„W walentynki mąż dał mi nudną różę i tanie perfumy. Za to atrakcja, którą szykował w ukryciu, przyprawiła mnie o dreszcz”
„Zegar w przedpokoju wybijał kolejne kwadranse, a kaczka zaczynała wysychać. Kiedy wreszcie usłyszałam zgrzyt klucza w zamku, zamiast ekscytacji poczułam skurcz strachu. Robert wszedł, wnosząc chłód i zapach niepewności. Nie przywitał się uśmiechem, nie rozłożył ramion. Czułam, że coś się święci”.

- Redakcja
Czerwona róża w celofanie szeleszczącym jak wyrzut sumienia i flakon perfum, których zapachu nie znoszę od lat. To miał być nasz wieczór, święto miłości, a stało się stypą mojego małżeństwa. Kiedy mąż wręczył mi prezent, patrząc na ścianę za moimi plecami, poczułam chłód, jakiego nie da się ogrzać żadnym kominkiem. Myślałam, że najgorsze, co może mnie spotkać, to inna kobieta. Jakże się myliłam. A pomocna dłoń nadeszła z najmniej spodziewanej strony, a podała ją osoba, którą zawsze uważałam za swojego wroga.
Cisza głośniejsza niż krzyk
Ten wieczór zaplanowałam w najdrobniejszych szczegółach. Na stole w jadalni położyłam nowy, lniany obrus, kupiony specjalnie na wielkie okazje, choć w głębi duszy wiedziałam, że nasze życie od dawna ich nie przypomina. Wstawiłam do piekarnika jego ulubioną kaczkę z jabłkami i zapaliłam świece. Był czternasty lutego. Data, która w kalendarzu krzyczy czerwienią, a w moim sercu od kilku lat budziła jedynie cichy niepokój. Zegar w przedpokoju wybijał kolejne kwadranse, a kaczka powoli zaczynała wysychać. Kiedy wreszcie usłyszałam zgrzyt klucza w zamku, zamiast ekscytacji poczułam skurcz strachu. Robert wszedł, wnosząc chłód i zapach niepewności. Nie przywitał się uśmiechem, nie rozłożył ramion. Stanął w progu, trzymając ten nieszczęsny kwiat i torebkę z drogerii.
– Wszystkiego najlepszego – rzucił płaskim, pozbawionym emocji głosem.
Podeszłam, starając się zachować resztki godności i uśmiechu. Odebrałam prezent. Róża była piękna, ale z kolcami. Perfumy – ciężkie, duszące, te same, które kupił mi pięć lat temu i które oddałam siostrze, bo wywoływały u mnie migrenę. Zapomniał, albo w ogóle go to nie obchodziło.
– Dziękuję – powiedziałam cicho. – Siadasz do stołu? Zrobiłam kolację.
Robert wyminął mnie, nawet nie zdejmując płaszcza.
– Nie jestem głodny. Jadłem na mieście z klientem. Muszę popracować w gabinecie.
Stałam z różą w ręku, patrząc na jego plecy znikające za dębowymi drzwiami. Nie spojrzał mi w oczy ani razu. Przez dwadzieścia lat nauczyliśmy się czytać z siebie jak z otwartych ksiąg, ale teraz ta księga została zatrzaśnięta z hukiem. Zgasiłam świece. W półmroku jadalni zapach pieczonej kaczki mieszał się z duszącą wonią nietrafionych perfum. Wiedziałam, że coś jest nie tak. Kobieta zawsze wie. Ale moja wyobraźnia podsuwała mi scenariusze, które były jedynie wierzchołkiem góry lodowej.
Pozory mylą, ale intuicja nigdy
Przez kolejne dni żyliśmy jak dwoje lokatorów w hotelu pracowniczym. Robert unikał rozmów, a te nieliczne dotyczyły wyłącznie logistyki: rachunków, zakupów, cieknącego kranu. Nasza córka studiowała w innym mieście, więc dom wydawał się jeszcze większy i bardziej pusty. Zaczęłam analizować fakty. Robert, prowadzący firmę budowlaną, zawsze był zapracowany, ale ostatnio się zmienił. Zniknęły wspólne śniadania. Telefon, kiedyś leżący niedbale na stole, teraz zawsze był przy nim, chroniony nowym kodem. Kupił nowe koszule, zaczął używać droższych kosmetyków. Klasyka gatunku – kryzys wieku średniego albo inna kobieta.
Pewnego popołudnia, robiąc porządki w jego gabinecie, natknęłam się na coś, co zburzyło mój spokój. W koszu na śmieci leżał zgnieciony paragon z ekskluzywnego sklepu z biżuterią. Data: trzynasty lutego. Kwota: przyprawiająca o zawrót głowy. Zdecydowanie nie była to cena za moje perfumy. Serce zaczęło bić jak oszalałe. A więc jednak. Jest ktoś inny, kto dostaje diamenty, podczas gdy ja dostaję różę z supermarketu. Usiadłam w fotelu, czując, jak świat wiruje. Zdrada fizyczna to jedno, ale Robert od miesięcy narzekał na zastoje w branży i brak płynności finansowej. Mówił, że musimy zaciskać pasa, zrezygnowaliśmy z wakacji i remontu, a on kupował biżuterię za równowartość moich rocznych zarobków. Instynkt kazał mi milczeć i obserwować. Nie zrobiłam awantury. Czułam, że układanka ma więcej elementów, niż mi się wydaje.
Gość, którego nikt nie zapraszał
Trzy dni po walentynkach, w sobotnie przedpołudnie, usłyszałam dzwonek. Spodziewałam się kuriera, ale na progu stała Barbara, moja teściowa. To było dziwne – Barbara nigdy nie wpadała bez zapowiedzi, a nasze relacje były chłodne. Zawsze uważała, że Robert mógł trafić lepiej.
– Dzień dobry, Tereso – powiedziała, wchodząc bez pytania. Celowo myliła moje imię od dwudziestu lat.
– Dzień dobry, mamo – odpowiedziałam odruchowo. – Roberta nie ma. Pojechał na budowę.
– Wiem, że go nie ma. Dlatego przyjechałam – odparła, wieszając płaszcz. – Musimy porozmawiać. Zrób herbatę. Tylko nie tę owocową, którą pijasz. Masz czarną?
Posłusznie poszłam do kuchni. Barbara usiadła w salonie, prosta jak struna. Wyglądała na spiętą, co u niej było rzadkością. W jej oczach widziałam coś na kształt… troski? Postawiłam filiżanki.
– O co chodzi? Czy coś się stało z ojcem?
– Z ojcem wszystko w porządku – machnęła ręką. – Chodzi o Roberta. I o ciebie.
Upitemu łykowi herbaty towarzyszyła cisza. Patrzyła na mnie badawczo.
– Wiem, że nasze stosunki nie są idealne – zaczęła. – Ale jestem matką. A matka widzi pewne rzeczy. I pewnych rzeczy nie toleruje, nawet u własnego syna. Zwłaszcza gdy w grę wchodzi honor rodziny i… przyszłość wnuczki.
Żołądek podszedł mi do gardła.
– O czym mówisz?
– Robert nie jest na budowie – powiedziała twardo. – Robert jest teraz u notariusza.
Prawda ma smak popiołu
Zamarłam. Notariusz w sobotę?
– Co on tam robi? – zapytałam szeptem.
Barbara westchnęła i wyciągnęła z torebki grubą kopertę.
– Znalazłam to w jego starym pokoju. Zostawił teczkę. Zawsze był roztargniony, ale tym razem jego niedbalstwo może cię uratować.
Przesunęła kopertę w moją stronę. W środku były wydruki z kont, projekty aktów notarialnych. Liczby mówiły same za siebie.
– On nie ma problemów finansowych – powiedziała. – On systematycznie wyprowadza majątek. Od dwóch lat.
Przeglądałam papiery. Przelewy zagraniczne, sprzedaż działki, która miała być naszą lokatą. I najgorsze – papiery pod sprzedaż naszego domu. Domu, który budowaliśmy przez dekadę.
– Ale… jak to? Przecież dom jest wspólny – wydukałam.
– Pamiętasz pełnomocnictwo, które podpisałaś mu trzy lata temu? Kiedy leżałaś w szpitalu? – zapytała Barbara.
Pamiętałam. Byłam na silnych lekach, ufałam mu bezgranicznie.
– To było pełnomocnictwo ogólne. Daje mu prawo do rozporządzania twoim majątkiem – wyjaśniła teściowa beznamiętnie. – On chce sprzedać ten dom, spłacić długi firmy, a resztę zabrać ze sobą.
– Zabrać? Dokąd?
– Do Hiszpanii. Tam, gdzie czeka na niego niejaka pani Klaudia. I ich... dwuletni syn.
Świat się zatrzymał. Hiszpania. Klaudia. Dwuletni syn.
– On ma… drugie dziecko? – zapytałam, czując mdłości.
– Tak. Dowiedziałam się przypadkiem, potem wynajęłam detektywa. Mój syn okazał się nie tylko niewiernym mężem, ale i głupcem, który myśli, że wszystko da się ukryć.
Spojrzałam na kobietę, która przez lata wbijała mi szpilki, a teraz niszczyła obraz własnego syna, by mnie ratować.
– Dlaczego mi to mówisz? Przecież zawsze go broniłaś.
Barbara odstawiła filiżankę z nienaturalnie głośnym brzękiem.
– Bo zdrada to jedno. Mężczyźni są słabi. Ale okradanie żony i zostawianie córki bez zabezpieczenia? Tego w naszej rodzinie się nie robi. To podłość. Nie wychowałam syna na złodzieja. Poza tym… Ania. Moja wnuczka. Jeśli on to zrobi, ona straci wszystko. Nie mogę na to pozwolić.
Czułam się jak w filmie akcji
Kiedy Barbara wyszła, siedziałam w bezruchu, trawiąc informacje. Wkrótce paraliż ustąpił miejsca zimnej, krystalicznej wściekłości. Robert nie tylko mnie zdradził; on zaplanował moją zagładę. Walentynkowa róża była zasłoną dymną, bym myślała, że mamy tylko „ciche dni”, podczas gdy on finansował nowe życie z mojej kieszeni. Wstałam, podeszłam do lustra. Nie widziałam już ofiary. Widziałam kogoś, kto właśnie się obudził. Zadzwoniłam do brata, prawnika.
– Piotrek, musimy się spotkać. Teraz.
Działaliśmy jak w transie. Brat z koleżanką z kancelarii przejrzał dokumenty od Barbary. Sytuacja była krytyczna, ale nie beznadziejna. Można było odwołać pełnomocnictwo, zablokować księgi wieczyste, złożyć wniosek o zabezpieczenie majątku.
– Musisz działać szybko – powiedział Piotr. – Jeśli weźmie zadatek, będzie trudno to odkręcić. Znam notariusza, który otworzy dziś kancelarię.
Wsiadłam w samochód. Czułam się jak w filmie akcji. Odwołałam pełnomocnictwo i wysłałam oficjalne powiadomienie do notariusza, u którego Robert miał finalizować interesy. Wróciłam do domu przed nim. Usiadłam w fotelu w ciemnym salonie. Róża w wazonie zaczynała więdnąć, płatki tworzyły czerwoną plamę na lnianym obrusie.
Odzyskałam swoje życie
Robert wrócił po dwudziestej, w doskonałym nastroju. Gwizdał. Myślał, że jest o krok od hiszpańskiej willi. Wszedł do salonu i zamarł.
– Renata? Czemu siedzisz po ciemku? – sięgnął do włącznika.
– Nie zapalaj – powiedziałam spokojnie. – Lepiej nam się będzie rozmawiało w mroku.
– O czym? Jestem zmęczony.
– O Klaudii – rzuciłam to imię jak granat.
Cisza była gęsta. Słyszałam tylko jego oddech.
– Nie wiem, o czym mówisz – w jego głosie słychać było panikę.
– Wiesz. I wiem też o twoim synu. Wiem o wszystkim, Robert. O pieniądzach, o Hiszpanii, o tym, że chciałeś sprzedać ten dom.
Robert zapalił światło. Stał blady jak ściana. Maska biznesmena opadła, odsłaniając przerażonego oszusta.
– To nie tak… Ty nie rozumiesz… Jesteśmy wypaleni. Chciałem zacząć od nowa! Należało mi się coś od życia!
– Należało ci się? – wstałam. – A co należało się mnie i Ani? Długi? Brak dachu nad głową?
– Zostawiłbym wam pieniądze… – skłamał. Wiedziałam, że konta są puste.
Wzięłam do ręki zwiędłą różę.
– Gdybyś powiedział prawdę: „Zakochałem się, odchodzę”, pozwoliłabym ci odejść po uczciwym podziale. Ale ty chciałeś mnie zniszczyć.
Rzuciłam różę pod jego nogi.
– Odwołałam pełnomocnictwo. Zablokowałam konta. W poniedziałek składam pozew o rozwód z orzeczeniem o winie i zawiadomienie do prokuratury o próbie przywłaszczenia mienia. Twoja matka, której tak się bałeś, dostarczyła mi amunicję. To ona przyniosła teczkę z dowodami. Twoja chciwość obróciła się przeciwko tobie. Robert patrzył na mnie z niedowierzaniem, jakby widział ducha. Próbował coś mówić, tłumaczyć się, ale każde słowo brzmiało fałszywie w zderzeniu z faktami. Kazałam mu się wynieść. Tej nocy spał w hotelu, a ja po raz pierwszy od lat spałam spokojnie, wiedząc, że najgorsze kłamstwo mam już za sobą.
Rozwód trwał rok, ale dzięki dokumentom od Barbary wygrałam wszystko. Robert wyjechał do Hiszpanii, ale nie do willi, a do małego mieszkania, bo bez moich pieniędzy jego nowa miłość szybko straciła blask. Ja zostałam w domu. Zostałam z córką i z dziwną, szorstką przyjaźnią z teściową, która udowodniła, że krew nie zawsze jest gęstsza od wody, gdy w grę wchodzi przyzwoitość. A walentynki? Już zawsze będą mi przypominać nie o stracie, ale o dniu, w którym odzyskałam swoje życie.
Renata, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałam, że pączki w tłusty czwartek będą pretekstem do spotkania. Stały się dowodem, że nikt już mnie nie potrzebuje”
- „Pojechaliśmy z mężem na ferie osobno, by nieco od siebie odpocząć. Już wtedy czułam, że oboje stąpamy po cienkim lodzie”
- „Pożyczyłem od babci 10 tysięcy, ale odeszła, zanim zdarzyłem jej je oddać. Nie mogę się z tym pogodzić”