Reklama

Walentynki miały być zwykłym dniem, a jednak od rana czułam pod skórą lekkie napięcie. Takie, które bierze się z nadziei, choć człowiek bardzo stara się ją w sobie uciszyć. Udawałam przed sobą, że niczego nie oczekuję, że to tylko data w kalendarzu. A mimo to każda drobnostka tego dnia nabierała znaczenia, jakby miała coś o mnie zdradzić.

Udawałam, że mi nie zależy

Obudziłam się wcześniej niż zwykle. Przez chwilę leżałam nieruchomo, wpatrując się w sufit, jakbym czekała, aż ten dzień sam zdecyduje, czym dla mnie będzie. Walentynki. Słowo, które jeszcze kilka lat wcześniej wywoływało we mnie ekscytację, teraz brzmiało jak coś, z czego należało się wytłumaczyć. Wstałam cicho, żeby nie obudzić Tomasza, i zaparzyłam kawę. Stałam przy kuchennym blacie w grubym swetrze, z kubkiem w dłoniach, i powtarzałam sobie w myślach, że to tylko data. Że miłość nie potrzebuje potwierdzeń. Przygotowywałam się dłużej niż zwykle, choć udawałam, że to przypadek. Zastanawiałam się nad kolczykami, nad tym, czy zmienić sweter, czy nie przesadzam. Wstydziłam się własnych oczekiwań, jakby były czymś dziecinnym. Kiedy Tomasz w końcu wyszedł z sypialni, uśmiechnął się i rzucił zwykłe „cześć”, bez żadnej nuty wyjątkowości. Odpowiedziałam tym samym, trochę zbyt szybko.

– Wiesz… – zaczął, smarując kanapkę. – Chłopaki są dziś sami. Myślałem, żeby wyskoczyć z nimi wieczorem na bilardzik albo posiedzieć, pogadać. Tak symbolicznie, żeby nie siedzieli sami, żeby im nie było smutno.

Powiedział to lekkim tonem, jakby chodziło o coś oczywistego, wręcz słusznego. Spojrzałam na niego i poczułam ukłucie, które natychmiast próbowałam zagłuszyć.

– Jasne – odpowiedziałam za szybko. – To tylko walentynki.

Uśmiechnęłam się nawet, żeby dodać temu wiarygodności. W środku jednak coś się we mnie wzburzyło, jak fala, która właśnie rozbiła się o brzeg. Tomasz skinął głową z ulgą, jakby zdjął z siebie jakiś ciężar.

– Wiedziałem, że zrozumiesz – powiedział.

To słowo zostało ze mną na długo. „Zrozumiesz”. Jakbym zawsze miała rozumieć. Jakbym była od tego, żeby nie komplikować, nie psuć nastroju, nie chcieć za dużo. Przez resztę dnia łapałam się na tym, że powtarzam w myślach własne argumenty przeciwko sobie. Że nie potrzebuję kolacji przy świecach. Że ważniejsze są gesty na co dzień. Że przesadzam. Że nie chcę komuś zrobić przykrości... A jednak, gdzieś pod tym wszystkim, rosło ciche poczucie, że znowu zgodziłam się na coś kosztem siebie.

Czułam się jak 5 koło u wozu

Lokal był głośny, pełen rozmów nachodzących na siebie, jakby każdy chciał zagłuszyć własne myśli. Światła odbijały się od blatów stolików, a ja od razu poczułam, że to nie jest przestrzeń dla mnie. Tomasz szedł kilka kroków przede mną, wyraźnie ożywiony. Już przy wejściu dostrzegł chłopaków i machnął ręką, jakby wracał do czegoś, co czekało na niego od dawna.

– No w końcu! – zawołał Łukasz, gdy podeszliśmy. – Myśleliśmy, że jednak zostaniesz w domu.

– A to niby czemu? – Tomasz zaśmiał się głośniej, niż było trzeba. – Przecież obiecałem.

Usiadłam obok Tomasza, ale niemal od razu poczułam, że to miejsce jest tylko z nazwy „obok”. Igor rzucił mi krótkie spojrzenie i skinął głową w ramach powitania, po czym wrócił do rozmowy z Łukaszem. Tematy zmieniały się szybko: praca, stare historie, żarty, których sens gubiłam po drugim zdaniu. Tomasz rozluźnił się w sposób, którego dawno u niego nie widziałam. Śmiał się swobodnie, gestykulował, wchodził innym w słowo. Próbowałam włączyć się do rozmowy, ale moje zdania ginęły, jakby były wypowiadane za cicho albo w złym momencie.

– Pamiętasz, jak wtedy… – zaczęłam, ale Łukasz natychmiast wszedł mi w słowo, podnosząc głos.

Tomasz nawet nie zauważył. Patrzył na nich z uwagą, której ostatnio brakowało, gdy opowiadałam mu o swoim dniu. Złapałam się na tym, że siedzę wyprostowana, z rękami splecionymi na kolanach, jak gość, który nie chce sprawiać kłopotu.

– Fajnie, że jesteś – rzucił Igor w pewnym momencie, bardziej do Tomasza niż do mnie. – Przynajmniej nie czujemy się jak ostatni…

Nie dokończył, ale sens zawisł w powietrzu. Spojrzałam na Tomasza. Uśmiechnął się z satysfakcją, jakby właśnie spełnił ważną misję. I wtedy dotarło do mnie coś, co zabolało bardziej, niż się spodziewałam: ja byłam tu tylko po to, żeby nikt inny nie czuł się samotny. Moja obecność była dodatkiem, usprawiedliwieniem, tłem. Siedziałam przy stole, przy którym mnie nie było.

Coś się we mnie buntowało

Im dłużej tam siedzieliśmy, tym bardziej oddalałam się od samej siebie. Złapałam się na tym, że zamiast słuchać rozmów, zaczęłam liczyć własne ustępstwa. Jakby ten wieczór otworzył we mnie szufladę, do której od dawna wrzucałam wszystko, czego nie powiedziałam na głos. Przypomniałam sobie sytuacje, które wtedy wydawały się drobne, a teraz układały się w znajomy wzór. Były weekendy podporządkowane jego planom, zmieniane w ostatniej chwili, bo ktoś zadzwonił albo coś „ważnego” wypadło. Były rozmowy, w których milczałam, bo nie chciałam wyjść na przewrażliwioną. Zawsze mówiłam sobie, że to kompromis. Że tak wygląda dorosły związek. Spojrzałam na Tomasza. Pochylał się w stronę Łukasza, jakby każde jego słowo było warte pełnej uwagi. Poczułam nagłą potrzebę, żeby chociaż spróbować. Nachyliłam się bliżej i dotknęłam lekko jego ramienia.

– Tomek… – zaczęłam cicho. – Ja chyba nie do końca dobrze się tu czuję.

Odwrócił się do mnie na sekundę. Na jego twarzy pojawiło się zdziwienie, a zaraz potem coś w rodzaju zniecierpliwienia.

– No co ty – powiedział półgłosem. – Przecież jest okej. Zaraz pójdziemy.

To „zaraz” zabrzmiało jak obietnica bez terminu. Skinęłam głową, choć w środku coś się we mnie buntowało. Próbowałam jeszcze raz, innym tonem.

– Myślałam, że dziś… że może spędzimy ten wieczór trochę inaczej.

Westchnął cicho, jakby to ja stwarzałam problem.

– Nie przesadzaj – rzucił. – To tylko wyjście. Wiesz, że chłopaki nie mają dziś z kim być.

Znowu to „wiesz”. Jakby moja rola polegała na rozumieniu cudzych potrzeb, nawet wtedy, gdy własne zostawały bez odpowiedzi. Cofnęłam się w sobie, dokładnie tak, jak robiłam to już nieraz. Zrozumiałam, że granice nigdy nie zostały przeze mnie jasno postawione. I że być może właśnie dlatego tak łatwo było je omijać.

Byłam potwornie smutna i zła

Wyszliśmy na zewnątrz późnym wieczorem. Powietrze było chłodne, ostre, jakby miało mnie obudzić z letargu, w który sama się wprowadziłam. Szliśmy obok siebie, ale w takiej odległości, która nie miała nic wspólnego z bliskością. Tomasz trzymał ręce w kieszeniach, ja poprawiałam pasek torebki, nie wiedząc, co zrobić z własnymi dłońmi.

– Fajnie było, co? – rzucił po chwili, jakby cisza zaczęła mu ciążyć.

Nie odpowiedziałam od razu. W głowie kłębiły mi się słowa, ale żadne nie chciało wyjść pierwsze. Czułam zmęczenie, nie fizyczne, tylko takie, które zbiera się latami.

– Chyba nie dla mnie – powiedziałam w końcu.

Zatrzymał się na moment i spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

– Serio? – zapytał. – Przecież nic się nie stało.

Ruszył dalej, jakby odpowiedź była oczywista. Ten gest zabolał bardziej niż jego słowa. Szłam obok niego i po raz pierwszy nazwałam w myślach to, co we mnie rosło od dawna. Smutek, bo czułam się pominięta. Złość, bo sama na to pozwalałam. I coś jeszcze, ciche przekonanie, że w tym układzie zawsze będę na końcu listy.

– To nie był tylko ten wieczór – odezwałam się w końcu. – To jest… częściej.

Tomasz wzruszył ramionami.

– Wydaje ci się. Zawsze wszystko za bardzo bierzesz do siebie.

Te słowa zamknęły coś we mnie na dobre. Zrozumiałam, że dla niego to był zwykły dzień, zwykłe wyjście. Dla mnie symbol. Dowód na to, że potrafi wybrać innych bez wahania, nawet wtedy, gdy ja stoję tuż obok. W tej ciszy, między jednym krokiem a drugim, dotarło do mnie, że to nie był pojedynczy wieczór, tylko wyraźny sygnał. I że jeśli dalej będę udawać, że mi nie zależy, to w końcu naprawdę przestanę mieć znaczenie.

Nie mogłam dłużej udawać

Zatrzasnęły się za nami drzwi mieszkania. Dźwięk był zbyt głośny jak na tę ciszę, którą wnieśliśmy ze sobą do środka. Tomasz zdjął kurtkę i odłożył ją niedbale na krzesło, jakby to był zupełnie zwyczajny powrót. Ja stałam jeszcze chwilę w przedpokoju, nie zdejmując butów, bo nagle bałam się, że jeśli zrobię kolejny rutynowy gest, wszystko wróci na stare tory.

– O co właściwie ci chodzi? – zapytał w końcu, nie patrząc na mnie. – Cały wieczór jesteś obrażona.

To słowo uderzyło mnie jak coś niesprawiedliwego. Obrażona. Jakbym robiła fochy, a nie próbowała powiedzieć, że coś mnie boli.

Nie jestem obrażona – odpowiedziałam spokojniej, niż się czułam. – Jest mi przykro.

Spojrzał na mnie wtedy, wyraźnie zaskoczony.

– Przykro? Alicja, naprawdę… Przecież byliśmy razem. Wszyscy.

– Właśnie nie – powiedziałam cicho. – Ty byłeś z nimi. A ja… ja byłam dodatkiem. Żeby nikt nie musiał być sam.

Zmarszczył brwi, jakby szukał w moich słowach sensu.

– Przesadzasz. Chciałem dobrze. To moi najlepsi kumple.

– A ja? – zapytałam, zanim zdążyłam się wycofać. – Kim ja jestem?

Milczał przez chwilę, a potem westchnął.

Nie rób z tego dramatu. Zawsze tak robisz, wszystko komplikujesz.

Te zdania zabolały najbardziej, bo nagle wszystko stało się jasne. Dla niego to była lojalność wobec innych. Dla mnie kolejne potwierdzenie, że moje uczucia są niewygodne, gdy nie pasują do jego planu. Zrozumiałam, że nie chodzi o walentynki, ani o ten wieczór. Chodziło o to, że od dawna robiłam miejsce wszystkim, tylko nie sobie. Poszłam do sypialni i usiadłam na łóżku. Nie było we mnie już krzyku ani łez. Było coś gorszego – cicha pewność, że jeśli nic się nie zmieni, to ja zniknę w tym związku na dobre.

Tomasz został w salonie. Nie przyszliśmy już do siebie tej nocy. Leżałam w ciemności i myślałam o tym, jak łatwo przyszło mi być „wyrozumiałą”. Jak często myliłam miłość z rezygnacją z siebie. I po raz pierwszy dopuściłam do siebie myśl, że może największą odwagą nie jest rozumieć wszystkich dookoła, tylko w końcu stanąć po własnej stronie. Nie wiedziałam jeszcze, co zrobię. Wiedziałam tylko, że coś pękło. I że już nie potrafię udawać, że mi nie zależy.

Alicja, 28 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama