Reklama

Walentynki to dla wielu ludzi dzień pełen różowych serduszek, śmiechu i obietnic. Mnie od lat kojarzą się jedynie z ciszą, smutkiem i tą dziwną pustką, która nie pozwala mi odetchnąć pełną piersią. Kiedy patrzę na zakochane pary na ulicy, na wystawy sklepowe ozdobione balonikami i kwiatami, czuję jak w moim wnętrzu rozlewa się chłód. Wspomnienia wdzierają się wtedy nachalnie do mojej głowy, wracają z siłą, której nie jestem w stanie powstrzymać. Każda zima to dla mnie powrót do tamtego dnia. Do dnia, w którym straciłam kogoś, kto miał być moją przyszłością, a został tylko niespełnioną obietnicą.

Cień nad walentynkami

Każdego roku, gdy zbliżały się walentynki, czułam, jak narasta we mnie napięcie. Przez cały luty unikałam galerii handlowych, omijałam cukiernie i kwiaciarnie, które wystawiały w oknach słodkie torty z napisem „Kocham Cię” i bukiety róż. W pracy zamierałam, gdy koleżanki zaczynały opowiadać o prezentach, jakie chciałyby dostać od swoich mężów. Było mi coraz trudniej oddychać, jakby powietrze stawało się cięższe z każdym dniem. Wspomnienie tamtej zimy nie opuszczało mnie nawet na chwilę.

Moja mama mówiła mi, żebym nie rozdrapywała ran, ale to było niemożliwe. Nie da się zamknąć drzwi do wspomnień, jeśli cały świat przypomina ci, czego nie masz. Często łapałam się na tym, że patrzyłam w okno dłużej niż zwykle, obserwując samochody na ulicy. Wystarczyło, że zobaczyłam znajomy model, a serce zaczynało bić szybciej. Przez ułamek sekundy łudziłam się, że on wróci, że może to wszystko był tylko koszmarny sen, z którego zaraz się obudzę. Prawda była jednak brutalna – nie da się obudzić z rzeczywistości.

Ostatnia wiadomość

Tamten dzień był wyjątkowo mroźny. Śnieg zasypał chodniki, a ludzie przemieszczali się z pochylonymi głowami, jakby chcieli ukryć się przed zimnem. Ja akurat miałam wolne i spędzałam popołudnie, układając zdjęcia do albumu, który mieliśmy robić wspólnie. Co chwilę zerkałam na telefon, czekając na jakąś wiadomość od niego. Ostatnio był wyjątkowo tajemniczy, jakby coś planował, ale nie chciał mi zdradzić szczegółów. Czułam, że szykuje się coś ważnego, ale jednocześnie starałam się nie robić sobie wielkich nadziei.

W końcu dostałam SMS-a: „Zaraz będę. Tylko mnie nie podglądaj przez okno, chcę żeby to była niespodzianka!”. Uśmiechnęłam się do ekranu i odłożyłam telefon na szafkę, nieświadoma, że to ostatnia wiadomość, jaką od niego otrzymam. Kilka minut później usłyszałam syreny na ulicy, ale nie przywiązywałam do tego większej wagi. Takie rzeczy zdarzały się codziennie. Dopiero po godzinie zadzwoniła do mnie jego mama.

– Dziecko, musisz natychmiast przyjechać do szpitala… – jej głos był zdławiony, drżący, pełen lęku.

To wtedy wszystko zaczęło się sypać. Pamiętam drogę do szpitala jak przez mgłę. Nogi miałam jak z waty, myśli wirowały bez ładu.

Nieodebrane prezenty

W szpitalu pachniało środkami dezynfekującymi. Ludzie przemykali korytarzami, ale dla mnie świat się zatrzymał. Siedziałam na plastikowym krzesełku, ściskając telefon w dłoni tak mocno, jakby to mogło odmienić rzeczywistość. Pielęgniarka zaprowadziła mnie do małej sali, gdzie czekała jego mama, blada, z oczami czerwonymi od płaczu. Objęła mnie, ale nie umiałam płakać. Byłam pusta w środku, jakbym już wtedy wiedziała, co zaraz usłyszę. Przyszedł lekarz. Jego słowa były krótkie i bezbarwne, jakby wypowiadał je automatycznie.

– Zrobiliśmy wszystko, co się dało… Niestety… Bardzo mi przykro.

Spojrzałam na jego mamę, na jej drżące ręce, i nagle zrozumiałam, że to nie jest zły sen. On naprawdę nie wróci. Nagle przypomniałam sobie o prezentach, które przygotowałam na wieczór. W szufladzie czekał zegarek z grawerem, który zamówiłam miesiąc wcześniej. W szafce ukryty był też list – pierwszy odręczny, jaki napisałam od lat. Chciałam mu dać wszystko, co najlepsze. Teraz te drobiazgi stały się bezwartościowe. Miały czekać na niego, a zostały tylko niemym dowodem mojej miłości.

Został tylko koszmarny ból

Wróciłam do pustego mieszkania późno, gdy już nawet najgłośniejsze syreny ucichły w moich uszach. Światła w oknach sąsiadów migotały, jakby nic się nie stało, jakby ten dzień był zupełnie zwyczajny. Stałam w korytarzu i nie mogłam się ruszyć. W powietrzu czułam jeszcze jego zapach – nutę perfum, którą zostawił poprzedniego dnia. Rozpłakałam się dopiero wtedy, w samotności, pozwalając łzom spływać bez oporu.

Następnego dnia wszystko było inne. Ludzie dzwonili, pytali, czy czegoś nie potrzebuję, proponowali pomoc, ale ja chciałam tylko, żeby dali mi spokój. Zasłaniałam okna, wyciszałam telefon. Nawet nie miałam siły wyrzucić tych wszystkich serduszek i balonów, które zdążyłam kupić na walentynki. Chciałam zamknąć się w środku swojego bólu i pozwolić mu mnie zawładnąć.

Często wracałam myślami do tej ostatniej wiadomości, do drobnych gestów i żartów, które kiedyś wydawały się tak nieważne. Przeglądałam naszą wspólną playlistę, czytałam rozmowy, próbując jeszcze raz usłyszeć jego głos. Świat, który miał być miejscem szczęśliwych zakochanych, stał się dla mnie jednym wielkim cmentarzem wspomnień.

Samotność wśród tłumu

Kiedy nadeszły kolejne walentynki, miasto znów zamieniło się w teatr miłości. Na każdym rogu widziałam zakochane pary, trzymające się za ręce, uśmiechnięte, jakby nie istniał żaden ból poza nimi. Z pracy wróciłam szybciej, nie chcąc słuchać opowieści o randkach, niespodziankach i planach na romantyczny wieczór. Po drodze mijałam kwiaciarnie pełne róż i kawiarnie z rezerwacjami dla dwojga. Przez chwilę poczułam coś na kształt złości – na nich wszystkich, na siebie, na los.

W domu usiadłam na podłodze, obok pudełka, w którym trzymałam pamiątki po nim. Bilety z kina, zdjęcia z naszych wyjazdów, muszelkę z Bałtyku, którą przyniósł mi po spacerze. Dotykałam ich po kolei, próbując sobie przypomnieć jego głos, śmiech, ciepło dłoni. Wszystko wydawało się takie odległe, nierealne, jakby wydarzyło się komuś innemu. Nagle usłyszałam za oknem wybuch śmiechu i jakieś okrzyki. Ktoś krzyczał „Kocham cię!” tak głośno, jakby chciał, żeby cały świat to usłyszał. Zamknęłam oczy i przez chwilę wyobrażałam sobie, że on jeszcze wróci. Że to wszystko, co nas rozdzieliło, da się cofnąć jednym gestem, jednym słowem. Niestetyto to było niemożliwe.

Tęsknota wraca jak echo

Wieczorem zapaliłam tylko jedną lampkę, tę stojącą w rogu pokoju. Jej ciepłe światło nie potrafiło jednak ogrzać niczego we mnie. Usiadłam przy stole i patrzyłam na zegarek, który miałam mu wręczyć. Wciąż był w pudełku, jakby czekał na właściwy moment. Na cud, na cofnięcie sekund, na dźwięk klucza w zamku. Walentynki nauczyły mnie, że miłość nie zawsze dostaje szansę na dalszy ciąg. Ludzie lubią mówić, że czas leczy rany, lecz ja wiem, że on raczej je przykrywa, warstwa po warstwie, aż ból staje się częścią codzienności.

Nauczyłam się funkcjonować, śmiać się w odpowiednich momentach, odpowiadać „wszystko w porządku”, kiedy ktoś pytał, jak się trzymam. Nauczyłam się też nie patrzeć za długo na zakochanych, bo w ich szczęściu odbijało się moje własne „co by było, gdyby”. Tamtego dnia miał przyjechać do mnie z pierścionkiem. Miał wypowiedzieć słowa, które pewnie zmieniłyby całe moje życie. Zamiast tego zostało mi tylko milczenie i tęsknota, która wraca jak echo. Gdy gaszę światło, wciąż słyszę w głowie jego wiadomość: „Zaraz będę”. I zawsze już będę czekać.

Nadia, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama