Reklama

Walentynki to dla wielu święto romantycznych gestów, kolacji przy świecach i wyczekiwanych niespodzianek. Miałam swoje marzenia: świeże kwiaty i czekoladowe brownie z malinami, które od tygodnia planowałam przygotować. Po tylu latach bycia samotną matką myślałam, że w końcu należy mi się wieczór tylko dla mnie. Zostawiłam syna pod opieką Wojtka, czyli byłego męża, kupiłam ulubione składniki i nową sukienkę.

Wszystko jednak potoczyło się zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażałam. Tamten wieczór do dziś wspominam z poczuciem zażenowania, którego nie umiem sobie wybaczyć. Gdyby ktoś mnie wtedy zapytał, czy żałuję czegoś związanego z rozwodem, pewnie pierwszy raz w życiu odpowiedziałabym bez wahania: tak, żałuję, że nie zostawiłam syna jego ojcu.

Choć raz zrobię coś dla siebie

Długo nie miałam odwagi zarezerwować tego wieczoru tylko dla siebie. Bycie samotną matką sprawiło, że nauczyłam się stawiać potrzeby syna zawsze na pierwszym miejscu. Jednak w tamtym roku, po raz pierwszy od rozwodu, postanowiłam, że walentynki będą moje – nawet jeśli oznaczało to tylko samotną kolację z serialem w tle.

W pracy przez cały dzień panował gwar: koleżanki prześcigały się w opowieściach o planach na wieczór, o niespodziankach od partnerów, o prezentach i kwiatach, które już spoczywały w wazonach. Starałam się nie zazdrościć, chociaż w środku czułam ukłucie żalu. Przecież też byłam kiedyś żoną, kobietą, która mogła marzyć o czymś więcej niż podgrzanej lasagni i zmywaniu po kolacji.

Wróciłam do domu z siatką zakupów i sercem pełnym spokoju. Przebrałam się w nową sukienkę, rozstawiłam składniki na brownie, które miało być ukoronowaniem mojego święta. Syn miał spędzić noc u ojca, więc ten jeden wieczór miał być naprawdę mój. Nie wiedziałam jeszcze, jak bardzo się myliłam.

Niespodziewany telefon

Gdy kończyłam ucierać czekoladę, telefon zadzwonił. Na ekranie wyświetlił się numer byłego męża. Przez sekundę zawahałam się, czy odbierać, bo przecież ustaliliśmy wszystko: Szymon miał spędzić u niego noc, żebym mogła mieć czas dla siebie.

– Halo? – powiedziałam, starając się brzmieć spokojnie.

– Cześć, słuchaj… – zaczął Wojtek. W jego głosie czułam napięcie, jakby był rozkojarzony. – Szymon się rozchorował. Ma gorączkę i płacze, że chce do domu. Może byś po niego przyjechała? Ja mam zaraz wideokonferencję do pracy, nie dam rady… – powiedział szybko, jakby chciał mieć już to za sobą.

Przez chwilę stałam bez ruchu, ściskając łyżkę. Przed oczami miałam wizję wieczoru, który sobie wymarzyłam, i poczułam, jak wszystko wymyka mi się z rąk.

– Wojtek, to był jedyny wieczór dla mnie, nie możesz zostać z nim parę godzin? – próbowałam jeszcze negocjować, ale wiedziałam, że to nie ma sensu.

– Przepraszam, musisz przyjechać – uciął, zanim się rozłączył.

Poczułam rozczarowanie i złość, których nawet nie miałam już siły ukrywać. Przebrałam się w pośpiechu, zmyłam makijaż, odłożyłam surowe ciasto na brownie do lodówki. Walentynki znowu przestały być moje.

W gościach u byłego męża

Wsiadłam do samochodu w starym swetrze, bo sukienka nagle wydała mi się śmieszna. Po drodze próbowałam się uspokoić, ale z każdą minutą narastała we mnie złość. Przecież to zawsze ja jestem tą, która musi rezygnować. Dojechałam na miejsce, a Szymon, słaby i rozpalony, siedział przy stole z kubkiem herbaty. Obok stał Wojtek – jak zwykle w służbowej koszuli, z telefonem w dłoni.

– Mamo, źle się czuję – wyszeptał syn, tuląc się do mnie. Poczułam ukłucie winy, że jeszcze przed chwilą miałam ochotę wykrzyczeć, jak bardzo jestem zmęczona jego wiecznym „potrzebowaniem mnie”.

– Masz termometr? – spytałam Wojtka.

– Tam, w łazience – rzucił krótko, nie odrywając wzroku od telefonu.

Wojtek przez chwilę krzątał się, szukając czegoś w szafkach, po czym nagle zniknął za drzwiami swojego gabinetu. Siedziałam w ich kuchni, próbując opanować łzy. Szymon kaszlał i wpatrywał się we mnie wielkimi oczami. Poczułam się jak intruz, jak niania na dyżurze, która nie powinna wymagać niczego dla siebie.Wojtek wrócił dopiero, gdy ubierałam Szymona w kurtkę.

– Dzięki, że przyjechałaś. No, to udanych walentynek – powiedział sucho, nie patrząc mi w oczy.

Znowu sama ze wszystkim

Wracałam z synem do domu w kompletnej ciszy. Szymon wtulił się w fotelik, zgarbiony i cichutki jak nigdy. Zamiast czuć ulgę, że wraca ze mną, miałam w głowie chaos: rozżalenie, złość na byłego męża, wyrzuty sumienia wobec własnego dziecka i gdzieś jeszcze tęsknotę za normalnością, za wieczorem tylko dla siebie.

Kiedy przekroczyliśmy próg mieszkania, Szymon poczłapał prosto do swojego pokoju, nawet nie prosząc o bajkę na dobranoc. Wstawiłam wodę na herbatę, ale zamiast wrócić do brownie, usiadłam na krześle w kuchni i po prostu się rozpłakałam.

Po chwili zadzwoniła do mnie mama.

– Co się stało? – zapytała cicho.

Ale nawet nie potrafiłam ubrać tego w słowa.

– Znowu on cię zostawił z tym wszystkim, co? – domyśliła się jak zwykle. – Zawsze musisz być ta silna, nawet w walentynki – dodała, a ja tylko kwiliłam.

Chciałam jej powiedzieć, że mam już dość tej roli. Że choć kocham Szymona, to czasem marzę, żeby ktoś na chwilę przejął za mnie stery. Nawet jeśli to miałby być jego ojciec. W lodówce leżało niedokończone ciasto, a ja czułam się pusta i samotna.

Przykre myśli i rozczarowanie

Gdy noc zapadła na dobre, usłyszałam skrzypienie podłogi. Szymon stał w drzwiach kuchni, cały rozpalony i z podpuchniętymi oczami.

– Mamo, mogę się położyć z tobą? – zapytał, a ja skinęłam głową, nawet nie próbując udawać, że mam na to siłę. Ułożyliśmy się razem w moim łóżku. Szymon zasnął niemal natychmiast, wtulony jak wtedy, gdy był mały i świat wydawał się prostszy.

Leżałam obok niego z otwartymi oczami, wsłuchując się w jego oddech. Myśli wirowały mi po głowie: co poszło nie tak? Czy to naprawdę tak powinno wyglądać – być matką, która za każdym razem jest w gotowości, której nikt nie pyta o zdanie? Przypomniałam sobie swoje słowa z czasów rozwodu, gdy przekonywałam wszystkich (i siebie), że dam radę, że poradzę sobie sama. Minęło tyle lat, a ja dalej czułam się jak bohaterka własnego dramatu.

Następnego ranka, przeglądając wiadomości na telefonie, zobaczyłam zdjęcia uśmiechniętych par, znajomych z pracy chwalących się prezentami i romantycznymi kolacjami. Mnie została pusta kuchnia, niedopieczone brownie i wstyd – przed sobą, przed synem, przed własnym życiem. W myślach powtarzałam, że chyba naprawdę powinnam była zostawić Szymona jego ojcu.

Będę nie tylko matką

Kilka dni minęło w ciszy. Szymon wrócił do szkoły, a ja powoli wracałam do codzienności, jakby nic się nie stało. Ale we mnie coś jednak pękło. Po raz pierwszy naprawdę dopuściłam do siebie myśl, że nie muszę być zawsze tą niezniszczalną, gotową na każde wezwanie.

W weekend wyjęłam z lodówki zapomniane ciasto. Upiekłam brownie z malinami tylko dla siebie. Bez świec, bez sukienki, bez wielkich planów. Usiadłam przy kuchennym stole z kubkiem herbaty i kawałkiem jeszcze ciepłego ciasta. Smakowało lepiej, niż się spodziewałam.

Pomyślałam wtedy, że może nie chodzi o to, by żałować przeszłych decyzji. Może chodzi o to, by wreszcie zacząć stawiać granice – nawet najbliższym. Kochałam syna całym sercem, ale wiedziałam już, że jeśli dalej będę zapominać o sobie, któregoś dnia naprawdę zostanę sama. Nie z wyboru, tylko z przyzwyczajenia.

Tamte walentynki nie były romantyczne. Były bolesne i rozczarowujące. Ale może właśnie wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że zasługuję nie tylko na bycie dobrą matką. Zasługuję też na bycie kobietą.

Kasia, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama