Reklama

To miał być zwykły wtorek, chociaż kalendarz krzyczał czerwienią czternastego lutego. Miałam na sobie jedwabny szlafrok, w piekarniku dochodziła pieczeń z jabłkami, a w sercu czułam ten dziwny spokój kobiety, która po dziesięciu latach małżeństwa wciąż kocha swojego męża do szaleństwa. Nie wiedziałam jeszcze, że za niecałe dwie godziny będę stała na obcym podjeździe, dławiąc się łzami i patrząc na życie, które Czarek ukradł nam obu. To historia o tym, jak bardzo można się mylić co do człowieka, z którym dzieli się łóżko, kredyt i marzenia.

Walentynki miały być jednak inne

Zawsze uchodziliśmy za parę z żurnala. Czarek, przystojny dyrektor handlowy w dużej firmie logistycznej, i ja – Beata, właścicielka małego, ale prosperującego biura projektowego. Nasi znajomi często żartowali, że jesteśmy "obrzydliwie idealni". Kiedy inni narzekali na rutynę, my wysyłaliśmy sobie sprośne SMS-y w środku dnia. Kiedy inni kłócili się o pieniądze, my planowaliśmy kolejne wakacje w Toskanii. Tegoroczne walentynki miały być jednak inne. Czarek uprzedził mnie tydzień wcześniej, że wypada mu pilny wyjazd do Gdańska. Negocjacje z kluczowym klientem, sprawa życia i śmierci dla kwartalnego bonusu.

– Kotek, wiesz, że wolałbym być tu z tobą – szeptał mi do ucha, kiedy pakował walizkę. – Ale to tylko jedna noc. Wynagrodzę ci to w weekend. Zabiorę cię do tego SPA w górach.

Uwierzyłam. Boże, jak ja mu wierzyłam. Przez te wszystkie lata nie dał mi najmniejszego, nawet mikroskopijnego powodu do zazdrości. Jego telefon leżał zawsze na stole, ekranem do góry. Znałam jego hasła. Wiedziałam, gdzie jest, kiedy dzwoniłam. A przynajmniej tak mi się wydawało. Tamtego popołudnia postanowiłam jednak zrobić mu niespodziankę. Skoro nie mógł być ze mną fizycznie, chciałam, żeby poczuł moją obecność. Zorganizowałam wirtualną randkę. Kupiłam nową, czerwoną sukienkę, przygotowałam kolację (którą mieliśmy zjeść "razem" przez internet i czekałam.

Szukałam racjonalnych wyjaśnień.

Była 19:30. Czarek napisał, że właśnie wchodzi na kolację z kontrahentami i zadzwoni po 22:00. Byłam trochę zawiedziona, ale odpisałam: "Baw się dobrze, czekam". Usiadłam na kanapie i wzięłam do ręki nasz stary, domowy tablet. Używaliśmy głównie do oglądania filmów i przepisów kuchennych. Rzadko tam zaglądałam, ale mój telefon się ładował, a chciałam sprawdzić pocztę. Tablet był zalogowany na wspólne konto, które stworzyliśmy lata temu, żeby trzymać tam zdjęcia z wakacji. Czarek rzadko z niego korzystał, miał swoje firmowe maile. Ale tego dnia, na górze ekranu, wisiało powiadomienie z aplikacji do zamawiania jedzenia. "Dziękujemy za zamówienie! Twoja pizza jest w drodze. Przewidywany czas dostawy: 19:45".

Zmarszczyłam brwi. Przecież nic nie zamawiałam. Mam pieczeń. Pierwsza myśl? Kradzież danych. Ktoś włamał się na konto i zamawia jedzenie na nasz koszt. Kliknęłam w szczegóły zamówienia, gotowa dzwonić do banku i blokować karty. I wtedy zobaczyłam adres dostawy. To nie był Gdańsk. To nie była restauracja, w której rzekomo miał siedzieć z klientami. To była ulica dzielnica domków jednorodzinnych na obrzeżach naszego miasta. Zaledwie dwadzieścia minut drogi samochodem od naszego apartamentu.

Serce podeszło mi do gardła, ale wciąż szukałam racjonalnych wyjaśnień. Może zamówił jedzenie dla rodziców? Nie, oni mieszkają w innej części Polski. Może dla kolegi z pracy? Ale dlaczego z naszego prywatnego konta? I dlaczego pizza hawajska i duży zestaw dla dzieci z zabawką? Czarek nienawidzi pizzy hawajskiej. Zawsze powtarzał, że ananas na pizzy to zbrodnia. A zestaw dla dzieci? My nie mamy dzieci.

To nie był film

Coś we mnie pękło. To nie była logika, to był instynkt. Ten pierwotny głos, który każe zwierzęciu uciekać przed pożarem, zanim jeszcze poczuje dym. Wstałam, narzuciłam płaszcz na tę czerwoną sukienkę, którą włożyłam dla niego, i wybiegłam z domu. Wsiadłam do samochodu. Wbiłam w nawigację adres. Droga dłużyła się niemiłosiernie. W radiu leciały same piosenki o miłości. Walentynkowy kicz wylewał się z głośników, a ja czułam, jak żołądek zawiązuje mi się w supeł. Zadzwoniłam do niego. Jeden sygnał, drugi, trzeci.

– Odrzucił – szepnęłam do siebie, patrząc na ekran.

Sekundę później przyszedł SMS: "Kochanie, nie mogę teraz rozmawiać, klient właśnie opowiada anegdotę. Zadzwonię później. Kocham Cię". Klient. Anegdota. Gdańsk. A ja byłam już na tej dzielnicy. To było ciche, spokojne osiedle nowych bliźniaków. Latarnie świeciły ciepłym światłem, w oknach widać było migoczące telewizory. Blok był na końcu ślepej uliczki. Zwolniłam, wyłączyłam światła. I wtedy to zobaczyłam.

Jego srebrny samochód. Ten sam, którym rano pojechał "do Gdańska". Stał na podjeździe, obok innego, małego auta. Rejestracja się zgadzała. Nawet ta mała rysa na zderzaku, którą zrobił tydzień temu na parkingu pod marketem, była widoczna w świetle ulicznej lampy. Zgasiłam silnik. W samochodzie zapanowała cisza tak gęsta, że słyszałam własne tętno dudniące w skroniach. To nie był film. To działo się naprawdę. Mój mąż, mój Czarek, był tutaj.

Czas się zatrzymał

Powietrze było mroźne, szczypało w policzki. Podeszłam bliżej bloku. Nagle zobaczyłam, jak mój mąż wychodzi z klatki z jakąś inną kobietą. Nie był ubrany w garnitur, a luźny dres. Towarzyszył im chłopiec. Mógł mieć z cztery, może pięć lat. Miał kręcone włosy – takie same, jakie Czarek ma na zdjęciach z dzieciństwa. W pewnym momencie mąż dał buziaka kobiecie. Następnie wzięli chłopca za rękę i poszli w drugą stronę na spacer. Wyglądali, jak prawdziwa rodzina. Wyglądali na szczęśliwych. A ja? Ja stałam w oddali w czerwonej sukience i płaszczu, czując, że moje dziesięć lat życia właśnie wyparowało. Nie wytrzymałam. Nie planowałam tego, ale ciało zadziałało samo. Pobiegłam w ich stronę. Czarek stanął jak zamurowany.

– Miły, rodzinny spacer, co? – zapytałam z przekąsem.

Gdy jego wzrok padł na moją twarz, czas się zatrzymał. Widziałam, jak twarz mu zbladła.

– Beata... – wymamrotał.

– Cześć, kochanie – powiedziałam. Mój głos był nienaturalnie spokojny, lodowaty. – Miałeś być w Gdańsku na spotkaniu służbowym.=

Tatusiu, kto to jest? – zapytał chłopiec, łapiąc Czarka za nogę.

Tatusiu. To słowo uderzyło mnie najbardziej.

– Beata, proszę cię, nie tutaj. Błagam cię. Porozmawiajmy w samochodzie. Nie rób scen przy małym – syczał gorączkowo, łapiąc mnie za ramię.

– Może mi ktoś wytłumaczyć, co tu się dzieje? – zapytała zdezorientowana kobieta. Spojrzała na mnie, potem na niego, potem znowu na mnie. – Kim jest ta pani? – dodała.

I wtedy zrozumiałam kolejny element tej układanki. Ona też nie wiedziała. Patrzyłam na Czarka, który stał między nami, blady jak ściana, próbując wymyślić kłamstwo, które uratuje choćby skrawek jego podwójnego życia.

– Powiedz jej – rzuciłam mu wyzwanie. – Powiedz jej, kim jestem.

Milczał.

– Jestem jego żoną – powiedziałam, patrząc prosto w oczy tej kobiecie. – Od dziesięciu lat. A ty?

Kobieta zachwiała się.

– To niemożliwe... – szepnęła. – Jesteśmy razem od pięciu lat. Mamy syna. Czarek jest rozwiedziony. Mówił, że jego była żona mieszka za granicą...

Wybuchłam śmiechem.

– Cóż, wygląda na to, że nie jestem jedyną, która dała się nabrać – powiedziałam, czując, jak po policzkach płyną mi pierwsze, gorące łzy.

Poczułam coś, czego nie czułam od lat

Tamta noc była jak zły sen, z którego nie mogłam się obudzić. Okazało się, że "wyjazdy służbowe" Czarka były precyzyjnie zaplanowanym harmonogramem dzielenia czasu między dwa domy. Kiedy był "w delegacji" dla mnie, był w domu z nią – Moniką. Kiedy "pracował do późna" dla niej, był w domu ze mną. Finansował dwa domy. Dwa życie. Dwa zestawy marzeń. Wróciłam do samochodu, zostawiając go w ruinach, które sam zbudował. Nie chciałam słuchać jego tłumaczeń. Nie chciałam wiedzieć, którą z nas kochał bardziej, albo czy w ogóle potrafił kochać kogokolwiek poza sobą.

Wróciłam do pustego domu. Stałam na środku kuchni, w tej pięknej czerwonej sukience. A potem usiadłam na podłodze i zaczęłam się śmiać przez łzy. Bo przypomniałam sobie, jak tydzień temu w sklepie z bielizną ekspedientka powiedziała mi: "Pani mąż to szczęściarz, widać, że bardzo o siebie dbacie". Tak, dbaliśmy. O pozory. Monika zadzwoniła do mnie kilka dni później. Chciała przeprosić. Powiedziałam jej, że nie ma za co. Obie byłyśmy ofiarami tego samego oszusta, tyle że ja straciłam przeszłość, a ona przyszłość.

Od tamtych walentynek minął rok. Nie mam męża. Nie mam "idealnego życia". Mieszkam w mniejszym mieszkaniu, jeżdżę gorszym samochodem. Ale wiecie co? Kiedy dziś rano obudziłam się sama w łóżku, poczułam coś, czego nie czułam od lat. Poczułam prawdę. Nikt mnie nie okłamuje. Nikt nie dzieli mojego czasu na pół. Nikt nie robi ze mnie idiotki, całując mnie w czoło przed wyjściem do "pracy". Zamówiłam sobie pizzę. Hawajską. Tylko po to, żeby zrobić na złość wspomnieniu o nim. I wiecie co? Nawet mi smakowała. Bo smakowała wolnością.

Beata, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama