„W walentynki mój chłopak wziął nogi za pas. Zamiast świętować, robię generalne porządki w domu i w sercu”
„W głowie miałam ułożony scenariusz idealnych walentynek, pełnych ciepła, spojrzeń i pięknych słów. Dziś, zamiast świec i romantycznej kolacji, moim towarzystwem jest mop i cisza, która aż dzwoni w uszach. To historia o tym, jak w jeden dzień, w święto zakochanych, postanowiłam zrobić porządki w swoim życiu – dosłownie i w przenośni”.

- Redakcja
Jeszcze siedem dni temu z namaszczeniem wiązałam satynową wstążkę na niewielkim, granatowym pudełku, wyobrażając sobie jego reakcję. W głowie miałam ułożony scenariusz idealnych walentynek, pełnych ciepła, spojrzeń i pięknych słów. Dziś, zamiast świec i romantycznej kolacji, moim towarzystwem jest mop i cisza, która aż dzwoni w uszach. To historia o tym, jak w jeden dzień, w święto zakochanych, postanowiłam zrobić porządki w swoim życiu – dosłownie i w przenośni.
Pamiętam ten dzień z niemal fotograficzną dokładnością. Był wtorek, zwykły, szary wtorek, który w moim kalendarzu świecił jasnym punktem przygotowań. Paweł uwielbiał stare mapy i wszystko, co związane z podróżami. Szukałam tego prezentu przez trzy miesiące. To nie był jakiś tam gadżet ze sklepu z upominkami. To był autentyczny, mosiężny kompas z lat pięćdziesiątych, znaleziony na aukcji staroci. Na odwrocie dałam wygrawerować dyskretny napis: „Żebyś zawsze trafił do domu”. Jakże ironicznie to teraz brzmi, prawda?
Chciałam, żeby wiedział, jak bardzo mi zależy
Siedziałam wtedy na dywanie w salonie, otoczona rolkami papieru pakowego. Wybrałam taki w kolorze głębokiej zieleni, bo wiedziałam, że ten kolor kojarzy mu się z lasem, z naszymi wspólnymi wyjazdami w Bieszczady. Każde zagięcie papieru wygładzałam paznokciem, żeby było idealnie ostre. Chciałam, żeby wiedział, jak bardzo mi zależy. Że słucham, gdy mówi o swoich pasjach. Że jestem tą osobą, która pamięta.
Byliśmy razem od dwóch lat. Dla wielu to może niewiele, ale dla nas – a przynajmniej tak mi się wydawało – to była cała epoka. Znaliśmy swoje nawyki, wiedziałam, że on nie pije kawy z mlekiem, a on wiedział, że ja nienawidzę, gdy ktoś zostawia otwarte drzwi od szafy. Planowaliśmy wakacje w lipcu. Rozmawialiśmy o tym, czy w przyszłości lepiej wziąć kredyt na mieszkanie w kamienicy, czy budować dom pod miastem. Wszystko wydawało się tak stabilne, tak bezpieczne. Jak fundament wylany pod solidną budowlę. Nie zauważyłam żadnych pęknięć. Żadnych sygnałów ostrzegawczych. A może on był tak doskonałym aktorem?
To stało się w czwartek. Dwa dni po tym, jak spakowałam ten nieszczęsny kompas. Czekałam na niego z kolacją. Zrobiłam jego ulubione risotto z grzybami. Zegar na ścianie tykał rytmicznie, a wskazówki przesuwały się z godziny dziewiętnastej na dwudziestą, potem na dwudziestą pierwszą. Telefon milczał. Na początku czułam irytację.
– Mógłby chociaż napisać, że utknął w pracy – mówiłam do siebie na głos, mieszając widelcem w wystygłym ryżu.
Potem pojawił się niepokój. Może miał wypadek? Może stało się coś złego? Zaczęłam dzwonić. Raz, drugi, trzeci. Sygnał łączył, a potem włączała się poczta głosowa. Jego aksamitny głos mówił: „Tu Paweł, wiesz co robić”. O dwudziestej trzeciej dostałam wiadomość. Nie zadzwonił. Nie przyjechał. Wyświetliło się tylko krótkie powiadomienie na ekranie smartfona. „Kasia, nie mogę tak dłużej. To nie ma sensu. Nie czekaj na mnie. Przepraszam”. I tyle. Koniec. Dwa lata życia, plany, wspólne śniadania, kłótnie o pierdoły, wyjazdy, poznanie rodziców – wszystko to zostało skwitowane trzema zdaniami wysłanymi w komunikatorze.
Patrzyłam na ten ekran i nie rozumiałam liter, które się na nim wyświetlały. Czytałam to w kółko, jakby zmiana intonacji w mojej głowie mogła zmienić sens tych słów. Próbowałam oddzwonić. Abonent niedostępny. Zablokował mnie. W jednej sekundzie zostałam odcięta jak niepotrzebna gałąź. Bez rozmowy, bez szansy na zadanie pytania „dlaczego?”, bez możliwości obrony czy choćby pożegnania twarzą w twarz. Zostałam sama w mieszkaniu pełnym jego zapachu, z zimnym risotto i prezentem ukrytym w szufladzie biurka.
Potrzebowałam być sama ze swoim bałaganem
Dziś jest czternasty lutego. Wszędzie dookoła widzę czerwień. Wystawy sklepowe krzyczą promocjami dla par, w radiu puszczają ckliwe ballady, a media społecznościowe zalewa fala zdjęć bukietów i splecionych dłoni. Każde takie zdjęcie jest jak mała szpilka wbijana w moje ego. Wstałam rano z ciężką głową. Przez ostatnie dni funkcjonowałam jak na autopilocie – praca, dom, łóżko, sufit. Ale dziś coś we mnie pękło. Obudziłam się nie ze smutkiem, ale z wściekłością. Taką czystą, gorącą złością, która dodaje energii. Spojrzałam na stertę jego książek na nocnym stoliku. Na jego bluzę przewieszoną przez krzesło, której używałam jako szlafroka, gdy było mi zimno. Na kubek z napisem „Szef wszystkich szefów”, który kupiłam mu dla żartu.
– Dość – powiedziałam głośno do pustego pokoju. Mój głos zabrzmiał obco, chropowato.
Postanowiłam, że nie spędzę tego dnia płacząc w poduszkę i jedząc lody prosto z pudełka. To byłoby zbyt banalne. Zbyt filmowe. Postanowiłam, że zrobię coś, co da mi poczucie kontroli. Jeśli on mógł mnie wyrzucić ze swojego życia bez mrugnięcia okiem, ja mogę wyrzucić jego rzeczy ze swojego mieszkania. Zaczęłam od łazienki. To tam zawsze zaczynaliśmy dzień. Jego szczoteczka do zębów stała w kubku obok mojej. Niebieska, elektryczna. Kiedyś wydawało mi się to takie intymne – nasze szczoteczki stykające się główkami. Teraz patrzyłam na nią jak na obcy obiekt, jak na intruza. Wrzuciłam ją do worka na śmieci bez cienia żalu. Potem przyszła kolej na maszynkę do golenia, piankę, której zapach zawsze unosił się w łazience po jego wyjściu, i ten jego kolorowy ręcznik, którego nigdy nie wieszał prosto.
Z każdym kolejnym przedmiotem czułam dziwną mieszankę ulgi i bólu. To było jak zdzieranie plastra. Bolało, ale wiedziałam, że pod spodem rana musi zacząć oddychać, żeby się zagoić. Przeszłam do salonu. Tu było gorzej. Tu były nasze wspólne wieczory. Płyty winylowe, które zbieraliśmy razem. Część była jego, część moja, a część kupiliśmy wspólnie na pchlich targach. Siedziałam na podłodze i segregowałam je. Zatrzymałam się przy jednej płycie. Pamiętam, jak wtedy na mnie patrzył. Piliśmy grzańca w małej knajpce, a on trzymał mnie za rękę i mówił, że jestem najlepszym, co go w życiu spotkało. Czy kłamał? Czy wtedy to była prawda, a potem coś się zmieniło? A może ja widziałam to, co chciałam widzieć?
– Kłamca – szepnęłam.
W tle brzęczał telefon. To Ania, moja przyjaciółka. Dzwoniła już trzeci raz. Pewnie chciała mnie wyciągnąć na babskie pogaduchy. Nie odebrałam. Nie chciałam teraz słuchać pocieszeń typu „tego kwiata jest pół świata” albo „nie był ciebie wart”. Wiem, że nie był. Ale wiedza intelektualna a emocjonalna to dwie różne galaktyki. Dziś potrzebowałam być sama ze swoim bałaganem.
Miał być symbolem naszej drogi
Sprzątanie szło mi sprawnie, dopóki nie dotarłam do szafy w sypialni. Wywaliłam jego koszule, t-shirty, te dziurawe spodnie dresowe, które tak lubił. Ale na dnie szafy, pod stosem koców, leżało ono. Małe, granatowe pudełko z zieloną wstążką. Zastygłam. Moje serce zaczęło bić szybciej, jakbym spotkała go nagle na ulicy. Wyciągnęłam prezent drżącymi rękami. Był ciężki. Mosiądz ma swój ciężar. Usiadłam na łóżku, trzymając ten nieszczęsny kompas. Miał być symbolem naszej drogi. Miał wskazywać północ, kiedy się zgubimy. A teraz? Teraz był tylko pamiątką po przyszłości, która nigdy nie nadejdzie.
Przez chwilę miałam głupią myśl. Może powinnam mu to wysłać? Spakować w paczkę i wysłać kurierem bez słowa komentarza? Niech zobaczy, co stracił. Niech poczuje wyrzuty sumienia. Wyobraziłam sobie, jak otwiera paczkę. Jak czyta grawerunek: „Żebyś zawsze trafił do domu”. Może by zapłakał? Może by zadzwonił? A potem zrozumiałam coś, co uderzyło mnie mocniej niż samo rozstanie. Jemu to by było obojętne. Gdyby mu zależało, gdyby miał w sobie choć odrobinę empatii czy szacunku do tego, co nas łączyło, nie zniknąłby w taki sposób. Nie zostawiłby mnie z jedną krótką wiadomością.
Wysłanie tego prezentu byłoby tylko kolejnym aktem mojego poniżenia. Kolejną próbą nawiązania kontaktu z kimś, kto ten kontakt zerwał brutalnie i definitywnie. Poczułam, jak łzy, które powstrzymywałam od rana, w końcu zaczynają płynąć. Nie był to jednak szloch rozpaczy, ale ciche, gorzkie łzy rozczarowania. Płakałam nad sobą. Nad tym, że tyle energii, tyle uczuć i tyle nadziei zainwestowałam w kogoś, kto potraktował mnie jak opcję, a nie priorytet.
To nie miało znaczenia
Kompas lśnił w świetle wpadającym przez okno. Był piękny. Naprawdę piękny przedmiot z duszą. Igła drgnęła, wskazując północ.
– I co ja mam z tobą zrobić? – zapytałam samą siebie.
Wyrzucenie go wydawało się marnotrawstwem. Zniszczenie – aktem wandalizmu. To nie wina kompasu, że Paweł okazał się tchórzem. Wtedy dotarło do mnie, że przez ostatnie dni analizowałam każde jego słowo, każdy gest z ostatnich tygodni, szukając winy w sobie. Czy byłam za mało czuła? Za bardzo wymagająca? Czy zupa była za słona? A prawda była taka, że to nie miało znaczenia. Ludzie odchodzą. Czasem dlatego, że przestają kochać, czasem dlatego, że poznają kogoś innego, a czasem dlatego, że sami są pogubieni.
Sposób, w jaki odszedł, powiedział mi o nim więcej, niż dwa lata bycia razem. Jego ucieczka bez słowa wyjaśnienia była dowodem na jego niedojrzałość. Nie straciłam oparcia. Straciłam balast. To sprzątanie mieszkania przestało być aktem zemsty, a stało się rytuałem odzyskiwania przestrzeni. Każdy worek wyniesiony do śmietnika robił miejsce na coś nowego. Na moje rzeczy. Na mój spokój. Na moje życie, w którym nie muszę się zastanawiać, czy jestem wystarczająco dobra.
Trzy wielkie wory stały na środku pokoju, wypchane po brzegi jego rzeczami. Mieszkanie wyglądało inaczej. Było... jaśniejsze. Przestronniejsze. Zniknęły jego sterty czasopism motoryzacyjnych z podłogi. Zniknęły kable, które wiecznie plątały się pod biurkiem. Spojrzałam na kompas. Zamknęłam pudełko. Nie wyrzucę go. Ale też nie wyślę go Pawłowi. Zostawię go sobie. W końcu grawerunek brzmiał: „Żebyś zawsze trafił do domu”. Może ten kompas nie był dla niego? Może podświadomie kupiłam go dla siebie, żeby odnaleźć drogę powrotną do samej siebie, kiedy ten związek runie? Schowałam pudełko, ale nie na dno szafy, gdzie chowa się wstydliwe sekrety. Położyłam je na półce z książkami. Niech tam stoi. Jako przypomnienie, że kierunek w życiu wyznaczam ja sama, a nie facet, który boi się trudnych rozmów.
Najgorsze mam już za sobą
Zadzwonił domofon. Spojrzałam na zegarek. Siedemnasta. Kto to mógł być? Może on? Serce na ułamek sekundy podskoczyło do gardła, ale zaraz opadło. Nie, on nie przyjdzie. Podeszłam do słuchawki.
– Kasia, wiem, że tam jesteś! – głos Ani był zniekształcony przez głośnik, ale słyszałam w nim determinację. – Mam pizzę i nie przyjmę odmowy. Otwieraj, bo marznę!
Uśmiechnęłam się. Pierwszy raz od tygodnia. Prawdziwie, szczerze.
– Już otwieram – powiedziałam.
Gdy Ania weszła do środka, niosąc zapach pizzy z pepperoni, rozejrzała się po korytarzu. Zobaczyła wory.
– Wow – gwizdnęła z uznaniem. – Ostro poszłaś.
– Walentynkowe porządki – wzruszyłam ramionami, biorąc od niej karton. – Musiałam zrobić miejsce.
– Na co? – zapytała, zdejmując płaszcz.
– Na siebie – odpowiedziałam i poczułam, jak ogromny ciężar spada mi z ramion.
Ten wieczór nie był smutny. Był oczyszczający. Paweł zniknął bez słowa, zostawiając po sobie pustkę i pytania. Ale ja tę pustkę wypełniłam. Nie nowym romansem, nie rozpaczą, ale decyzją, że moja wartość nie zależy od tego, czy ktoś chce ze mną być, czy nie. A te rzeczy? Jutro rano wystawię je pod śmietnik. Niech zabiorą je razem z resztą odpadków. Ja zostaję w swoim czystym mieszkaniu, z moim kompasem i z przekonaniem, że najgorsze mam już za sobą.
Kasia, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Przygotowałam mężowi wyjątkową kolację na walentynki. Razem z jego kochanką zaserwowałyśmy mu słodko-gorzką zemstę”
- „Narzeczony nie obchodzi walentynek, bo to marnowanie pieniędzy. Nie spodziewa się, co dla niego szykuję na 14 lutego”
- „Na walentynki dostałam od męża 4 róże. Cieszyłam się, bo nie wiedziałam, co to znaczy. Ale pech dał o sobie znać”