie czas. Nawet zwykłe zakupy w supermarkecie potrafiły być pretekstem do żartów, śmiechu i trzymania się za ręce, jakbyśmy byli nastolatkami. Nie wiedziałam jeszcze, że to tylko pozory. Marek coraz częściej wychodził z domu bez uprzedzenia, tłumacząc się nadgodzinami czy „nieplanowanym spotkaniem z klientem”. Raz nawet przyniósł mi bukiet tulipanów bez okazji – wtedy pomyślałam, że może chce mi wynagrodzić swój brak obecności. Siedzieliśmy wieczorami przed telewizorem, a ja wtulałam się w jego ramię, nie zauważając, że on odpływa myślami gdzieś daleko.
– Masz coś na głowie? – zapytałam pewnego wieczoru, gdy po raz kolejny patrzył przez okno zamiast na film.
– Zmęczony jestem – odpowiedział krótko.
Chciałam w to wierzyć. Przekonywałam siebie, że taka jest cena dorosłego życia, że przecież wszyscy czasem się oddalają, a potem znowu są blisko. Wtedy jeszcze nie podejrzewałam, że w sercu mojego męża jest już ktoś inny, a ja wkrótce poczuję się jak statystka we własnym życiu.
Gdzieś w środku poczułam niepokój
Wszystko zaczęło się od drobiazgów, których na początku nawet nie zauważałam. Marek przestał mnie całować na pożegnanie, kiedy wychodził do pracy. Czasem rano wybiegał tak szybko, jakby coś go goniło, a wieczorami coraz częściej zamykał się z telefonem w łazience. Gdy pytałam, czy wszystko w porządku, odpowiadał, że jest po prostu przemęczony. Uwielbiałam go, więc tłumaczyłam sobie, że każdy może mieć gorszy czas. Któregoś dnia, szukając skarpetek w jego szufladzie, znalazłam rachunek za dwie kawy z kawiarni w centrum. Pomyślałam, że może spotkał się z kolegą z pracy, ale gdzieś w środku poczułam niepokój. Nie miałam odwagi zapytać wprost – nie chciałam wyjść na zazdrosną żonę, która śledzi męża na każdym kroku. Wieczorem spróbowałam nawiązać rozmowę.
– Marek, może byśmy gdzieś wyszli razem? Tak po prostu, jak kiedyś? – zaproponowałam ostrożnie.
– Daj mi spokój, mam głowę pełną spraw – odparł, nawet na mnie nie patrząc.
Poczułam się niewidzialna. Z każdym kolejnym dniem coraz bardziej oddalaliśmy się od siebie, a w powietrzu wisiało coś, czego nie umiałam nazwać. Nie wiedziałam jeszcze, że Marek już wtedy szykował dla mnie walentynkowy „prezent”, którego nigdy nie będę w stanie przyjąć.
To miały być nasze walentynki
Czułam, że ten wieczór będzie inny, choć próbowałam zachować resztki optymizmu. Przygotowałam kolację, zapaliłam świece i czekałam, aż Marek wróci z pracy. Godzina mijała za godziną, a on nie dawał znaku. Telefon milczał uparcie, a moje wiadomości pozostały bez odpowiedzi. W końcu, tuż przed dwudziestą drugą, usłyszałam przekręcający się w zamku klucz.
– Przepraszam, spóźniłem się – rzucił szybko, nawet nie patrząc mi w oczy.
– Marek, co się dzieje? – zapytałam cicho, próbując zachować spokój. – To miały być nasze walentynki.
Odsunął się ode mnie, jakby dotyk palił go w dłonie.
– Musimy porozmawiać – powiedział i już wtedy poczułam, jak serce podjeżdża mi do gardła.
– O czym?
– To nie jest dobry moment na świętowanie – jego głos był zimny, obcy. – Jest ktoś, z kim chcę być. Kogo pokochałem.
Zrobiło mi się słabo. Nawet nie krzyczałam. Patrzyłam tylko, jak odsuwa się coraz dalej, jakbyśmy byli obcymi ludźmi. Walentynki, które miały być świętem miłości, stały się dla mnie końcem wszystkiego, co znałam. Wiedziałam już, że nic nie będzie takie jak dawniej.
Czułam się jak cień samej siebie
Kiedy drzwi się za nim zamknęły, osunęłam się na podłogę. Myśli plątały się w głowie, a w uszach dźwięczały mi jego słowa: „Jest ktoś, z kim chcę być. Kogo pokochałem.” Próbowałam sobie wmówić, że to tylko zły sen, że za chwilę Marek wróci, powie, że żartował, że wszystko wróci do normy. Jednak noc mijała, a on nie wrócił. Rano z trudem wstałam z łóżka. W pracy odbierałam dziesiątki wiadomości z życzeniami walentynkowymi od znajomych, którzy nie mieli pojęcia, że właśnie straciłam wszystko. Przez cały dzień czułam się jak cień samej siebie. Kiedy wróciłam do pustego mieszkania, czekał na mnie list od Marka. Krótki, suchy – napisał, że chce rozwodu, że jego decyzja jest ostateczna, że życzy mi szczęścia. Zadrżałam, czytając te słowa. Złość, ból, upokorzenie – wszystko mieszało się we mnie naraz. Wieczorem zadzwoniła do mnie nasza wspólna znajoma.
– Wiem, że to nie moja sprawa, ale widziałam Marka z jakąś kobietą. Byli w tej nowej kawiarni w centrum… Wyglądali na szczęśliwych – powiedziała.
Wtedy coś we mnie zgasło. Zrozumiałam, że nie byłam już jego częścią, że miejsce, które kiedyś zajmowałam w jego życiu, należy teraz do kogoś innego.
Ten dzień już nigdy nie będzie moim świętem
Rozwód poszedł błyskawicznie. Marek był zadziwiająco spokojny i rzeczowy. Widziałam, że nie żałuje swojej decyzji. Patrzył na mnie obojętnym wzrokiem, a jego odpowiedzi były krótkie i chłodne. Nie było już śladu czułości, ani nawet żalu. Nawet nie próbował mnie przekonać, że to dla mnie lepiej, nie silił się na pocieszenie.
– Czy mogę zabrać resztę swoich rzeczy w przyszłym tygodniu? – zapytał przy jednym ze spotkań, jakbyśmy byli współlokatorami, a nie małżeństwem z dziesięcioletnim stażem.
– Rób, co chcesz – odpowiedziałam, starając się nie zdradzić łamiącego się głosu.
Wiedziałam, że wprowadza się do niej. Nasza wspólna znajoma nie omieszkała mi o tym powiedzieć. Wszyscy wokół udawali, że mnie wspierają, a tak naprawdę rozmawiali o mnie szeptem, patrząc z mieszaniną współczucia i ciekawości. Najgorsze były walentynki rok później. Widziałam ich razem przypadkiem w tej samej kawiarni, w której kiedyś byłam z Markiem. Siedzieli przy stoliku, śmiali się, a ona trzymała go za rękę. Miałam wrażenie, że ten obraz zostanie w mojej w pamięci na zawsze. Zrozumiałam wtedy, że ten dzień już nigdy nie będzie moim świętem.
Może kiedyś pokocham znowu
Minęło kilka lat, a ja wciąż czuję, jak luty ściska mnie w gardle. Zimą w powietrzu unosi się ten znajomy zapach światełek, słodkich czekoladek i różanych bukietów. Każdy walentynkowy plakat, każda reklama przypomina mi, że kiedyś byłam czyjąś żoną, czyimś „całym światem”, a potem z dnia na dzień stałam się tylko przeszłością. Udało mi się odbudować codzienność, nauczyć się pić kawę w samotności, zasypiać bez ciepła obok. Mam przyjaciół, pracę, potrafię się uśmiechać. Nawet zdarza mi się flirtować, chociaż w środku często jestem jeszcze pełna lęku.
Zdrada Marka zabrała mi nie tylko męża, ale też poczucie bezpieczeństwa. Przez długi czas nie mogłam patrzeć na szczęśliwe pary, a każde zbliżające się walentynki przypominały mi, że dla kogoś innego stały się początkiem. Dla mnie były końcem. Może kiedyś pokocham znowu, ale wiem, że nie będę już tą samą osobą. Luty na zawsze zostanie dla mnie miesiącem, w którym nawet największa miłość może się skończyć, a kwiaty zwiędną, zanim trafią do wazonu. Teraz, kiedy ktoś pyta, czy lubię walentynki, tylko się uśmiecham i zmieniam temat.
Alicja, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Miałam dość walentynkowych banałów. Gdy zobaczyłam prezent od męża, moje serce zabiło szybciej”
- „Marzyłam o dubajskiej czekoladzie na walentynki. Niestety mój mąż to sknera i żal mu kasy ma prezenty dla żony”
- „14 lutego tajemniczy Walenty zaprosił mnie na randkę. Zamarłam, gdy zobaczyłam jego twarz za ogromnym bukietem róż”