„W walentynki zamiast czekoladek kupowałam białe lilie na pogrzeb. Wraz z ukochanym pogrzebałam mój najcenniejszy skarb”
„Każda para przypominała mi, co właśnie straciłam. W kwiaciarni zapach róż był dla mnie duszący. Stałam przy ladzie, z trudem powstrzymując łzy, i bezgłośnie wskazałam palcem białą, prostą wiązankę. Kobieta spojrzała na mnie dziwnie, jakby w walentynki nie wolno było zamawiać kwiatów na pogrzeb”.

- Redakcja
Gdy inni kupowali czerwone róże i czekoladki, ja tego dnia stałam w chłodnym pomieszczeniu kwiaciarni, zastanawiając się, jaką wiązankę pogrzebową wybrać. Walentynki od zawsze kojarzyły mi się z ciepłem, światłem świec i niecierpliwym oczekiwaniem na spotkanie z Adamem. Nie przypuszczałam, że ten dzień przyniesie mi największą stratę w życiu. Kilka dni wcześniej patrzyłam, jak trzymał mnie za rękę i obiecywał, że wszystko będzie dobrze, a potem świat zgasł. Każdy oddech bolał, każdy ruch wydawał się bez sensu. Miłość mojego życia, mój najlepszy przyjaciel i partner, odszedł, pozostawiając mnie samą z tysiącem niedokończonych rozmów i jednym maleńkim pudełeczkiem, które wciąż miałam w torebce.
Zapach róż i zapach śmierci
Nie mogłam pozbyć się z głowy tamtego obrazu – dłonie Adama leżące nieruchomo na białej pościeli, blade, jakby bez życia już od kilku dni. Siedziałam przy nim do ostatniej chwili, ignorując dźwięki telefonów, ignorując świat za oknem. Cały czas miałam w torebce małe, czerwone pudełko, które Adam wyciągnął wieczorem kilka tygodni wcześniej. Wtedy się nie odważył, żartowaliśmy, że czeka na odpowiedni moment. Ten moment nigdy nie nadszedł.
Kiedy szłam po mieście w walentynkowy poranek, mijałam zakochanych z bukietami kwiatów. Każda para przypominała mi, co właśnie straciłam. W kwiaciarni zapach róż był duszący, odurzający i niemal nieludzki w tym dniu. Stałam przy ladzie, z trudem powstrzymując łzy, i bezgłośnie wskazałam palcem białą, prostą wiązankę. Kobieta za ladą spojrzała na mnie dziwnie, jakby w walentynki nie wolno było zamawiać kwiatów na pogrzeb.
– Na pogrzeb… – wyszeptałam, a jej mina złagodniała.
Drżały mi ręce, kiedy podpisywałam zamówienie. Nigdy nie myślałam, że w taki dzień będę kupować kwiaty, które położę na nagrobku zamiast się nimi cieszyć w domu. Świat wokół trwał jakby obok mnie, a ja byłam w środku czegoś, co nie miało końca ani początku.
Łzy napłynęły mi do oczu
Zawsze wydawało mi się, że w najważniejszych momentach życia człowiek wie, co powiedzieć. Kiedy ostatni raz siedziałam przy łóżku Adama, czułam, jak walczę z bezradnością. Świat zwolnił, a wszystko, co nie było naszym pokojem, przestało istnieć.
– Słyszysz mnie? – spytałam, ściskając jego rękę, choć widziałam, że wysiłek kosztuje go każdą cząstkę sił.
Adam spojrzał na mnie z czułością, jaką widuje się tylko na filmach, a potem uśmiechnął się lekko.
– Chciałem… – przerwał, łapiąc oddech, który wypełnił ciszę mocniej niż słowa. – Chciałem, żebyś była szczęśliwa, nawet gdy mnie nie będzie.
– Nie mów tak – wymsknęło mi się, a łzy same napłynęły do oczu. – Przecież mieliśmy być razem. Zawsze.
– Wiesz… – szepnął, próbując zebrać myśli – gdybym mógł… zrobiłbym wszystko jeszcze raz, dokładnie tak samo.
Czułam, że już nie potrafię odpowiedzieć, zabrakło mi słów. Zamiast tego przytuliłam jego dłoń do twarzy, zamykając oczy, by zatrzymać tę chwilę na zawsze. Nie wiedziałam, że to ostatnie słowa, które od niego usłyszę.
Serce biło mi tak głośno
Dzień pogrzebu był jasny i zimny, jakby pogoda kpiła z tego, co czułam w środku. Kościół wypełnił się ludźmi, których twarze znałam, lecz ich głosy brzmiały obco. Składali mi kondolencje, ściskali dłonie, mówili, że Adam był wspaniałym człowiekiem. Kiwałam głową, dziękowałam półsłówkami, nie potrafiąc wydobyć z siebie nic więcej. Każde zdanie odbijało się we mnie pustym echem. Siedziałam w pierwszej ławce, patrząc na trumnę, i miałam wrażenie, że to wszystko dzieje się obok mnie. Obserwowałam własne ręce splecione nerwowo na kolanach i zastanawiałam się, jak to możliwe, że jeszcze kilka dni wcześniej trzymały jego dłoń. Teraz dzieliło nas kilka metrów i coś znacznie większego niż przestrzeń.
– Trzymaj się – szepnęła jedna z kobiet, obejmując mnie po mszy. Jej ramiona były ciepłe, a ja poczułam się jeszcze bardziej samotna.
Na cmentarzu panowała cisza przerywana jedynie odgłosem kroków i szelestem kurtek. Kiedy opuszczano trumnę, serce biło mi tak głośno, że zagłuszało wszystko inne. Chciałam krzyczeć, zatrzymać ten moment, cofnąć czas. Zamiast tego stałam nieruchomo, jakby wraz z Adamem do ziemi schodziła część mnie samej.
Nikt się nie domyślał
Przez całą ceremonię ściskałam w dłoni małe pudełeczko, tak mocno, że po chwili bolały mnie palce. Nikt nie wiedział, co w nim mam, nikt się nie domyślał, jaką wagę miało to dla mnie. Gdy wszyscy zaczęli się rozchodzić, została przy mnie tylko mama. Pogłaskała mnie po ramieniu i odsunęła się dyskretnie, zostawiając mnie samą nad grobem. Otworzyłam pudełko. W środku błyszczał delikatny, srebrny pierścionek z niewielkim kamieniem. Adam chciał mi się oświadczyć.
Miał plan, o którym dowiedziałam się dopiero po wszystkim – zostawił list u swojej siostry, w którym opisał, kiedy i jak chciał mi go wręczyć. Miało być zwyczajnie, w domu, z kubkiem herbaty, bez zbędnego patosu. Zawsze śmialiśmy się, że nie lubimy wielkich gestów, wystarczy nam to, co proste. Drżącymi rękami rzuciłam pudełko do grobu. Przez chwilę patrzyłam, jak ląduje na wieńcu, tuż obok jego zdjęcia.
– Zostań ze mną… – wyszeptałam cicho.
Nikt nie odpowiedział. Czułam, że tak właśnie powinno być – razem z Adamem chowam do ziemi naszą przyszłość i niedopowiedziane „tak”, którego nigdy nie zdążyłam wypowiedzieć.
Byłam na siebie zła
Walentynki skończyły się szybciej, niż się zaczęły, zostawiając po sobie nieznośną ciszę. Wróciłam do mieszkania, które jeszcze niedawno było naszym miejscem. Na stole stała świeca w kształcie serca, kupiona kilka tygodni wcześniej na zapas, z myślą o wspólnym wieczorze. Zapaliłam ją odruchowo, po czym zgasiłam, czując złość na samą siebie.
Ten dzień nie miał już prawa wyglądać jak święto. Zdjęłam płaszcz i usiadłam na kanapie, wpatrując się w puste miejsce obok. Zawsze wracał wcześniej, robił herbatę i mówił, że wszystko jakoś się ułoży. Teraz nic się nie układało. Telefon milczał, a ja nie miałam do kogo zadzwonić, by powiedzieć, jak bardzo boli.
– Wróć już – powiedziałam głośno do pustego pokoju, jakbym liczyła na cud.
Zamiast odpowiedzi usłyszałam tylko szum ulicy za oknem. Próbowałam przypomnieć sobie jego śmiech, sposób, w jaki marszczył czoło, gdy się nad czymś zastanawiał. Bałam się, że z czasem te obrazy wyblakną, a on stanie się tylko wspomnieniem. Walentynki, które miały być początkiem czegoś nowego, stały się symbolem końca. Zrozumiałam, że od tego dnia każdy kolejny krok będę musiała stawiać sama.
Musiałam żyć dalej
Minęło kilka tygodni, zanim odważyłam się otworzyć szufladę, w której trzymałam wszystkie nasze wspólne zdjęcia. Przeglądałam je z mieszaniną smutku i wdzięczności – za każdą chwilę, którą dane mi było przeżyć u jego boku. Uczyłam się żyć na nowo, bez rozmów do późna, bez planowania przyszłości, bez powrotów do domu, w którym ktoś czeka. Znajomi mówili, że czas leczy rany. Myślę, że rany nie goją się nigdy do końca, a człowiek po prostu uczy się z nimi chodzić, jakby nosił w sercu niewidzialny opatrunek.
Zaczęłam wracać do pracy, spotykać ludzi, którzy nie znali Adama i nie zadawali pytań. Wieczorami jednak wciąż patrzyłam w okno i wyobrażałam sobie, że gdzieś tam, po drugiej stronie ciszy, on słucha moich słów. Pierścionek został w grobie, razem z tym, czego już nie będzie. Przestałam czekać na cud, pogodziłam się z myślą, że pewnych rzeczy nie da się naprawić. Zamiast róż na walentynki, kupuję zwykłe białe kwiaty – dla niego, ale i dla siebie. Moja miłość nie zniknęła, po prostu zmieniła miejsce. Teraz żyje w pamięci.
Jagoda, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Marzyłam o dubajskiej czekoladzie na walentynki. Niestety mój mąż to sknera i żal mu kasy ma prezenty dla żony”
- „14 lutego tajemniczy Walenty zaprosił mnie na randkę. Zamarłam, gdy zobaczyłam jego twarz za ogromnym bukietem róż”
- „Mąż na walentynki zamówił dla mnie bukiet 21 czerwonych róż. Zamarłam, gdy odkryłam, co to znaczy”