„W walentynki poszłam na randkę w ciemno. Gdy zaczął odmawiać modlitwę przed jedzeniem, wiedziała, że to pora, by dać nogę”
„– Niezależność – prychnął cicho, ale z uśmiechem, który nie obejmował oczu. – To słowo-klucz dzisiejszych czasów. Kobiety chcą być niezależne od mężczyzn, od rodziny, od Boga. A kończą samotne, w pustych mieszkaniach”.

Moje życie to ciągły bieg między deadlinami, kawą z sieciówki a samotnymi wieczorami z serialami, które staram się nazywać świadomym wyborem. Ale prawda jest taka, że po moim ostatnim związku z facetem, który po trzech latach odszedł do instruktorki jogi, twierdząc, że ja mam zbyt przyziemną aurę, moje poczucie własnej wartości leżało gdzieś w okolicach poziomu zero.
Byłam rozczarowana
Mój eks Kamil był typem artysty. Wolny duch, zero odpowiedzialności. Dlatego, gdy Anka, moja przyjaciółka jeszcze z czasów liceum, zadzwoniła do mnie tydzień przed Walentynkami, byłam podatnym gruntem.
– Ewelina, posłuchaj – trajkotała do słuchawki. – Krzysiek to jest ideał. Prawnik, ale ma zasady. Jest ułożony, szarmancki, tradycyjny. Powiedziałam mu o tobie, pokazałam zdjęcie. Jest zachwycony. Mówi, że masz dobre oczy.
Brzmiało niewinnie. Pomyślałam, że może właśnie tego mi trzeba. Stabilizacji. Kogoś, kto nie zniknie na tydzień na festiwalu transowym, tylko zaprosi mnie na kolację, otworzy drzwi i zapłaci rachunek.
Przygotowywałam się do tego wyjścia jak na wojnę. Kupiłam nową sukienkę. Do tego czarne szpilki, ułożone włosy. Patrzyłam w lustro i widziałam kobietę sukcesu, która po prostu chce być kochana. W restauracji było tłoczno. Wszędzie pary trzymające się za ręce, balony w kształcie serc.
Zobaczyłam go od razu
Siedział przy oknie, idealnie wyprostowany. Muszę przyznać – Anka nie kłamała w kwestii wyglądu. Ciemne włosy, gładko zaczesane do tyłu, ostre rysy twarzy, biała koszula. Kiedy podeszłam do stolika, wstał natychmiast. To było miłe. Kamil nigdy nie wstawał, zazwyczaj nawet nie odrywał wzroku od telefonu.
– Ewelina? – zapytał.
– Cześć, tak, to ja. Miło cię poznać – uśmiechnęłam się szeroko, wyciągając rękę.
Nie uścisnął jej w typowy sposób. Chwycił moją dłoń delikatnie, prawie nie dotykając skóry, jakbym była zrobiona z porcelany.
– Witaj – powiedział, patrząc mi głęboko w oczy. – Anka mówiła, że jesteś piękna, ale nie wspomniała, że twoja uroda jest tak… wyzywająca.
Zamarłam na ułamek sekundy. Wyzywająca? To komplement czy obelga? Jego ton był neutralny, ale w oczach miał coś dziwnego. Jakiś taki błysk, który przypominał mi surowego nauczyciela matematyki z podstawówki, który czekał, aż popełnisz błąd przy tablicy.
– Dziękuję… chyba? – zaśmiałam się nerwowo, siadając. – To Walentynki, chciałam wyglądać odświętnie.
– Oczywiście – skinął głową, siadając naprzeciwko. – Święto komercji, ale też okazja do refleksji nad naturą miłości. Czystej miłości.
Czułam się niezręcznie
Na stole nie było wina. Była woda i mały, drewniany krzyżyk leżący obok serwetki. Nie taki ozdobny, jaki noszą raperzy. Taki prosty, surowy, z rzemykiem. Pomyślałam, że może to jego talizman. Każdy ma jakieś dziwactwa. Kelner podszedł niemal natychmiast.
– Dobry wieczór państwu. Czy na początek mogę zaproponować coś do picia? Mamy doskonałe wino domowe, Montepulciano…
– Dla pani wodę – przerwał mu Krzysiek, zanim zdążyłam otworzyć usta. – A dla mnie to samo. Wino otępia zmysły, a my chcemy dzisiaj rozmawiać w prawdzie.
Kelner uniósł brew, spojrzał na mnie pytająco. Powinnam była wtedy zareagować, powiedzieć: „Przepraszam, ale mam ochotę na kieliszek czerwonego”, ale nie zrobiłam tego. Byłam w szoku. Poza tym, chciałam być miła. Nie chciałam robić sceny na początku randki.
– Woda jest w porządku – wymamrotałam, czując, jak moje policzki zaczynają piec.
Gdy kelner odszedł, Krzysiek splótł palce na stole i oparł na nich brodę.
– Powiedz mi, co robisz w życiu? Anka wspominała o marketingu. To praca polegająca na manipulacji ludzkimi pożądaniami, prawda?
– Yyy, no nie do końca – próbowałam się bronić, choć czułam, jak atmosfera gęstnieje. – Zajmuję się strategią marki. Pomagamy firmom komunikować się z klientami. To kreatywna praca.
– Kreatywna – powtórzył z niesmakiem. – Kreowanie fałszywych potrzeb. Kuszenie. To bardzo kobiece, niestety w tym negatywnym, biblijnym sensie. Ewa też była kreatywna, gdy sięgała po owoc.
Atmosfera była specyficzna
Zacisnęłam dłonie na torebce pod stołem. Czy on mnie właśnie porównał do biblijnej Ewy w kontekście grzechu pierworodnego, bo pracuję w marketingu?
– Słuchaj – starałam się brzmieć asertywnie. – Lubię moją pracę. Daje mi satysfakcję i niezależność.
– Niezależność – prychnął cicho, ale z uśmiechem, który nie obejmował oczu. – To słowo-klucz dzisiejszych czasów. Kobiety chcą być niezależne od mężczyzn, od rodziny, od Boga. A kończą samotne, w pustych mieszkaniach.
Czułam, jak krew uderza mi do głowy. To było o mnie. Wiedział o mnie więcej, niż powinien? Czy Anka mu powiedziała, że jestem samotna?
– Nie szukam przygodnych znajomości – powiedziałam chłodno. – Dlatego tu jestem. Na randce z tobą.
– I to mnie cieszy – jego głos nagle stał się miękki, niemal aksamitny. Pochylił się w moją stronę. – Bo widzę w tobie potencjał. Widzę pod tą warstwą makijażu i tą… nieskromną sukienką zagubioną duszę, która krzyczy o prowadzenie.
Wtedy przyszło jedzenie. Byłam głodna, zła i zdezorientowana. Chwyciłam za widelec, gotowa wbić go w mięso, byle tylko zająć czymś ręce.
– Stop! – jego głos był jak trzaśnięcie z bicza.
Odmówił modlitwę
Zamarłam z widelcem w połowie drogi do ust. Kilka osób przy sąsiednich stolikach obejrzało się na nas.
– O co chodzi? – syknęłam.
– Nie podziękowaliśmy za dar – powiedział z powagą, jakbym właśnie zamierzała popełnić morderstwo.
– Słucham?
– Modlitwa. Czy w twoim domu nie uczono cię, że posiłek jest łaską?
– Panie! – zaczął głośno, głosem kaznodziei. – Pobłogosław te dary, które spożywać będziemy. I pobłogosław tę kobietę, która siedzi przede mną, aby pokarm ten nie tylko odżywił jej ciało, ale też dał jej siłę do walki z demonami pychy i rozwiązłości!
Cisza w restauracji była absolutna. Czułam, jak znikam. Chciałam zapaść się pod ziemię, rozpłynąć się, stać się plamą na obrusie. Wszyscy patrzyli. Kelner stał z butelką wina jak sparaliżowany. Tymczasem Krzysiek usiadł, jak gdyby nigdy nic. Przeżegnał się zamaszyście.
– Smacznego – powiedział, biorąc do ręki widelec.
Moje carpaccio nagle wyglądało jak coś, co mnie otruje.
– Czy ty jesteś poważny? – wyszeptałam, drżąc ze wstydu i wściekłości. – Nazwałeś mnie przy wszystkich rozwiązłą? Nie znasz mnie! To jest nasza pierwsza randka!
– Znam naturę kobiet – odparł spokojnie, przeżuwając rukolę. – I widzę, jak jesteś ubrana. Odsłaniasz ciało, by kusić. To jest rozwiązłość. Nazywajmy rzeczy po imieniu. Dzisiejszy świat boi się prawdy. Ja się nie boję. Przyszedłem tu, bo Anka prosiła mnie o pomoc.
Wstydziłam się
– O pomoc? – powtórzyłam tępo. – Mówiła, że to randka.
– Randka to świecka, pusta koncepcja – wyjaśnił, patrząc na mnie z politowaniem. – Anka martwi się o ciebie. Mówiła, że po tym twoim artyście jesteś rozbita. Że potrzebujesz silnej ręki. Męskiego autorytetu, który naprowadzi cię na ścieżkę cnoty. Zgodziłem się spotkać, żeby ocenić, czy jest dla ciebie ratunek.
W tym momencie wszystko zaczęło układać się w chory obrazek. Anka. Moja przyjaciółka ostatnio zaczęła chodzić na jakieś spotkania wspólnoty. Mówiła, że to medytacje. Okłamała mnie. Wystawiła mnie na pożarcie fanatykowi, bo uznała, że moje życie wymaga naprawy według jej nowych standardów.
– Nie wierzę – zaśmiałam się histerycznie. – Ty nie szukasz dziewczyny. Ty szukasz… kogo? Posłusznej zakonnicy w cywilu?
– Szukam kobiety, która rozumie, że jej celem jest służba rodzinie i Bogu, a nie korporacyjne tabelki w Excelu. Kobiety, która zakrywa swoje ciało, bo szanuje świątynię, którą jest.
Sięgnął do kieszeni marynarki. Przez chwilę, w jakimś absurdalnym odruchu, pomyślałam, że wyciągnie pierścionek, co byłoby dopełnieniem tego szaleństwa. Ale nie. Wyciągnął małe, czarne pudełeczko.
– Dziś Walentynki – powiedział. – Pogańskie święto, ale wykorzystajmy je dla dobra. Mam coś dla ciebie. To początek twojej nowej drogi.
Chciał mnie nawrócić
Przesunął pudełko po stole. Nie chciałam go dotykać, ale ciekawość była silniejsza. Otworzyłam je.
W środku nie było biżuterii. Był tam metalowy medalik ze świętym Benedyktem oraz mała, złożona w kostkę ulotka. Rozwinęłam ją. Tytuł brzmiał: „Czy Twój strój prowadzi innych do piekła? Poradnik skromności dla współczesnych kobiet”. W środku były rysunki przekreślonych dekoltów, krótkich spódnic i… spodni u kobiet.
Przypomniałam sobie Kamila, który mnie olewał. Przypomniałam sobie te wszystkie lata, kiedy starałam się być dobra, miła i dopasowana. I teraz ten facet, ten obcy człowiek, śmie siedzieć naprzeciwko mnie, żreć kozi ser i mówić mi, że jestem zepsuta, bo mam dekolt?
– Wiesz co, Krzysiu? – powiedziałam głośno.
– Słucham?
– Myślę, że pomyliłeś epoki. I stoliki. I planety.
Wstałam. Krzesło zaszurało o podłogę. Znowu ludzie na nas spojrzeli, ale tym razem miałam to gdzieś. Czułam się jak na scenie i zamierzałam odegrać swoją rolę do końca.
– Anka zrobiła mi świństwo, umawiając mnie z tobą. Ale dzięki temu zrozumiałam jedno. Wolę być rozwiązłą singielką z korporacji, która pije wino i nosi czerwoną sukienkę, niż spędzić choćby minutę z kimś tak nieszczęśliwym i pełnym nienawiści jak ty.
Wyszłam stamtąd
– Nienawiści? – oburzył się, wstając. Jego twarz poczerwieniała. – Ja mówię o miłości! O zbawieniu! Chcę cię uratować przed ogniem piekielnym!
– Ty jesteś piekłem – powiedziałam, patrząc mu prosto w te jego fanatyczne oczy. – Piekłem jest życie z kimś, kto w drugim człowieku widzi tylko grzech, a nie człowieka.
Chwyciłam torebkę.
– I wiesz co? – dorzuciłam, odwracając się. – Ta sukienka kosztowała sześćset złotych. I wyglądam w niej wspaniale. Żaden facet z kompleksem Boga mi tego nie odbierze.
Ruszyłam do wyjścia. On próbował za mną iść.
– Ewelina! Nie odchodź! Szatan tobą manipuluje! To pycha przez ciebie przemawia! – krzyczał za mną przez całą salę.
Kelner, ten sam, który wcześniej przyniósł wodę, stanął mu na drodze.
– Proszę pana, rachunek – powiedział stanowczo, blokując mu przejście.
To był koniec
Wypadłam na chłodne, warszawskie powietrze. Wzięłam głęboki oddech. Moje serce waliło jak młot. Trzęsły mi się ręce. Wyciągnęłam telefon i wybrałam numer Anki. Odebrała po drugim sygnale.
– I jak? I jak?! – piszczała podekscytowana. – Jest cudowny, prawda? Mówiłam ci, że on ma taką charyzmę.
– Jesteś wredna – powiedziałam spokojnie.
– Co? Ewelina, co ty…
– Skasuj mój numer. I módl się, żebym cię nie spotkała w najbliższym czasie, bo wtedy naprawdę będziesz potrzebowała egzorcysty.
Rozłączyłam się i zablokowałam ją. Stałam na środku chodnika, w czerwonej sukience, w Walentynki, sama. Przez chwilę chciało mi się płakać. Czułam się upokorzona tym, że w ogóle dałam się wciągnąć w taką sytuację. Że moja desperacja zaprowadziła mnie przed oblicze fanatyka.
Ale potem spojrzałam na swoje odbicie w witrynie sklepu. Widziałam kogoś, kto właśnie postawił granicę. Kogoś, kto nie pozwolił się zdominować. Weszłam do pierwszej lepszej knajpy obok, gdzie nie było białych obrusów. Podeszłam do baru.
– Duże frytki i podwójne białe wino – rzuciłam do barmana.
Wolę być sama
Spojrzał na moją elegancką sukienkę, potem na moją wściekłą minę i uśmiechnął się.
– Ciężka randka?
– Nawet nie wiesz jak bardzo – westchnęłam, opierając się o blat. – Ale przynajmniej nikt tu nie święci frytek przed podaniem, prawda?
– Tylko solą, przysięgam.
Wypijając to wino, zrozumiałam coś ważnego. Bycie samą w Walentynki nie jest porażką. Porażką jest bycie z kimś, kto każe ci przepraszać za to, że istniejesz. Krzysiek chciał mnie zbawić, ale tak naprawdę to ja zbawiłam się sama – wychodząc z tej restauracji. A krzyżyk? Został na stole. Mam nadzieję, że kelner doliczył go Krzyśkowi do rachunku jako usługę specjalną.
Ewelina, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zamieniłem Zakopane na ferie w szwajcarskich Alpach i szybko pożałowałem. Nawet luksusowy kurort nie spełnił oczekiwań”
- „W walentynki liczyłam na romantyczne sceny rodem z harlekina. A w jeden dzień mąż przekreślił 10 lat wspólnego życia”
- „Teść zawsze był lekkoduchem, ale teraz to już przesada. Niech nie liczy, że będę go sponsorować w nieskończoność”