Reklama

Zawsze marzyłem, by zrobić coś wyjątkowego dla kogoś, kogo kocham. Chciałem, by moja dziewczyna poczuła się naprawdę doceniona, a wspomnienie naszej wspólnej chwili zostało z nami na całe życie. Pomysł oświadczyn w Alpach wydawał się idealny – romantyczny, bajecznie piękny i z odrobiną przygody, która przecież nas łączyła od pierwszych miesięcy związku. Zainwestowałem w tę wyprawę całe swoje oszczędności, planując każdy detal, by wszystko było dopięte na ostatni guzik. Rezerwowałem stolik w górskiej restauracji z widokiem na dolinę, kupiłem pierścionek, a nawet nauczyłem się kilku podstawowych zdań po niemiecku, żeby zaimponować obsłudze hotelu i sprawić, by poczuła się wyjątkowo. Byłem pewien, że to będą najlepsze Walentynki w naszym życiu. Jednak nie wszystko da się przewidzieć, nawet jeśli wydaje się, że ma się kontrolę nad każdą minutą…

Nigdy nie była szczęśliwsza

Z lotniska jechaliśmy przez zasypane śniegiem miasteczka, aż w końcu w oddali wyłoniły się majestatyczne szczyty Alp. W aucie panowała radosna atmosfera – radio grało jakieś lokalne przeboje, a moja dziewczyna, Zuzka, żartowała, że jeszcze chwila i zostaniemy zawodowymi narciarzami. Patrzyłem na nią ukradkiem i uśmiechałem się. Była zafascynowana każdym widokiem, zatrzymywała się co chwila, żeby zrobić zdjęcie. Myślałem, że wszystko idzie zgodnie z planem, a nasze pierwsze chwile w Alpach będą jak ze snu. Zameldowaliśmy się w hotelu z widokiem na ośnieżone stoki. Pokój był niewielki, ale miał wszystko, co potrzebne – nawet czekoladki na poduszce. Rozpakowując się, Zuzka zerkała przez okno i wzdychała z zachwytu.

– Zobacz, jaki widok! – zawołała, a ja już wtedy wiedziałem, że ten moment mógłby być idealny. Jednak czekałem. Oświadczyny miały się odbyć w Walentynki, podczas kolacji na szczycie.

Popołudnie spędziliśmy na spacerze po miasteczku. Jedliśmy gorące kasztany i śmialiśmy się, próbując dogadać się z kelnerem w kawiarni. Zuzka przez chwilę przytuliła się do mnie mocniej, przysięgając, że nigdy nie była szczęśliwsza. Patrzyłem na nią i czułem, jak moje serce bije szybciej na myśl o tym, co dopiero miało nadejść.

Coś zaczynało się psuć

Kolejnego dnia wszystko zaczęło się nieco inaczej, niż planowałem. Zuzka była w znakomitym humorze i koniecznie chciała nauczyć się jeździć na nartach. Na stoku czuła się niepewnie, ale próbowała nadążać za mną, chociaż widać było, że co chwila walczy z równowagą. Zamiast romantycznych chwil, zaliczyliśmy serię upadków, a ona po trzecim z rzędu po prostu usiadła w śniegu i wybuchła śmiechem.

– No to jestem mistrzynią Alp! – roześmiała się, próbując wytrzepać śnieg z rękawiczek. – Połamałam się już chyba ze trzy razy. Ty serio uważasz, że to jest relaks?

– Najważniejsze, że się nie poddajesz – odpowiedziałem, próbując ją podnieść.

Po południu jej nastrój trochę się popsuł. Przemarzła, bolała ją ręka po upadku i zaczęła żartować mniej entuzjastycznie.

– Może następnym razem wybierzemy ciepłe kraje, co? – rzuciła, rozcierając nadgarstek.

Wieczorem, gdy siedzieliśmy w restauracji, zauważyłem, że coś ją gryzie. Zamiast rozmawiać o planach na kolejny dzień, zaczęła przeglądać telefon. Czułem się bezradny, bo przecież wszystko miało być idealnie, a tymczasem zaczynało się psuć.

– Przepraszam, jestem trochę zmęczona – powiedziała cicho.

Usiadłem obok niej, próbując jej poprawić humor, lecz czułem narastający niepokój.

Bajka zamieniła się w koszmar

Rano obudził mnie dźwięk płaczu. Zuzka siedziała na łóżku, skulona, z telefonem w dłoni. Przez chwilę udawałem, że śpię, licząc, że zaraz jej przejdzie, ale szlochała coraz głośniej. Usiadłem przy niej.

– Zuzka, co się stało? – zapytałem z troską.

– Przepraszam… Po prostu… Mama napisała mi wiadomość. Dziadek trafił do szpitala. Nie wiem, czy powinniśmy tu zostawać – wyszeptała, ocierając łzy.

Przez głowę przeleciały mi wszystkie możliwe scenariusze – czy powinienem odwołać oświadczyny? Pakować się i wracać? Chciałem ją przytulić, ale była jak zamknięta w sobie, niedostępna. Całe moje plany zaczęły nagle rozpadać się jak domek z kart.

– Może zadzwonisz do mamy, zapytasz, czy sytuacja jest poważna? – zaproponowałem, próbując ją jakoś uspokoić.

Zuzka wyszła na balkon. Przez szybę słyszałem tylko urywane fragmenty rozmowy. Wróciła po chwili, roztrzęsiona.

– Mama mówi, że mam się nie martwić, ale przecież nie mogę o tym nie myśleć! – rzuciła zdenerwowana. – Może jestem okropna, że w ogóle tu siedzę, kiedy on tam leży…

Nie wiedziałem, jak się zachować. Cała ta bajka zaczęła przypominać raczej koszmar niż romantyczną podróż.

Atmosfera znów zgęstniała

Po południu postanowiłem, że spróbujemy choć trochę poprawić sobie nastrój. Zarezerwowałem sanki i zaproponowałem Zuzce zjazd w dół najbliższego wzgórza. Kiedy podjechaliśmy na miejsce, mruknęła tylko:

– Jak się rozwalę, to będzie na ciebie.

Nie wiedziałem, czy żartuje, czy jest już naprawdę na granicy wytrzymałości. Zjechaliśmy razem – ona z przodu, ja z tyłu, trzymając ją mocno, żeby nie poleciała w bok. Przez chwilę śmiała się w głos, łzy na policzkach mieszały się z zimnym powietrzem. Na dole, zarumieniona, złapała mnie za rękę i powiedziała cicho:

– Dzięki. Chociaż na chwilę przestałam myśleć o tym wszystkim.

Próbowaliśmy udawać, że wszystko wraca do normy. Poszliśmy do kawiarni na gorącą czekoladę. Zuzka zaczęła opowiadać mi o dzieciństwie, wspominała, jak z dziadkiem jeździła na sankach po lesie. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem, jak bardzo przeżywa całą sytuację. Wieczorem atmosfera znów zgęstniała. Zuzka zamknęła się w sobie, a ja zrozumiałem, że nie uratuję tych wakacji, choćbym stanął na głowie. Wiedziałem już, że jutro – w Walentynki – nic nie będzie tak, jak planowałem.

Noc, która zmieniła wszystko

Walentynkowy wieczór nadszedł, a ja czułem tylko ciężar w klatce piersiowej. Kolacja na szczycie miała być zwieńczeniem naszych wspólnych marzeń. Zamiast radosnego oczekiwania towarzyszyła nam cisza i napięcie. Siedzieliśmy przy elegancko nakrytym stole, przez wielkie okno widać było gwiazdy nad górami, ale żadne z nas nie potrafiło się tym zachwycić. Zuzka zamówiła jedzenie bez apetytu, dłubała widelcem w risotto, uciekając wzrokiem od mojego spojrzenia. Wiedziałem, że mam pierścionek w kieszeni, że przygotowałem słowa na ten moment, ale zupełnie nie potrafiłem ich wypowiedzieć. Chciałem zapytać, czy zechce ze mną spędzić resztę życia, a jednocześnie wiedziałem, że byłoby to jak próba zakrzyczenia smutku. W pewnej chwili Zuzka spojrzała na mnie zmęczonym wzrokiem.

– Przepraszam… ja naprawdę się staram, żeby być tutaj z tobą. Tylko czuję się, jakbym była gdzieś indziej. To najgorsze Walentynki, jakie mogłam sobie wyobrazić. Nie przez ciebie. Przez wszystko…

Wziąłem ją za rękę, a ona zaczęła płakać – cicho, prawie bezgłośnie. Wtedy zrozumiałem, że nie mogę jej o nic prosić, nie teraz. Odłożyłem pierścionek z powrotem do kieszeni. Zjechaliśmy na dół w milczeniu. Noc minęła nam osobno, każdy na swojej stronie łóżka.

Nie wszystko zależy od nas

Następnego ranka obudziłem się przed świtem. Patrzyłem na Zuzkę, która spała niespokojnie, a na jej policzku wciąż widać było ślady łez. Próbowałem wyobrazić sobie, jak miałby wyglądać nasz powrót do domu, jak rozmawiać o tym, co się wydarzyło, o czym marzyłem i czego zabrakło. Zrozumiałem, że czasem nie da się przechytrzyć losu, że nie wszystko zależy od nas, choćbyśmy planowali najdokładniej na świecie. Po śniadaniu spakowaliśmy się w milczeniu. Nawet góry wydawały się nagle mniej imponujące, a zimowe słońce nie grzało już tak samo. W samochodzie Zuzka spojrzała na mnie z niepokojem.

– Przepraszam, że to wszystko się tak potoczyło. Wiem, że się starałeś. Naprawdę chciałam, żeby było pięknie…

Chciałem powiedzieć, że najważniejsze, że jesteśmy razem, ale słowa utknęły mi w gardle. Ta podróż nie zakończyła się happy endem. Nie było romantycznych oświadczyn ani wielkich deklaracji. Była za to bliskość w smutku, zrozumienie w rozczarowaniu i świadomość, że nie każda miłość musi błyszczeć na tle alpejskich szczytów. Czasami życie wystawia nas na próbę, zanim pozwoli nam się naprawdę odnaleźć.

Michał, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama