Reklama

To miał być ten dzień. W kieszeni marynarki ciążyło mi aksamitne pudełeczko, a serce waliło jak młotem pneumatycznym. Wyobrażałem sobie jej łzy szczęścia, nasz wspólny dom i starość we dwoje. Przez ostatnie pół roku harowałem jak wół, biorąc nadgodziny, żeby ten moment był idealny, filmowy, taki, na jaki zasługiwała. Nie wiedziałem jeszcze, że za drzwiami naszego mieszkania moje życie właśnie rozpada się na milion kawałków, a katem okaże się człowiek, którego nazywałem przyjacielem.

Dla mnie ona była tą jedyną

Planowałem to od dłuższego czasu. Jestem człowiekiem, który lubi mieć wszystko dopięte na ostatni guzik, zwłaszcza jeśli chodzi o Marysię. Byliśmy ze sobą cztery lata. Cztery lata budowania zaufania, wspólnych wakacji nad Bałtykiem, kłótni o to, kto zmywa naczynia, i godzenia się przy romantycznych kolacjach. Dla mnie ona była tą jedyną. Wiecie, to uczucie, kiedy patrzysz na kogoś, kto właśnie je kanapkę w rozciągniętym dresie, i myślisz sobie: „Tak, to właśnie z nią chcę płacić podatki do końca życia”.

Walentynki wydawały mi się banalne, ale Marysia kochała te wszystkie komercyjne święta. Uwielbiała serduszka, czerwień i ten specyficzny kicz, który wylewa się z witryn sklepowych w połowie lutego. Dlatego uznałem, że schowam swój cynizm do kieszeni i zrobię to właśnie wtedy. Scenariusz był prosty. Powiedziałem jej, że w pracy wypadł nam kryzysowy projekt i będę musiał zostać do późnego wieczora. Widziałem jej rozczarowaną minę, kiedy to oznajmiłem przy śniadaniu.

– Naprawdę, Jacek? W walentynki? – zapytała, mieszając nerwowo kawę.

– Kochanie, wiesz, jaki jest szef. Obiecuję, że odbijemy to sobie w weekend – skłamałem gładko, choć w środku skręcało mnie z ekscytacji.

Planowałem wyjść z biura o 15:00, odebrać gigantyczny bukiet jej ulubionych herbacianych róż, wziąć zamówione sushi z tej drogiej knajpy, którą uwielbiała, i pojawić się w domu, gdy ona będzie się spodziewać samotnego wieczoru z serialem. Najważniejszy był jednak pierścionek. Białe złoto, szafir otoczony drobnymi diamencikami. Kosztował mnie trzy pensje i mnóstwo wyrzeczeń, ale gdy patrzyłem, jak mieni się w świetle biurowej lampki, wiedziałem, że było warto. Co najgorsze w tej historii, nie wybrałem go sam. Pomógł mi Leszek.

Ufałem mu bezgranicznie

Leszek. Mój najlepszy przyjaciel od czasów liceum. Gość, z którym dzieliłem ławkę na matematyce, pierwszy papieros za garażami i pierwsze studenckie mieszkanie, w którym jedliśmy makaron z ketchupem. Kiedy poznałem Marysię, bałem się, że moja przyjaźń z Leszkiem na tym ucierpi, ale stało się coś zupełnie odwrotnego. Oni się polubili. Może nawet za bardzo, ale kto by wtedy o tym myślał? Cieszyłem się jak dziecko, że dwie najważniejsze osoby w moim życiu dogadują się bez słów. Leszek wpadał do nas na mecze, pomagał mi wnosić nową pralkę na trzecie piętro, a kiedy ja musiałem wyjechać w delegację, to on wpadał do Marysi naprawić cieknący kran czy po prostu dotrzymać jej towarzystwa, żeby nie siedziała sama w pustym mieszkaniu. Ufałem mu bezgranicznie. To on doradzał mi w sprawie zaręczyn.

– Stary, bierz ten z szafirem – mówił, klepiąc mnie po plecach, gdy staliśmy u jubilera dwa tygodnie wcześniej. – Maryśka nie lubi klasycznych brylantów, mówiła mi kiedyś, że są nudne. Szafir ma klasę. Będzie zachwycona.

Patrzyłem wtedy na niego z wdzięcznością. Myślałem: „Jaki to skarb mieć kumpla, który tak dobrze zna gust mojej dziewczyny”. Jakim ja byłem idiotą. Jak bardzo byłem ślepy na te wszystkie sygnały, które teraz, z perspektywy czasu, walą mnie po oczach jak neony w Las Vegas. Te ich „wewnętrzne żarty”, których nie rozumiałem. To, jak Marysia nagle zaczęła się bardziej stroić, gdy Leszek miał do nas wpaść. To, że Leszek ostatnio dziwnie unikał tematu swoich własnych randek, twierdząc, że „daje sobie spokój z kobietami, bo szuka ideału”. Nie przyszło mi do głowy, że ten ideał śpi w moim łóżku.

Chciałem zrobić niespodziankę

Czternastego lutego o godzinie 16:30 zaparkowałem samochód dwie ulice dalej, żeby nie zobaczyła go przez okno. Było zimno, padał ten paskudny, marznący deszcz, który wnika pod płaszcz, ale ja nie czułem zimna. Adrenalina grzała mnie od środka. W jednej ręce trzymałem wielki bukiet, w drugiej torbę z jedzeniem, a w kieszeni na piersi czułem ten mały, twardy kształt pudełka. Szedłem szybkim krokiem, uśmiechając się do mijanych ludzi. Wydawało mi się, że wszyscy wiedzą. Że mam na czole napisane: „Zaraz się oświadczę”. Czułem się zwycięzcą.

Wyobrażałem sobie, jak otwieram drzwi, jak Marysia podskakuje ze strachu, a potem rzuca mi się na szyję. Miałem przygotowaną mowę. Nie była długa, ale płynęła prosto z serca. Chciałem jej powiedzieć, że jest moim domem, moją bezpieczną przystanią i że nie wyobrażam sobie ani jednego dnia bez niej. Wszedłem na klatkę schodową. Winda nie działała – klasyka w naszym bloku – więc musiałem wejść na trzecie piętro. Z każdym stopniem byłem coraz bardziej podekscytowany. Kiedy stanąłem pod drzwiami numer 12, wziąłem głęboki oddech. Wyciągnąłem klucze, starając się nie brzęczeć. Chciałem zrobić niespodziankę totalną.

Przekręciłem zamek najciszej, jak potrafiłem. Drzwi ustąpiły bezszelestnie. Wszedłem do przedpokoju. W mieszkaniu panował półmrok, paliły się tylko jakieś boczne lampki. Pachniało dziwnie – mieszanką jej perfum i czegoś jeszcze, czegoś ostrego, męskiego. I wtedy mój wzrok padł na podłogę.

Musiałem mieć pewność

Obok jej ulubionych, puszystych kapci stały buty. Czarne, skórzane sztyblety. Rozmiar 43. Znałem te buty. Byłem z Leszkiem, kiedy je kupował na wyprzedaży w zeszłym miesiącu. Jeszcze się śmialiśmy, że w takich butach wygląda jak włoski mafioso. Pierwsza myśl była absurdalna: „Leszek wpadł naprawić ten kran, o którym mówiła?”. Ale kran był w łazience, a w mieszkaniu panowała cisza. Poza tym, dlaczego miałby przychodzić w walentynki? Odstawiłem bukiet na szafkę. Ręce zaczęły mi drżeć. Torba z sushi wylądowała na podłodze.

Serce, które jeszcze przed chwilą biło z radości, teraz waliło z przerażenia. Zrobiłem krok w stronę salonu, ale był pusty. Na stoliku stały dwa kieliszki i na wpół wypita butelka wina. Tego drogiego, które trzymaliśmy na „specjalną okazję”. Wtedy usłyszałem śmiech. Cichy, stłumiony chichot dobiegający z sypialni. A potem głos Leszka. Nie ten kumplowski, głośny bas, którym witał się ze mną na meczu. To był niski, mruczący ton, którego nigdy wcześniej u niego nie słyszałem.

– Spokojnie, on wróci dopiero po dwudziestej, mamy mnóstwo czasu... – powiedział.

Poczułem, jak we mnie wszystko kipi. Nogi miałem jak z waty, ale jakaś siła pchała mnie do przodu. Musiałem to zobaczyć. Musiałem mieć pewność, choć w głębi duszy już wiedziałem, że mój świat właśnie się skończył. Drzwi do sypialni były uchylone. Pchnąłem je.

Scena jak z taniego filmu

Nie było tam świec ani romantycznej muzyki. Były tylko fakty. Zobaczyłem ich na naszym łóżku. Na pościeli, którą wybieraliśmy razem. Marysia, moja Marysia, była w ramionach mojego najlepszego przyjaciela. Zamarli. To była scena jak z taniego filmu, tylko że ból był aż nadto prawdziwy. Marysia krzyknęła krótko i naciągnęła kołdrę pod szyję. Leszek zerwał się gwałtownie, prawie spadając z łóżka. Jego twarz przeszła w ułamku sekundy od błogostanu, przez szok, aż do kompletnego przerażenia. Staliśmy tak przez chwilę w absolutnej ciszy. Słyszałem tylko szum własnej krwi w uszach. Patrzyłem na Leszka – faceta, któremu powierzyłbym własne życie. Faceta, który dwa tygodnie temu pomagał mi wybierać pierścionek dla kobiety, z którą teraz spał.

– Jacek... to nie tak... – wydukał Leszek, sięgając nerwowo po spodnie leżące na podłodze. To zdanie. Najbardziej banalne, idiotyczne kłamstwo w historii ludzkości.

– Nie tak? – Mój głos był dziwnie spokojny, obcy. – A jak? Może potknąłeś się i upadłeś prosto na moją dziewczynę?

Marysia zaczęła płakać. Nie był to cichy płacz, ale histeryczny szloch.

– Jacek, przepraszam, my nie chcieliśmy, to się po prostu stało... Ty ciągle pracowałeś, nie było cię, czułam się samotna... – wyrzucała z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego.

Słuchałem tego i czułem, jak coś we mnie umiera. Te wymówki. „Byłeś w pracy”. Tak, byłem w pracy, żeby zarobić na nasze wesele. Żeby kupić ci ten cholerny pierścionek. Żeby zapewnić nam przyszłość. A ty w tym czasie budowałaś swoją "przyszłość" z moim przyjacielem. Spojrzałem na Leszka. On nawet nie próbował się tłumaczyć tak jak ona.

– Wiedziałeś – powiedziałem do niego. – Wiedziałeś, że dzisiaj chcę to zrobić. Pomagałeś mi wybrać szafir. Powiedziałeś, że będzie zachwycona.

Podniósł wzrok. W jego oczach nie widziałem żalu, raczej coś w rodzaju... rezygnacji?

– Jacek, kocham ją – powiedział cicho. – Od dawna. Nie wiedzieliśmy, jak ci to powiedzieć. Nie chciałem, żebyś się oświadczał, bo to by wszystko skomplikowało.

Zaśmiałem się. To był gorzki, suchy śmiech, który drapał w gardło.

Szafir naprawdę ma klasę. Szkoda, że ty jej nie masz

Czułem obrzydzenie. Do nich, do tego pokoju, do samego siebie, że byłem tak naiwny. Każdy element układanki nagle wskoczył na swoje miejsce. Te wszystkie nadgodziny Leszka, te samotne wieczory Marysi, te dziwne spojrzenia, kiedy myśleli, że nie patrzę. Byli ze sobą od miesięcy. Może dłużej. Ja byłem tylko tłem, sponsorem mieszkania i wygodną przykrywką. Sięgnąłem do kieszeni marynarki. Palce zacisnęły się na welurowym pudełku. Przez chwilę chciałem rzucić im tym pierścionkiem w twarz.

Chciałem zrobić awanturę, rozwalić coś, krzyczeć. Ale nagle poczułem potworne zmęczenie. Cała energia uszła ze mnie jak powietrze z przebitego balonu. Nie byli warci mojego krzyku. Nie byli warci moich emocji. Wyjąłem pudełko. Marysia przestała szlochać i spojrzała na moją dłoń. Widziałem w jej oczach błysk zrozumienia i – o zgrozo – chyba nawet cienia żalu, że ten pierścionek nie trafi na jej palec. Otworzyłem pudełeczko. Szafir lśnił niewinnie, nieświadomy brudu, w jakim się znalazł.

– To miało być dla ciebie – powiedziałem, patrząc jej prosto w oczy. – Leszek miał rację, szafir naprawdę ma klasę. Szkoda, że ty jej nie masz.

Zamknąłem pudełko z trzaskiem. Nie rzuciłem go. Nie zostawiłem go tam. Dlaczego miałbym im dawać prezent wart kilka tysięcy złotych? Schowałem je z powrotem do kieszeni.

– Macie godzinę, żeby się stąd wynieść – powiedziałem chłodno. – Oboje. Marysia, twoje rzeczy mają zniknąć. Jeśli coś zostanie, wyląduje na śmietniku. A ty – zwróciłem się do Leszka – nie masz już przyjaciela. Dla mnie nie istniejesz.

Odwróciłem się na pięcie. Wychodząc z przedpokoju, wziąłem bukiet róż. Były piękne i niewinne. Szkoda było je zostawiać w tym powietrzu.

Ufać trzeba przede wszystkim sobie

Wyszedłem z bloku wprost w zimny, deszczowy wieczór. Wsiadłem do samochodu, rzuciłem kwiaty na siedzenie pasażera i po prostu siedziałem tam, patrząc, jak krople deszczu spływają po szybie. Nie płakałem. Jeszcze nie. Szok działał jak znieczulenie. Wyjąłem telefon i zablokowałem ich oboje. Wszędzie. Usunąłem numery. To był impuls, ale wiedziałem, że to jedyne wyjście. Nie chciałem słuchać wyjaśnień, przeprosin, ani tym bardziej czytać wiadomości w stylu "daj nam szansę wytłumaczyć". Nie ma czego tłumaczyć, gdy znajdujesz narzeczoną i przyjaciela w takiej sytuacji.

Pojechałem do rodziców. Kiedy mama otworzyła drzwi i zobaczyła mnie zrezygnowanego z wielkim bukietem róż nie zadawała pytań. Dopiero wtedy powiedziałem wszystko, co leżało mi na sercu. Od tamtego dnia minęły trzy miesiące. Mieszkanie sprzedałem – nie byłem w stanie tam wrócić i spać w tym samym miejscu. Pierścionek też sprzedałem, choć straciłem na nim sporo. Za te pieniądze poleciałem sam na tydzień do Portugalii. Potrzebowałem słońca, wina i dystansu.

Czy wybaczyłem? Nie. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek wybaczył taką podwójną zdradę. Straciłem tego dnia miłość życia i najlepszego przyjaciela. Ale zyskałem coś innego – lekcję o tym, że ufać trzeba przede wszystkim sobie. Dziś wiem jedno. Czasami to, co bierzemy za koniec świata, jest po prostu bolesnym początkiem czegoś nowego. Czegoś, co jest przynajmniej... prawdziwe. Ale na walentynki już zawsze będę patrzył z ironiczny uśmiechem. Bo to właśnie w dzień zakochanych dostałem najcenniejszy prezent: prawdę, choć była ona opakowana w najbardziej bolesny sposób, jaki można sobie wyobrazić.

Jacek, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama