„W walentynki mąż miał mnie zabrać na kolację przy świecach. Zamiast ostryg w restauracji jadłam fast foody w aucie”
„Nie marzyłam o drogich prezentach ani o wyjazdach na pokaz. Chciałam jednego: poczuć, że ktoś naprawdę o mnie pomyślał. Przez lata tłumaczyłam Tobiasza, jego luz i dystans do emocji, wmawiając sobie, że to ja jestem zbyt wymagająca. Tego wieczoru wierzyłam jeszcze, że coś się zmieni”.

- Redakcja
Walentynki zawsze były dla mnie czymś więcej niż datą w kalendarzu. Nie marzyłam o drogich prezentach ani o wyjazdach na pokaz. Chciałam jednego: poczuć, że ktoś naprawdę o mnie pomyślał. Przez lata tłumaczyłam Tobiasza, jego luz i dystans do emocji, wmawiając sobie, że to ja jestem zbyt wymagająca. Tego wieczoru wierzyłam jeszcze, że coś się zmieni.
Improwizacja ma swój urok
Siedziałam w samochodzie i poprawiałam płaszcz, chociaż było mi ciepło. Tobiasz prowadził jedną ręką, drugą wystukiwał rytm do piosenki lecącej w radiu. Uśmiechał się pod nosem, jakby ten wieczór był już udany.
– Spokojnie, coś się znajdzie – rzucił lekko, kiedy skręciliśmy w kolejną ulicę pełną restauracji.
Zatrzymaliśmy się pod pierwszym lokalem. Przez szybę widziałam świece na stolikach i pary nachylone ku sobie. Tobiasz wyskoczył na chwilę, wrócił po minucie.
– Pełno. Ale klimat, co? – zaśmiał się, odpalając silnik.
Przy drugiej restauracji nawet nie wysiadał. Zerknął na kartkę przyklejoną do drzwi.
– Brak wolnych stolików. Walentynki, no przecież.
Kiwnęłam głową, chociaż coś zaczęło mnie ściskać w środku. Czułam się jak dziecko stojące przed zamkniętymi drzwiami. Patrzyłam na inne pary, które wchodziły do środka pewnym krokiem, jakby dokładnie wiedziały, gdzie idą. Jakby ktoś na nie czekał.
– Może następnym razem zrobimy to inaczej – powiedziałam cicho, bardziej do siebie niż do niego.
– Ej, Renata, nie spinaj się. Improwizacja ma swój urok – odpowiedział. – Miasto tętni życiem, zobacz. To jest fajne.
Krążyliśmy tak jeszcze długo. Każde kolejne „niestety nie” brzmiało głośniej niż poprzednie. Zaczęłam się zastanawiać, czy ktoś patrzy na nas z politowaniem.
– Wiesz, że to nawet romantyczne? – dodał nagle. – Tak na spontanie.
Uśmiechnęłam się automatycznie. Tylko że w środku się we mnie gotowało. Nie chodziło o restaurację. Chodziło o to, że on jak zwykle o niczym nie pomyślał. Że znów byłam na drugim planie. A ja coraz wyraźniej czułam, że w tym samochodzie też jestem trochę sama.
Będziemy mieli co wspominać
Zjechaliśmy na parking przy drodze wylotowej z miasta. Światła latarni odbijały się w mokrym asfalcie, a ja poczułam zmęczenie, jakby ten wieczór trwał już całą dobę. Tobiasz wysiadł z auta energicznie, jakby właśnie zaczynała się najlepsza część randki.
– Zaraz wracam – rzucił wesoło. – Zobaczysz, będzie dobrze.
Zostałam sama w środku. Patrzyłam na zaparowaną szybę i rysowałam palcem przypadkowe linie. W głowie wciąż miałam obrazy restauracyjnych stolików, obcych kobiet poprawiających włosy, mężczyzn nachylających się z uwagą. Poczułam ukłucie wstydu, choć nie potrafiłam powiedzieć, przed kim właściwie. Tobiasz wrócił z papierową torbą i dwoma kubkami. Zapach tłuszczu wypełnił samochód natychmiast.
– Proszę bardzo, kolacja mistrzów – powiedział z dumą. – Przyznaj, że to ma swój klimat.
Wyjął frytki i podał mi je, jakby wręczał coś wyjątkowego. Uśmiechnęłam się słabo.
– Dzięki – odpowiedziałam.
Frytki były już letnie. Jadłam powoli, bardziej z obowiązku niż z głodu. Słuchałam, jak Tobiasz opowiada, że wszyscy robią to samo, że to zabawne, że będziemy mieli co wspominać. Kiwałam głową, chociaż w środku rosła we mnie cisza. Taka gęsta, ciężka.
– Widzisz? – zaśmiał się. – Najlepsze walentynki są bez napinki.
Spojrzałam na niego. Jadł z apetytem, zadowolony, jakby naprawdę wierzył, że to jest dokładnie to, czego potrzebowałam. Chciałam coś powiedzieć, wyjaśnić, że nie chodzi o jedzenie ani miejsce. Ale zabrakło mi odwagi. Bałam się, że wyjdę na marudną, że popsuję atmosferę. Więc milczałam. A z każdym kolejnym kęsem czułam, że oddalam się od niego bardziej niż przez wszystkie wspólne lata.
Zobaczyłam wszystkie „jakoś to będzie”
Siedzieliśmy jeszcze chwilę w samochodzie, zaparkowani pod latarnią, która migotała jakby miała zaraz zgasnąć. Tobiasz westchnął z zadowoleniem.
– No i widzisz, jakoś się udało – powiedział. – Przynajmniej nie było sztywno jak w tych wszystkich restauracjach.
Spojrzałam na niego uważniej. Coś w jego tonie mnie zaniepokoiło, choć sama nie wiedziałam jeszcze co. Kręciłam w palcach pustą kartonową tackę.
– A do tej pierwszej restauracji… – zaczęłam ostrożnie. – Miałeś tam rezerwację?
Zamilkł na ułamek sekundy. Potem wzruszył ramionami.
– Nie, no co ty. Przecież mówiłem, że to spontaniczne.
Jak zwykle. Wszystko spontaniczne. Jak te kilka lat naszego związku.
– Czyli liczyłeś, że jakoś to będzie? – dopytałam cicho.
– W walentynki i tak wszędzie pełno. Bez sensu się spinać.
Poczułam, jak coś we mnie pęka.
– Powiedziałeś, że coś zaplanowałeś – przypomniałam.
– Renata, przesadzasz – westchnął. – Ważne, że jesteśmy razem. O to chodzi w tym całym święcie.
Patrzyłam na niego i nagle zobaczyłam nie tylko ten wieczór. Zobaczyłam wszystkie „jakoś to będzie”, wszystkie odkładane rozmowy, wszystkie momenty, kiedy to ja dopasowywałam się, żeby było mu wygodniej. Zrozumiałam, że dla niego ten parking naprawdę był wystarczający. Nie odpowiedziałam. Bo w tej chwili wiedziałam już, że nie chodzi o jedną kolację. Chodziło o to, że ja byłam gotowa czekać tygodniami na gest, a on nawet nie uznał za potrzebne spróbować.
Moje potrzeby od dawna czekają w kolejce
Wróciliśmy do mieszkania w ciszy. Tobiasz rzucił klucze na komodę i od razu zniknął w łazience, jakby ten wieczór został już zamknięty, odhaczony. Ja usiadłam na brzegu łóżka i zdjęłam buty powoli, jeden po drugim. Ręce mi drżały, choć nie było zimno. Położyliśmy się obok siebie, każdy na swojej stronie. Odwrócił się do ściany. Ja patrzyłam w sufit i liczyłam pęknięcia w farbie, próbując nie płakać. W głowie przewijały się sceny, których wcześniej nie chciałam widzieć: moje przypominanie o ważnych datach, moje usprawiedliwienia, moje „nic się nie stało”, kiedy coś jednak się stało.
Przypomniałam sobie urodziny sprzed roku, kiedy prezent dostałam tydzień później. Wspólny wyjazd, który nigdy nie doszedł do skutku, bo zawsze było coś pilniejszego. Rozmowy, które kończyły się żartem, zanim zdążyłam powiedzieć, co naprawdę czuję. Leżałam obok niego i pierwszy raz poczułam, że nie jestem w związku, tylko w przyzwyczajeniu. Że moje potrzeby od dawna czekają w kolejce, a on ma je za nic.
Nad ranem przyszło zmęczenie, ale nie sen. Przyszła za to decyzja. Cicha, spokojna, bez dramatów. Zrozumiałam, że jeśli zostanę, będę dalej tłumaczyć, pomniejszać siebie i czekać. A ja nie chciałam już czekać. Leżałam i patrzyłam, jak pierwsze światło dnia wpełza do pokoju. Wiedziałam, że ten związek skończył się nie tej nocy, ale dużo wcześniej. Walentynki tylko zdarły ostatnią warstwę złudzeń.
Nie mam już siły udawać
Rano usiadłam przy stole w kuchni, zanim Tobiasz wstał. Zaparzyłam herbatę i patrzyłam, jak para unosi się nad kubkiem. Wszystko wydawało się zwyczajne, aż nazbyt spokojne jak na to, co miałam w sobie. Kiedy wszedł, przeciągnął się i uśmiechnął, jakby to był zupełnie normalny dzień.
– Ale wczoraj było zabawnie, co? – rzucił lekko. – Trzeba będzie to powtórzyć.
Spojrzałam na niego i poczułam, że nie mam już siły udawać.
– Nie będzie czego powtarzać – powiedziałam cicho.
Zmarszczył brwi, jakby mówiłam w obcym języku.
– O co ci znowu chodzi?
– O wszystko – odpowiedziałam. – O to, że od dawna jestem w tym związku sama. Że wczoraj nie zapomniałeś o rezerwacji. Ty po prostu nie uznałeś jej za ważną.
Wzruszył ramionami.
– Robisz dramat z niczego.
I właśnie to zdanie było tym ostatnim. Nie było krzyków ani łez. Było tylko zmęczenie i świadomość, że nie da się wytłumaczyć komuś czegoś, czego on nie chce usłyszeć. Spakowałam kilka rzeczy i wyszłam. Na klatce schodowej poczułam pustkę, ale też coś nowego – cichy szacunek do samej siebie. Najgorsze walentynki w moim życiu nie były końcem świata. Były końcem relacji, w której moje potrzeby zawsze były na końcu listy. I może właśnie dlatego stały się początkiem czegoś innego.
Renata, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na walentynki dostałam najgorszy prezent w życiu. Najdroższa mojemu sercu osoba, potraktowała mnie jak śmiecia”
- „Walentynki mieliśmy spędzić z mężem tylko we dwoje. Cały nastrój pękł, gdy otworzyłam drzwi niespodziewanemu gościowi”
- „W walentynki liczyłam na romantyczne sceny rodem z harlekina. A w jeden dzień mąż przekreślił 10 lat wspólnego życia”