Reklama

To miał być zwykły dzień, choć kalendarz uparcie twierdził, że jest święto zakochanych. Wszędzie wokół widziałam czerwone serduszka, a kwiaciarnie przeżywały oblężenie, ale ja czułam w żołądku jedynie ciężki supeł stresu. Mój telefon wibrował na blacie kuchennym z uporem maniaka, przesuwając się powoli w stronę krawędzi. Wyświetlacz rozświetlał się co chwilę zdjęciem uśmiechniętej kobiety w eleganckim kapeluszu. Mama. Znowu. To było siódme połączenie od rana, a dochodziła dopiero czternasta. Nie wiedziałam jeszcze, że ten dzień, który miał być przełomem w moim życiu uczuciowym, stanie się momentem bolesnej prawdy o mnie samej. Że jedno zdanie wypowiedziane przez nią z tą specyficzną, słodką troską, zburzy mój światopogląd budowany przez ponad trzydzieści lat.

Skłamałam

Zawsze uważałam się za osobę zorganizowaną. W mojej pracy, w dużej agencji reklamowej, chaos był wrogiem numer jeden. Klienci płacili mi za perfekcję, za dostrzeganie detali, których inni nie widzieli. Moje biurko zawsze lśniło czystością, dokumenty były posortowane kolorami, a każda kampania dopięta na ostatni guzik. Byłam z tego dumna. Tę samą precyzję starałam się przenieść na grunt prywatny, co – jak się domyślacie – nie zawsze kończyło się dobrze. Tego dnia miałam umówioną randkę. Nie byle jaką. Tomasz był architektem, którego poznałam miesiąc wcześniej na wernisażu. Wydawał się idealny. Wysoki, z nienaganną dykcją, ubierał się w stonowane beże i szarości, co dziwnie mnie uspokajało. Przez ostatnie tygodnie wymienialiśmy się wiadomościami pełnymi intelektualnych aluzji i subtelnego flirtu. Walentynkowa kolacja miała przenieść naszą znajomość na wyższy poziom. Od rana biegałam po mieszkaniu, próbując doprowadzić się do stanu absolutnej perfekcji. Sukienka musiała leżeć idealnie, włosy nie miały prawa się puszyć. Kiedy prasowałam jedwabną bluzkę, telefon zadzwonił po raz pierwszy.

– Cześć córeczko! – Głos mamy był tak dźwięczny, że niemal widziałam jej promienny uśmiech. – Tylko sprawdzam, czy pamiętałaś o wizycie u kosmetyczki. Wiesz, że przy tym oświetleniu w restauracji widać każde niedociągnięcie cery.

Zacisnęłam zęby, czując, jak żelazko paruje mi w dłoń.

– Tak, mamo. Byłam wczoraj. Wszystko jest w porządku.

– A co zakładasz? Mam nadzieję, że nie tę czerwoną sukienkę z dekoltem? Pamiętaj, że elegancja to tajemnica, a nie wystawa sklepowa. Mężczyźni lubią zdobywać, a nie dostawać wszystko na tacy.

Westchnęłam, odkładając żelazko. Czerwona sukienka wisiała właśnie na drzwiach szafy. Była piękna, ale teraz, patrząc na nią, widziałam w niej coś taniego. Dokładnie tak, jak zasugerowała mama.

– Założę tę granatową, ołówkową – skłamałam, choć wcale nie miałam na to ochoty.

– Wspaniale! Wiedziałam, że podejmiesz dobrą decyzję. Zawsze masz świetny gust, oczywiście po mnie. No dobrze, nie przeszkadzam, zadzwonię za godzinę sprawdzić, czy nie spóźniasz się z wyjściem.

Rozłączyła się, a ja poczułam, jak mój entuzjazm uchodzi ze mnie niczym powietrze z przekłutego balonu. Schowałam czerwoną sukienkę głęboko do szafy i wyciągnęłam granatową. Bezpieczną. Nudną. Taką, jaką zaakceptowałaby ona.

Poczułam dziwny niepokój

Szykując się do wyjścia, mimowolnie zaczęłam analizować swoje poprzednie związki. Było ich kilka, ale żaden nie przetrwał próby czasu. Najbardziej bolało mnie wspomnienie Piotra. Byliśmy razem dwa lata. Piotr był artystą, nieco chaotycznym, ale o wielkim sercu. Kochałam jego spontaniczność, dopóki nie zaczęła mnie drażnić. Pamiętam, jak pewnego dnia przyniósł mi śniadanie do łóżka. Tosty były lekko przypalone, a kawa rozlała się na spodek. Zamiast podziękować, zaczęłam wycierać porcelanę serwetką, marudząc, że teraz będą plamy na pościeli. Jego uśmiech zgasł w ułamku sekundy.

– Czasami mam wrażenie, że jestem na egzaminie, którego nie da się zdać – powiedział wtedy cicho.

Dwa tygodnie później wyprowadził się na dobre. Kiedy płakałam mamie do słuchawki, ona stwierdziła krótko: „Daj spokój, kochanie. On był bałaganiarzem. Zasługujesz na kogoś, kto potrafi utrzymać porządek w życiu i na talerzu. My, kobiety z klasą, nie możemy zaniżać standardów”. Wtedy te słowa były jak balsam. Utwierdziły mnie w przekonaniu, że to nie ja byłam problemem, tylko świat, który nie dorastał do moich oczekiwań. Że moje wymagania są dowodem na szacunek do samej siebie. Dziś jednak, patrząc w lustro i poprawiając idealnie ułożony kosmyk włosów, poczułam dziwny niepokój. Czy Piotr naprawdę był takim bałaganiarzem, czy może ja po prostu nie potrafiłam odpuścić? Telefon zawibrował znowu.

„Jesteś już w taksówce? Pamiętaj, żeby nie mówić za dużo o pracy. Mężczyźni boją się kobiet sukcesu, trzeba ich oswajać powoli”.

Nie odpisałam. Wrzuciłam telefon do torebki i wyszłam, zamykając drzwi z głośnym trzaskiem.

Jedzenie stawało mi w gardle

Restauracja była wytworna, dokładnie taka, jaką lubiłam. Cichy jazz, białe obrusy, zapach drogich perfum i pieczonych trufli. Tomasz czekał przy stoliku. Wstał na mój widok i wręczył mi bukiet herbacianych róż. Były piękne.

Wyglądasz oszałamiająco – powiedział, całując mnie w dłoń.

– Dziękuję. Ty też prezentujesz się nienagannie – odpowiedziałam, taksując go wzrokiem.

Zauważyłam, że jego krawat był minimalnie przekrzywiony w lewo. Ledwo zauważalny detal, ale moje oko natychmiast to wyłapało. Poczułam irytujący impuls, by wyciągnąć rękę i go poprawić, ale powstrzymałam się w ostatniej chwili. Usiedliśmy. Początek rozmowy był obiecujący. Rozmawialiśmy o nowej wystawie w muzeum narodowym i planach urlopowych. Jednak z każdą minutą moja wewnętrzna kontrolerka zaczęła dochodzić do głosu. Tomasz, gestykulując, o mało nie strącił widelca. Zaśmiał się z tego swobodnie, ale ja poczułam zażenowanie. Rozejrzałam się, czy nikt tego nie widział.

Wszystko w porządku? – zapytał, widząc moją minę.

– Tak, oczywiście. Po prostu... uważaj trochę. Przecież nie chcemy robić scen – rzuciłam chłodniej, niż zamierzałam.

Jego uśmiech lekko przygasł. Zamówiliśmy jedzenie. Ja wybrałam rybę, on zdecydował się na makaron z owocami morza. Kiedy kelner przyniósł dania, Tomasz od razu zabrał się do jedzenia, nie czekając, aż ja rozłożę serwetkę na kolanach. Wtedy w mojej torebce znów zawibrował telefon. Wiedziałam, kto to. Zignorowałam połączenie, ale wibracje na stole były słyszalne.

– Może powinnaś odebrać? To może być coś pilnego – zasugerował Tomasz.

– Nie, to tylko mama. Dzwoni cały dzień.

– Może się martwi?

– Nie martwi się, tylko kontroluje – warknęłam, po czym ugryzłam się w język.

To nie zabrzmiało jak „tajemnicza kobieta z klasą”, o której mówiła matka. Zaczęłam jeść, ale jedzenie stawało mi w gardle. Obserwowałam Tomasza. Jadł z apetytem, ale w kąciku jego ust została odrobina sosu. Patrzyłam na tę plamkę jak zahipnotyzowana. Nie słuchałam, co do mnie mówi. Myślałam tylko o tym sosie. O krawacie. O tym, że zaśmiał się zbyt głośno przy zamawianiu deseru.

– Judyta? Słuchasz mnie? – Głos Tomasza wyrwał mnie z transu.

– Tak, przepraszam. Mówiłeś o projekcie domów jednorodzinnych.

– Mówiłem o tym dziesięć minut temu. Teraz pytałem, czy masz ochotę na spacer po kolacji, czy wolisz, żebym odwiózł cię do domu.

W jego oczach widziałam zmęczenie. Zmęczenie mną. Znałam to spojrzenie. Widziałam je u Piotra, u Adama, u Marcina. To było spojrzenie kogoś, kto próbuje przebić się przez mur, ale trafia na drut kolczasty.

Przeszły mnie dreszcze

– Przepraszam cię na chwilę, muszę skorzystać z toalety – powiedziałam, wstając gwałtownie.

Musiałam ochłonąć. W łazience oparłam się o chłodną umywalkę. Spojrzałam w lustro. Wyglądałam idealnie. Makijaż nienaruszony, włosy gładkie. A jednak w oczach miałam panikę. Dlaczego nie potrafię po prostu cieszyć się kolacją z fajnym facetem? Dlaczego szukam dziury w całym? Wtedy telefon zadzwonił znowu. Tym razem odebrałam.

– No nareszcie! – Głos mamy był pełen pretensji, ale i ekscytacji. – Dzwonię i dzwonię. Jak tam? Opowiedz mi wszystko. Czy on jest taki jak na zdjęciach? Zachowuje się odpowiednio?

Wzięłam głęboki oddech. Potrzebowałam się wygadać. Potrzebowałam sojusznika.

– Mamo, sama nie wiem... Jest miły, ale... – zawahałam się.

– Ale co? Mów śmiało. Przecież matka czuje takie rzeczy.

– Ma krzywo zawiązany krawat. I głośno się śmieje. A przy jedzeniu ubrudził się sosem i nawet tego nie zauważył. I wiesz, zamówił makaron, a to takie mało eleganckie na pierwszą randkę, siorbał przy tym trochę... – wyrzucałam z siebie te bzdurne zarzuty, czując dziwną ulgę.

Szukałam u niej potwierdzenia, że mam rację. Że to on nie pasuje do mnie. I wtedy to się stało. Mama zaśmiała się cicho, z taką pobłażliwością, którą znałam od dziecka.

– Oj, kochanie, wiedziałam. – Jej głos stał się aksamitny. – Daj spokój, wracaj do domu. Przecież od początku czułam, że on do nas nie pasuje. My potrzebujemy kogoś wyjątkowego, a nie kogoś, kogo trzeba by dopiero wychowywać.

Zamarłam. Telefon prawie wypadł mi z ręki.

„My”. Powiedziała „my”. „My potrzebujemy”. „On do nas nie pasuje”. Nagle, w ułamku sekundy, wszystkie puzzle wskoczyły na swoje miejsce. Zobaczyłam swoje życie jak na filmie puszczonym w przyspieszonym tempie. Zobaczyłam, jak mama krytykuje moich przyjaciół w podstawówce, przez co zostawałam sama. Jak wybiera mi studia. Jak wyśmiewa prezenty od moich chłopaków. Jak sączy mi do ucha jad perfekcjonizmu, nazywając to troską. Zrozumiałam, że to nie były moje standardy. To były jej standardy. Szukałam wad w Tomaszu nie dlatego, że mi przeszkadzały. Szukałam ich, żeby mieć powód do odrzucenia go, zanim on zdąży stać się ważniejszy od niej. Byłam tresowana do samotności, bo tylko w samotności mogłam pozostać jej idealną córeczką. „My” kontra świat.

– Judyta? Jesteś tam? – Głos mamy w słuchawce brzmiał teraz niecierpliwie. – Słyszysz mnie? Zamów taksówkę, zrobiłam twoją ulubioną herbatę z imbirem. Obejrzymy jakiś film i pośmiejemy się z tego nieudacznika.

Patrzyłam na swoje odbicie w lustrze. Zobaczyłam w nim nie siebie, ale młodszą wersję mojej matki. Ten sam zacięty wyraz ust. To samo zimne spojrzenie oceniające rzeczywistość. Przeszły mnie dreszcze. Jeśli teraz wyjdę i wrócę do niej, zostanę sama na zawsze. Będę zgorzkniałą kobietą w idealnie uprasowanej bluzce, która na starość będzie dzwonić do swojej córki co godzinę.

Ręce mi drżały

– Nie, mamo – powiedziałam cicho, ale stanowczo.

Co powiedziałaś? – W jej głosie słychać było szok.

– Powiedziałam: nie. Nie wracam teraz do domu. I on nie jest nieudacznikiem. Jest normalnym człowiekiem. A ja... ja chcę spróbować być normalna.

– Co ty wygadujesz? Wypiłaś coś? Nie rób scen, wiesz, że nikt cię nie kocha tak jak ja i nikt nie chce dla ciebie, tak dobrze...

– Właśnie w tym problem, mamo. Twoja miłość mnie dusi. Muszę kończyć.

Rozłączyłam się. Ręce mi drżały. To było jak skok na bungee bez pewności, czy lina wytrzyma. Przez chwilę stałam w ciszy, słuchając szumu wentylacji. Potem wyłączyłam telefon całkowicie. Czarny ekran był najpiękniejszym widokiem tego dnia. Poprawiłam makijaż – nie po to, by być idealna, ale by zmyć ślady szoku. Wyszłam z łazienki i wróciłam do stolika. Tomek siedział zapatrzony w telefon, wyglądając na zrezygnowanego. Pewnie spodziewał się, że zaraz wrócę i zakończę to spotkanie. Albo, że uciekłam tylnym wyjściem. Usiadłam naprzeciwko niego. Podniósł wzrok, zaskoczony.

– Wszystko w porządku? Długo cię nie było – powiedział ostrożnie.

Spojrzałam na jego krawat. Nadal był przekrzywiony. Spojrzałam na plamkę po sosie w kąciku jego ust. Była tam. I nagle wydało mi się to... ludzkie. Prawdziwe. Uśmiechnęłam się. Po raz pierwszy tego wieczoru szczerze, bez przymusu.

– Przepraszam. Miałam mały kryzys, ale już go zażegnałam. A co do spaceru... bardzo chętnie. Tylko może najpierw zamówimy jeszcze po kieliszku wody i deser? Mam ochotę na coś słodkiego i nie obchodzi mnie, ile to ma kalorii.

Tomek patrzył na mnie przez chwilę, jakby widział inną osobę. Napięcie z jego ramion zniknęło. Odwzajemnił uśmiech – szeroki, szczery, odsłaniający lekko nierówną jedynkę, którą moja matka na pewno by skomentowała.

Brzmi jak plan – odpowiedział.

Sięgnęłam serwetką w jego stronę.

– Masz tu trochę sosu – powiedziałam łagodnie, wskazując na swój kącik ust.

– O, dzięki. – Wytarł się szybko, śmiejąc się przy tym. – Klasyczny ja. Zawsze muszę się wybrudzić.

– To nic – odpowiedziałam. – Naprawdę, to zupełnie nic

Tamtego wieczoru nie zostaliśmy parą stulecia. Nie wiem nawet, czy będziemy razem za rok. Jednak tamten wieczór był przełomem. Spacerowaliśmy przez dwie godziny. Nie odebrałam telefonu, choć wiedziałam, że mama pewnie odchodzi od zmysłów. Wtedy też zrozumiałam, że bycie singlem nie było moim wyborem. Aby kogoś pokochać, musiałam najpierw symbolicznie rozwieść się z własną matką. I choć droga do tego jest długa i wyboista, to po raz pierwszy od lat czuję, że kierownica jest w moich rękach. A to jest warte więcej niż wszystkie idealnie wyprasowane koszule świata.

Judyta, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama