Reklama

Walentynki zawsze kojarzyły mi się z drobnymi gestami, nie z rozmachem. Mimo to, kiedy tego dnia zamknęłam za sobą drzwi mieszkania, miałam w brzuchu ciche napięcie i nadzieję, że poczuję się dla kogoś naprawdę ważna. Nie spodziewałam się cudów, ale też nie byłam gotowa na to, jak bardzo ten wieczór zmusi mnie do przyjrzenia się naszej relacji.

To będzie niespodzianka

Kiedy zadzwonił domofon, byłam już gotowa. Założyłam sukienkę, którą zwykle zostawiałam na „lepsze okazje”, delikatnie się pomalowałam i kilka razy zmieniałam kolczyki, zanim w końcu uznałam, że wystarczy. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Marcina z szerokim uśmiechem i rękami schowanymi w kieszeniach kurtki.

– Wyglądasz super – rzucił szybko i cmoknął mnie w policzek.

– Dzięki – odpowiedziałam, próbując nie analizować faktu, że sam miał na sobie tę samą bluzę co zawsze. – To gdzie idziemy?

– Spokojnie, będzie niespodzianka – powiedział z dumą, jakby właśnie zdradził, że zabiera mnie w niezwykłe miejsce.

Szliśmy w milczeniu kilka minut. Zauważyłam, że skręcamy w stronę galerii handlowej. Jeszcze wtedy pomyślałam, że może najpierw jakiś spacer, a potem kolacja. Albo odwrotnie. Kiedy jednak zatrzymaliśmy się przed jaskrawo oświetlonym lokalem z dużym menu nad kasą, ręce lekko mi opadły.

– No i jesteśmy – oznajmił, rozkładając ręce. – Wiedziałem, że się ucieszysz. Szybko, konkretnie i bez nadęcia.

Przez chwilę patrzyłam na niego, potem na ludzi przy kasie, na tacki, papierowe opakowania i dzieci biegające między stolikami.

– Serio? – zapytałam ciszej, niż planowałam.

– No co? – zdziwił się. – Przecież lubisz takie jedzenie. I nie trzeba się stroić jak na bal.

Ugryzłam się w język. Weszliśmy do środka. Marcin zamówił za nas oboje, nawet nie pytając, na co mam ochotę.

– Wziąłem klasyk, zawsze mówisz, że bezpieczny wybór – rzucił, odbierając tacę.

Usiedliśmy przy stoliku pod ścianą. Plastikowe krzesło skrzypnęło, kiedy się poruszyłam. Przez chwilę jadłam w ciszy, słuchając jego opowieści o pracy i o tym, jak ciężko było znaleźć miejsce do zaparkowania.

– Wszystko w porządku? – zapytał w końcu, widząc, że niewiele mówię.

– Tak… po prostu myślałam, że może dziś będzie trochę inaczej – odpowiedziałam ostrożnie.

Marcin westchnął i odłożył jedzenie.

– Zawsze musisz komplikować? Przecież liczy się, że jesteśmy razem.

Te słowa zawisły między nami ciężko. Nagle zrozumiałam, że nie chodzi o miejsce ani o walentynki, tylko o to, jak bardzo różnie widzimy „staranie się”.

Fast food nie jest wyjątkowy

Po wyjściu z lokalu było zimno, choć wieczór zapowiadał się spokojnie. Szliśmy obok siebie, ale czułam, jakby między nami pojawiła się niewidzialna bariera. Marcin wrzucił ręce do kieszeni i przyspieszył krok, jakby chciał uciec od rozmowy, która wisiała w powietrzu.

– Naprawdę nie rozumiem, o co ci chodzi – odezwał się w końcu. – Zrobiłem plan, zaprosiłem cię, spędzamy czas razem. To chyba dobrze?

Zatrzymałam się. On zrobił jeszcze kilka kroków, zanim zauważył, że nie idę dalej.

– Dla ciebie to jest plan? – zapytałam, starając się mówić spokojnie. – Ja nie oczekiwałam drogich prezentów ani świec. Chciałam poczuć, że ten dzień jest… wyjątkowy.

– A fast food nie może być wyjątkowy? – prychnął. – Ludzie robią z walentynek wielkie show, a potem i tak się rozstają.

– To nie o ludzi chodzi – odpowiedziałam. – Tylko o nas.

Marcin spojrzał na mnie z irytacją, której wcześniej u niego nie widziałam.

– Wiesz, czasem mam wrażenie, że cokolwiek zrobię, to i tak będzie za mało.

Te słowa zabolały mnie bardziej, niż chciałam przyznać. Przypomniałam sobie inne sytuacje: zapomniane rocznice, odwołane plany, rozmowy odkładane „na później”.

– A ja mam wrażenie, że przestałeś się starać – powiedziałam cicho. – Jakbyś uznał, że już nie musisz.

Zapadła cisza. Ludzie mijali nas, śmiejąc się i trzymając za ręce. Marcin w końcu spuścił wzrok.

– Może po prostu jesteśmy różni – rzucił. – Ty zawsze chcesz czegoś więcej.

Ruszyliśmy dalej, ale każdy w swoich myślach. Wiedziałam, że ta rozmowa to dopiero początek czegoś trudniejszego, czegoś, przed czym oboje próbowaliśmy uciec.

Nie czułam się ważna dla niego

Do jego mieszkania doszliśmy w ciszy. Zwykle po wejściu zdejmowaliśmy kurtki, żartując z drobiazgów dnia, ale tym razem każde z nas zajęło się sobą. Marcin rzucił klucze na komodę i włączył światło w salonie. Jasność była zbyt ostra, jakby obnażała napięcie, którego nie dało się już ukryć.

– Chcesz herbaty? – zapytał mechanicznie.

– Nie, dziękuję – odpowiedziałam, siadając na skraju kanapy.

Usiadł naprzeciwko mnie, opierając łokcie na kolanach. Przez chwilę patrzył w podłogę.

– Powiedz wprost – odezwał się w końcu. – O co tak naprawdę chodzi?

Wzięłam głęboki oddech.

– O to, że coraz częściej czuję się dodatkiem do twojego życia, a nie jego częścią. Jakby wystarczyło, że po prostu jestem obok.

Marcin uniósł głowę.

– To niesprawiedliwe. Przecież jesteśmy razem dwa lata. To normalne, że nie wszystko jest jak na początku.

– Wiem – przyznałam. – Ale normalne nie musi znaczyć obojętne.

Wstałam i podeszłam do okna. Na parkingu ktoś właśnie wręczał komuś bukiet kwiatów. Odwróciłam wzrok, zanim w oczach pojawiło się pieczenie.

– Pamiętasz, jak kiedyś potrafiliśmy godzinami rozmawiać? – zapytałam. – Jak planowałeś rzeczy z wyprzedzeniem, bo wiedziałeś, że to dla mnie ważne?

Byłem wtedy inny – mruknął. – Mniej zmęczony.

– A ja byłam bardziej cierpliwa – odpowiedziałam.

Zapadła cisza. Marcin w końcu powiedział coś, czego się nie spodziewałam.

– Może po prostu za bardzo się przyzwyczaiłem, że jesteś.

Te słowa nie brzmiały jak wyrzut. Bardziej jak wyznanie. I właśnie dlatego zabolały. Zrozumiałam, że walentynki w fast foodzie były tylko symbolem czegoś znacznie większego.

Fast food pomógł mi podjąć decyzję

Siedzieliśmy jeszcze chwilę w ciszy. Nie było krzyków ani dramatycznych gestów. Tylko zmęczenie, które nagle stało się zbyt wyraźne, by je ignorować. Marcin przesunął się na kanapie i oparł plecy, jakby ta rozmowa odebrała mu resztki energii.

Nie chcę cię stracić – powiedział w końcu. – Ale nie wiem, czy potrafię być taki, jakiego mnie potrzebujesz.

Te słowa były uczciwe. I właśnie dlatego poczułam, że coś we mnie opada, jak napięta struna puszczona nagle bez ostrzeżenia.

– A ja nie chcę żyć z poczuciem, że proszę o podstawy – odpowiedziałam spokojnie. – Że muszę tłumaczyć, dlaczego coś jest dla mnie ważne.

Marcin skinął głową. Nie próbował mnie przekonywać. Nie obiecywał, że się zmieni. I chyba wtedy zrozumiałam, że on już dawno podjął swoją decyzję, tylko ja jeszcze liczyłam na znak.

Wstałam i zaczęłam zakładać kurtkę.

– Zadzwonię jutro, żeby zabrać swoje rzeczy – powiedziałam.

– Jasne – odparł cicho. – Daj znać.

Kiedy zamknęłam za sobą drzwi, klatka schodowa wydała mi się dziwnie cicha. Na zewnątrz wciąż świeciły walentynkowe dekoracje, a ludzie wracali do domów, trzymając się za ręce. Przez chwilę zrobiło mi się smutno, ale zaraz potem poczułam ulgę. Nie dlatego, że przestało boleć. Tylko dlatego, że przestałam się oszukiwać.

Tamten wieczór nie skończył się romantycznie. Nie było wielkich słów ani nagłych zwrotów. Była za to decyzja, która dojrzewała we mnie od dawna. I choć fast food na walentynki był tylko drobnym szczegółem, to właśnie on sprawił, że w końcu zobaczyłam całość. A czasem to wystarczy, żeby odejść.

Natalia, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama