„W walentynki narzeczony oświadczył mi się w restauracji. Wiedziałam, że jedyną sensowną odpowiedzią będzie »nie«”
„Mateusz powoli podniósł się z kolan. Jego twarz zmieniła się w ułamku sekundy. Z czułego amanta przeistoczył się w zimnego, kalkulującego menedżera, którego bałam się w domu. Jego oczy zwęziły się. Twarz poczerwieniała z wściekłości”.

Wszyscy wokół widzieli w nas parę z okładki – Ewelina i Mateusz, piękni, młodzi, z perspektywami. Nikt nie wiedział, że pod warstwą drogiego podkładu ukrywam cienie pod oczami ze stresu.
Był zapatrzony w siebie
Patrzyłam w lustro i nie poznawałam kobiety, która patrzyła na mnie z drugiej strony. Mateusz stał w drzwiach łazienki, poprawiając spinki w mankietach koszuli.
– Wyglądasz obłędnie, kochanie – rzucił, nie odrywając wzroku od swojego odbicia w lustrze, tuż obok mojego.
– Dziękuję – odpowiedziałam mechanicznie. Mój głos brzmiał pusto, jak echo w studni.
Od miesięcy żyłam w dwóch rzeczywistościach. W jednej, tej oficjalnej, byliśmy wspaniałą parą. W drugiej rzeczywistości, tej, która działała się w mojej głowie, byłam wrakiem człowieka, który planuje ucieczkę z więzienia o złotych kratach.
To było powolne wypłukiwanie mojej tożsamości. Najpierw były uwagi o moich przyjaciołach: „są dla ciebie za mało ambitni”. Potem o mojej rodzinie: „twoja matka za bardzo ingeruje”, aż w końcu zostałam sama na wyspie o nazwie Mateusz. Pamiętam dokładnie dzień, w którym zrozumiałam, że muszę odejść. To nie była kłótnia, nie było krzyków ani latających talerzy. To była cisza. Siedzieliśmy w kawiarni, trzy miesiące temu. Opowiadałam mu z pasją o nowej pracy. Byłam dumna. Mateusz mieszał kawę, patrząc w telefon.
– I wiesz, oni powiedzieli, że moja kreska jest unikalna! – mówiłam, prawie unosząc się nad krzesłem.
Nie dostrzegał mnie
Podniósł wzrok z pobłażliwym uśmieszkiem.
– Super, kochanie. Ale pamiętaj, w przyszłym tygodniu przyjeżdżają moi rodzice, a wiesz, jak mama zwraca uwagę na detale. Może lepiej skup się na menu, a nie na tych swoich rysunkach. To i tak tylko hobby, prawda? Przy moich zarobkach nie musisz się tak szarpać.
On nie widział we mnie partnerki. Widział we mnie dodatek, ozdobę, funkcję. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam o słowie „koniec” nie jako o porażce, ale jak o ratunku. Zaczęłam działać. Po kryjomu, małymi krokami. Odkładałam gotówkę z każdego zlecenia, której nie przelewałam na nasze wspólne konto. Spotykałam się z Kingą, moją jedyną przyjaciółką, której nie zdążył ode mnie odciąć, w podrzędnych barach, gdzie Mateusz nigdy by nie wszedł.
Kinga znalazła mi mieszkanie. Dwadzieścia cztery metry kwadratowe wolności na obrzeżach miasta. Tydzień przed Walentynkami sprzątałam garderobę. Mateusz miał obsesję na punkcie porządku, więc robiłam to regularnie, żeby uniknąć jego „konstruktywnej krytyki”. Sięgnęłam na najwyższą półkę po pudełko z letnimi butami i wtedy coś wypadło.
Ukrywałam się
Małe, aksamitne pudełeczko. Ręce zaczęły mi drżeć tak bardzo, że musiałam usiąść na podłodze. Otworzyłam je. W środku lśnił pierścionek. Wiedziałam, co to oznacza. Walentynki, kolacja, oświadczyny.
Zamiast wzruszenia, poczułam panikę. Jeśli przyjmę ten pierścionek, zatrzasnę te drzwi na zawsze. Będę panią dyrektorową, będę matką jego dzieci, które wychowa według swojego planu, będę nikim. Zadzwoniłam do Kingi, płacząc.
– Masz dwa wyjścia – powiedziała twardo. – Zerwać z nim dzisiaj, albo zrobić to wtedy. Ale nie możesz tego przyjąć. Jeśli założysz ten pierścionek, on wygrał.
– Nie mogę teraz – wychlipałam. – Mamy jutro imieniny jego szefa, potem ten wyjazd służbowy… On mnie zniszczy psychicznie, jak zrobię to w domu. Będzie mnie przekonywał, manipulował. Boję się, że ulegnę.
– Więc kiedy?
– Walentynki – szepnęłam. – Wiem, że to okrutne, ale może w miejscu publicznym dotrze do niego, że to koniec. Że nie ma negocjacji.
Nic nie podejrzewał
W Walentynki wsiedliśmy do jego nieskazitelnie czystego auta.
– Jesteś spięta – zauważył.
– Trochę boli mnie głowa – skłamałam. To była moja stała wymówka od pół roku.
– Przejdzie ci.
W torebce namacałam klucze do nowego mieszkania. Ich chłód dawał mi siłę. Wiedziałam, że moje walizki są już tam. Kinga przewiozła je rano, kiedy Mateusz był na siłowni. W domu zostały tylko pozory – kilka starych ubrań w szafie, resztki kosmetyków. Wszystko, co ważne, było już bezpieczne.
Restauracja była dokładnie taka, jakiej się spodziewałam. Ociekająca pretensjonalnym luksusem. Przy każdym stoliku siedziały pary, które wyglądały, jakby rywalizowały o tytuł „Szczęścia Roku na Instagramie”. Nasz stolik był w samym centrum. Oczywiście, Mateusz musiał być widoczny.
– Dla pani przegrzebki na przystawkę i krewetki w białym winie – zamówił za mnie, nawet nie pytając, na co mam ochotę. – A dla mnie stek.
Oświadczył mi się
Kolacja ciągnęła się w nieskończoność. Każdy kęs stawał mi w gardle. Mateusz mówił o premii rocznej, o tym, że musimy wymienić kanapę w salonie. Używał liczby mnogiej: „musimy”, „zrobimy”, „pojedziemy”. Każde to słowo było jak gwóźdź do trumny.
Czułam, jak narasta we mnie histeria. Patrzyłam na niego i widziałam obcego człowieka. Jak mogłam spędzić z nim trzy lata? Gdzie była ta Ewelina, która podróżowała autostopem, która śmiała się głośno i nieestetycznie? Została pożarta przez ten idealnie skrojony garnitur siedzący naprzeciwko.
Nagle muzyka w restauracji zmieniła się. Światła przygasły jeszcze bardziej, a kelner postawił na naszym stole wielki bukiet czerwonych róż. Rozmowy przy sąsiednich stolikach ucichły. Czułam na sobie setki spojrzeń. To była pułapka. Publiczna egzekucja mojej wolności. Mateusz wstał. Odsunął krzesło.
– Ewelino – zaczął, a jego głos był nienaturalnie głośny, teatralny. – Jesteś kobietą mojego życia. Moim największym sukcesem.
„Sukcesem”. Nawet teraz. Sięgnął do kieszeni marynarki. Wyciągnął to granatowe pudełeczko. Ukląkł. Kobieta przy oknie wyciągnęła telefon, żeby to nagrać.
– Czy uczynisz mnie najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi i zostaniesz moją żoną? – zapytał, otwierając pudełko. Brylant lśnił agresywnie w świetle świec.
Nie wahałam się
Patrzyłam na niego z góry. Widziałam jego idealnie ułożone włosy, jego pewny siebie uśmiech. On nie brał pod uwagę odmowy. To nie było pytanie, to była formalność. Był pewien, że rzucę mu się na szyję, płacząc ze szczęścia, a on triumfalnie wsunie mi na palec symbol swojej własności.
Wszyscy czekali. Kelner wstrzymał oddech. Czułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Serce waliło mi tak mocno, że bałam się, że zagłuszy muzykę.
– Nie – powiedziałam.
Słowo zawisło w powietrzu. Uśmiech Mateusza drgnął, ale nie zniknął. Myślał, że źle usłyszał. Albo że żartuję.
– Kochanie, chyba jesteś w szoku – zaśmiał się nerwowo, próbując chwycić moją rękę. – Wiem, to duże emocje…
– Nie – powtórzyłam głośniej. Wstałam. Krzesło zaszurało nieprzyjemnie po parkiecie. – Nie wyjdę za ciebie.
Sala zamarła. Kobieta z telefonem opuściła rękę. Oklaski urwały się w pół taktu. Widziałam szok w oczach ludzi. Zobaczyli coś, czego nie było w scenariuszu walentynkowej komedii romantycznej. Zobaczyli prawdę.
Wszyscy oniemieli
Mateusz powoli podniósł się z kolan. Jego twarz zmieniła się w ułamku sekundy. Z czułego amanta przeistoczył się w zimnego, kalkulującego menedżera, którego bałam się w domu. Jego oczy zwęziły się. Twarz poczerwieniała z wściekłości i upokorzenia.
– Co ty wyprawiasz? – syknął przez zęby tak cicho, by słyszeli to tylko ludzie przy najbliższych stolikach. – Robisz scenę. Siadaj i przestań się wygłupiać. Wszyscy patrzą.
To był ten moment. Ostateczny dowód. Nie martwił się o nas. Martwił się o widownię.
– Niech patrzą – powiedziałam, czując dziwny spokój. – Odchodzę.
– O czym ty mówisz? Zwariowałaś? Przez ten stres w pracy ci odbiło. Porozmawiamy w domu.
– Nie mam już domu z tobą – odparłam, patrząc mu prosto w oczy. Po raz pierwszy od lat nie odwróciłam wzroku. – Wyprowadziłam się. Klucze zostawiłam na konsoli w przedpokoju. Te, które mam tutaj… – uniosłam torebkę – …są do mojego nowego życia.
Chciał mnie złapać za ramię, zmusić do posłuszeństwa siłą, tak jak robił to psychicznie przez ostatnie lata, ale w miejscu publicznym był bezradny.
– Jesteś niewdzięczna – wypluł to słowo z jadem. – Dałem ci wszystko. Byłaś nikim, zanim cię nie spotkałem. Zrobiłem z ciebie kobietę na poziomie. Dokąd ty pójdziesz? Do matki?
– Pójdę tam, gdzie będę mogła oddychać – odpowiedziałam.
Zaczynam od nowa
Odwróciłam się na pięcie. Czułam jego wzrok na moich plecach, palący jak laser. Słyszałam szepty sali, czułam to napięcie, ale szłam prosto do wyjścia z podniesioną głową. Złapałam taksówkę, która akurat wysadzała inną parę.
– Dokąd? – zapytał taksówkarz, patrząc na mnie w lusterku.
– Na Wolę – podałam adres mojej klitki. – I proszę włączyć radio. Byle głośno.
W telefonie zaczęły pojawiać się wiadomości od Mateusza. Jedna za drugą. Groźby, prośby, obelgi, przeprosiny. Klasyczny cykl przemocy. Zablokowałam numer, potem zablokowałam go na wszystkich mediach społecznościowych. Dojechałam do mojego nowego bloku. Był szary, brzydki, klatka schodowa pachniała moczem, a winda skrzypiała. Weszłam do mieszkania.
Nie było tu drogich mebli. Był materac na podłodze, kilka kartonów i stara lampka, którą dała mi Kinga. Usiadłam na tym materacu. Wyjęłam z torebki butelkę wody i zmyłam szminkę wierzchem dłoni. Bałam się powiedzieć „nie” przez miesiące. Bałam się jego gniewu, bałam się samotności, bałam się opinii ludzi. Ale tam, w tej restauracji, zrozumiałam jedno: gorsze od samotności jest bycie z kimś, kto sprawia, że znikasz.
Ewelina, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Walentynki miałem spędzić z gorącą brunetką, a siedziałem z byłą żoną na mokrej podłodze. Wszystko przez moje skąpstwo”
- „Włoch z alpejskiej wioski skradł mi serce i całe oszczędności. Jestem wściekła na siebie, że dałam się tak omamić”
- „Na stażu biegałam po pączki z nadzieniem różanym dla szefa. Moje ambicje topniały jak lukier, ale do czasu”