„W walentynki zaprosiłem dziewczynę na wytworną kolację. Chciałem spalić się ze wstydu, gdy zobaczyłem, w czym przyszła”
„Odwróciłem się do Pauliny, która stała wyprostowana, z dumnie uniesioną brodą. Czułem od niej ten specyficzny zapach »vintage« starej szafy i kurzu, którego nie da się wyprać. Albo to moja wyobraźnia podsuwała mi ten zapach ze wstydu”.

To miał być najważniejszy wieczór mojego życia. Walentynki, prestiżowa restauracja, moi wymagający rodzice i ona – kobieta, którą planowałem kochać do końca życia. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Ustaliłem menu, nawet wypolerowałem buty dwa razy.
Wszystko przygotowałem
Moja matka to kobieta, która potrafi zabić wzrokiem. Wychowała mnie w przekonaniu, że wizerunek to jedyne, co się liczy. „Jak cię widzą, tak cię piszą” – powtarzała, prasując moje skarpetki, kiedy miałem siedem lat. Mój ojciec był cichym wspólnikiem tej dyktatury perfekcji. Człowiek sukcesu, dla którego brak krawata przy niedzielnym obiedzie był równoznaczny z upadkiem cywilizacji.
Dlatego ta kolacja była dla mnie czymś więcej niż tylko walentynkowym spotkaniem. To był egzamin. Paulina była inna niż dziewczyny, z którymi się spotykałem. Nie była Kingą – moją eks, prawniczką z koneksjami, którą matka opłakiwała do dziś. Paulina była wolnym duchem. Malowała obrazy, uczyła dzieci ceramiki, śmiała się głośno i jadła pizzę rękami.
Kochałem to w niej, gdy byliśmy sami, ale kochać to w zaciszu kawalerki, a pokazać to rodzicom w najdroższej restauracji w mieście, to dwie różne sprawy. Tydzień wcześniej zrobiłem rezerwację. Musiałem uruchomić kontakty, żeby dostać stolik w Walentynki. Wybrałem to miejsce celowo. Białe obrusy, kryształy, kelnerzy w białych rękawiczkach. Chciałem stworzyć ramę, w której Paulina – nawet ze swoim artystycznym nieładem na głowie – będzie wyglądać jak diament.
Byłem zdenerwowany
Przyjechałem do restauracji pierwszy. Byłem kłębkiem nerwów. Sprawdzałem telefon co trzydzieści sekund. Rodzice mieli się spóźnić kwadrans – taktyczne zagranie matki, żeby zrobić „wejście”. Siedziałem więc przy stoliku, pijąc wodę mineralną, która kosztowała więcej niż mój godzinny zarobek, i układałem w głowie scenariusze.
Wątek Kingi był nieunikniony. Matka wspominała o niej przy każdej okazji. „A pamiętasz, jak Kinga pięknie dobrała apaszkę do torebki na weselu kuzynki?”, „Widziałam, że Kinga awansowała, taka ambitna dziewczyna”. Kinga była ich ideałem. Chłodna, wykalkulowana, zawsze ubrana w markowe garsonki, które wyglądały, jakby nigdy nie widziały zagniecenia. Paulina była jej przeciwieństwem. Była ciepłem, chaosem, kolorem.
Chciałem udowodnić rodzicom, że mój wybór jest właściwy. Że Paulina, mimo braku korporacyjnej kariery, ma klasę. Że można być artystką i odnaleźć się w wyższych sferach. To było dla mnie ważne, bo w głębi duszy, mimo trzydziestu lat na karku, wciąż byłem tym małym chłopcem, który chce dostać piątkę z plusem od mamusi.
Nie mogłem uwierzyć
Kiedy wibracja telefonu oznajmiła przyjście SMS-a od Pauliny: „Już parkuję!”, poczułem ucisk w żołądku. Poprawiłem mankiety koszuli. Wziąłem głęboki oddech. To jest ten moment. Drzwi restauracji otworzyły się. Wszedł najpierw starszy pan w płaszczu, a za nim ona. Wstałem z krzesła z uśmiechem, który zamarł mi na ustach w połowie drogi. Czas zwolnił. Widziałem, jak głowy gości przy sąsiednich stolikach obracają się w jej stronę. I nie były to spojrzenia pełne podziwu. To były spojrzenia typu: „Czy ta pani zgubiła drogę na festiwal Woodstock?”.
Paulina miała na sobie sukienkę. Ale nazwać to sukienką, to jak nazwać szałas apartamentowcem. To było coś w rodzaju workowatej tuniki w kolorze wyblakłej, brudnej brzoskwini. Materiał wyglądał na poliester z lat 80., który przeżył już niejedno pranie i niejedną imprezę w remizie.
Sukienka miała dziwny dół, który nie wyglądał na zamierzony, lecz na wynik błędu krawieckiego albo ataku moli. Na ramionach wisiały jakieś postrzępione koronki, a całość dopełniały ciężkie, skórzane buty, które wyglądały, jakby przed chwilą deptały błoto na placu budowy. Najgorsze jednak było to, że sukienka była na nią za duża w biuście, przez co odstawała, ukazując ramiączko stanika w jaskrawym, neonowym różu.
Wyglądała strasznie
Poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy. W tym wnętrzu, pełnym złota, weluru i ludzi w garniturach, Paulina wyglądała jak uboga krewna z prowincji, która przyszła prosić o pożyczkę.
– Cześć, kochanie! – zawołała głośno, machając do mnie z drugiego końca sali.
Podszedłem do niej szybkim krokiem, modląc się, by podłoga się rozstąpiła. Kelner, który odbierał od niej płaszcz miał wyraz twarzy, jakby podawano mu zdechłą rybę.
– Paulina… – wydusiłem, chwytając ją za łokieć, może nieco zbyt mocno. – Co ty masz na sobie?
Uśmiechnęła się promiennie, kompletnie nieświadoma mojego stanu przedzawałowego.
– Niesamowita, prawda? Znalazłam ją w vintage shopie. Kosztowała całe pięć złotych, wyobrażasz sobie? To autentyk z lat siedemdziesiątych! Sprzedawczyni nie wiedziała, co ma w koszu!
Pięć złotych. Moja dziewczyna przyszła na kolację, która będzie mnie kosztować tysiąc złotych, w sukience za cenę jednego batonika.
– Moi rodzice zaraz tu będą – rozejrzałem się nerwowo. – To jest restauracja. Tu obowiązuje dress code. Wyglądasz… jakbyś uciekła z planu filmu o hippisach.
Jej uśmiech lekko zbladł, ale w oczach pojawił się ten błysk buntu, który zwykle mnie kręcił, a teraz doprowadzał do szału.
– To jest vintage. Nie będę się przebierać za kogoś, kim nie jestem, tylko dlatego, że twoja matka ma kij w…
– Nie kończ – przerwałem jej ostro. – Proszę cię, zapnij chociaż ten dekolt. Widać ci bieliznę.
Byli oburzeni
W tym momencie drzwi otworzyły się ponownie. Moja matka wyglądała jak milion dolarów w starym, dobrym znaczeniu tego słowa. Idealnie ułożone włosy, perły. Ojciec w garniturze szytym na miarę. Ich wzrok natychmiast padł na nas. Widziałem ten moment skanowania. Matka prześwietliła mnie, a potem jej wzrok przesunął się na Paulinę. Jej oczy rozszerzyły się na ułamek sekundy, a potem zwęziły w dwie lodowate szparki. Usta zacisnęła w cienką linię. To był wyrok.
– Dobry wieczór – powiedziała chłodno. Nie przytuliła mnie. Podała mi rękę.
– Cześć, mamo. Cześć, tato.
Odwróciłem się do Pauliny, która stała wyprostowana, z dumnie uniesioną brodą. Czułem od niej ten specyficzny zapach „vintage” starej szafy i kurzu, którego nie da się wyprać. Albo to moja wyobraźnia podsuwała mi ten zapach ze wstydu.
– Mamo, tato, to jest Paulina – powiedziałem głosem, który brzmiał jak pisk myszy.
Matka zmierzyła ją wzrokiem, od ciężkich butów po postrzępioną koronkę na ramieniu.
– Ach, Paulina. Sławek tyle o tobie mówił – powiedziała tonem, który sugerował: „Niestety, nie wspomniał, że ubierasz się w śmietniku”.
– Miło mi państwa poznać – Paulina wyciągnęła rękę. Matka uścisnęła ją końcami palców, jakby bała się zarazków.
Wstydziłem się jej
Pierwsze piętnaście minut upłynęło na analizowaniu menu. Ojciec narzekał na korki, matka na pogodę. Ja milczałem, modląc się o cud, na przykład o nagły atak meteorytów. Paulina, ku mojemu przerażeniu, była całkowicie zrelaksowana.
– O, mają ślimaki! – zawołała entuzjastycznie. – Sławek, pamiętasz jak jedliśmy ślimaki na tym biwaku nad jeziorem? Te, które sami nazbieraliśmy?
– Słucham? – zapytała moja matka.
– No tak! – zaśmiała się Paulina. – Były pyszne, chociaż trochę piasku zgrzytało. Ale to natura, prawda?
– Kochanie, mamie chodzi o to, że to mogło być niebezpieczne – wtrąciłem szybko.
– Ależ skąd, Sławek ma żołądek ze stali. Przynajmniej wtedy miał, bo ostatnio ciągle narzeka na zgagę. To chyba od stresu w pracy – dodała z troską.
– Skoro o pracy mowa – ojciec odchrząknął, próbując zmienić temat. – Czym się pani zajmuje, pani Paulino? Sławek wspominał coś o… sztuce.
To było pytanie pułapka.
– Prowadzę warsztaty terapii przez sztukę – odpowiedziała z pasją. – I maluję. Głównie abstrakcje.
– Rozumiem – matka pokiwała głową z udawanym zainteresowaniem, a potem zadała cios. – A ta kreacja? To też jakiś element performance'u artystycznego? Czy może moda na recykling?
Zapadła cisza
Słyszałem bicie własnego serca. Spojrzałem na sukienkę Pauliny. W świetle kryształowych żyrandoli wyglądała jeszcze gorzej. Widać było zmechacenia na boku. Nagle poczułem falę gniewu na Paulinę. Dlaczego mi to zrobiła? Dlaczego nie mogła założyć czegoś normalnego? Dlaczego musiała przynieść ten swój „autentyzm” tutaj, gdzie liczyła się gra pozorów?
– To vintage, proszę pani – odpowiedziała Paulina spokojnie, choć widziałem, jak jej dłoń zaciska się na serwetce. – Lata siedemdziesiąte. Uważam, że ubrania mają duszę. Lepiej nosić coś z historią niż…
– Niż coś nowego i czystego? – przerwała jej matka z jadowitym uśmiechem. – Sławku, pamiętasz, jak Kinga zawsze dbała o prezencję? Prawnik musi wzbudzać zaufanie. Partnerka menedżera… cóż, też powinna.
To był cios poniżej pasa, porównanie do Kingi przy stole. Spojrzałem na Paulinę. Czekałem, aż wybuchnie, aż rzuci serwetką i wyjdzie, ale ona patrzyła na mnie. W jej oczach nie było złości na matkę. Było pytanie skierowane do mnie: „Czy staniesz w mojej obronie?”.
To był finał
Schowałem wzrok w talerzu z carpaccio.
– Mamo, jedzenie stygnie – mruknąłem tylko.
Widziałem, jak coś w Paulinie gaśnie. Ten blask, który miała, gdy weszła, zniknął. Stała się mniejsza. Skurczyła się w tej swojej za dużej, taniej sukience. Reszta kolacji była torturą. Matka subtelnie wbijała szpileczki. A to że materiał sukienki wygląda na łatwopalny, a to że w „tych czasach” trzeba uważać na higienę rzeczy używanych. Ojciec milczał, Paulina odpowiadała zdawkowo.
Gdy nadszedł czas deseru, stało się coś, co ostatecznie pogrążyło wieczór. Kelner, nalewając wodę, potrącił łokieć Pauliny. Odrobina czerwonego wina chlusnęła na jej brzoskwiniową sukienkę, tworząc ciemną plamę na udzie.
– O Boże! – krzyknęła Paulina, zrywając się.
– Nic się nie stało – powiedziała matka tonem, który mówił „a nie mówiłam”. – Przynajmniej na tym materiale plama nie zrobi dużej różnicy. I tak wygląda na zmęczony życiem. Może to dobry pretekst, żeby wreszcie kupić coś porządnego? Sławku, może powinieneś zabrać Paulinę do galerii handlowej? Kinga uwielbiała te butiki…
Wtedy pękłem
Cały ten wstyd, który dusiłem w sobie od godziny, musiał znaleźć ujście.
– Mamo, przestań! – warknąłem, ale zaraz odwróciłem się do Pauliny. – Ale mama ma rację, spójrz na siebie! Przyszłaś na kolację z moimi rodzicami w szmacie za pięć złotych! Wiedziałaś, jakie to dla mnie ważne! Wiedziałaś, że zależy mi na ich opinii! Czy ty w ogóle myślisz o kimś poza sobą i swoim artystycznym ego? Wyglądasz jak kloszardka!
Moi rodzice patrzyli na mnie z mieszanką szoku i… aprobaty? Tak, matka wyglądała na zadowoloną, że w końcu „zmądrzałem”. Plama z wina na sukience wydawała się teraz najmniejszym problemem. Paulina patrzyła na mnie, jakby widziała mnie po raz pierwszy w życiu. I nie podobało jej się to, co widzi.
– Myślałam, że zależy ci na mnie – powiedziała. – Na mnie, nie na wieszaku na ubrania, który możesz pokazać rodzicom.
– Zależy mi! – krzyknąłem, czując, że tracę grunt pod nogami. – Ale są pewne zasady! Jest coś takiego jak szacunek do sytuacji! Ta sukienka to brak szacunku! Dla mnie, dla nich!
Paulina powoli sięgnęła po torebkę.
– Kupiłam tę sukienkę, bo chciałam mieć na sobie coś, co niesie dobrą energię. Coś, co symbolizuje miłość, a nie metkę z ceną. Myślałam, że to będzie romantyczne. Ale masz rację, to był błąd. Nie pasuję tutaj. I ta sukienka też nie. Ona jest stworzona do prawdziwych emocji, a nie do teatru marionetek.
Zrozumiałem swój błąd
Odwróciła się na pięcie. Jej ciężkie buty stuknęły o parkiet.
– Rachunek zapłacisz ty. W końcu stać cię na wizerunek – rzuciła przez ramię i wyszła.
Siedziałem tam, patrząc na znikającą sylwetkę w brzoskwiniowej sukience. Czułem na sobie wzrok wszystkich. Matka odchrząknęła.
– No cóż – powiedziała, poprawiając serwetkę. – Może to i lepiej, synku. Ona była zbyt emocjonalna. Kinga nigdy by nie zrobiła takiej sceny. Zamówimy deser?
Spojrzałem na moją matkę. Na jej idealną fryzurę, idealną cerę, idealne perły. Spojrzałem na ojca, który unikał mojego wzroku. I nagle zobaczyłem ich. Byli piękni, bogaci i absolutnie puści. Byli jak ta restauracja – fasada, za którą nie kryło się żadne ciepło.
A ja byłem ich tworem. Małym snobem, który wstydził się kobiety z pasją, bo jej ubranie nie kosztowało połowy średniej krajowej. Paulina chciała przynieść „dobrą energię” na kolację z ludźmi, którzy wysysali energię z każdego wokół.
– Nie – powiedziałem, wstając.
– Słucham? – matka uniosła brew.
– Nie zamówimy deseru. Wychodzę.
Nie spodziewali się
– Sławku, nie wygłupiaj się. Ludzie patrzą – syknęła matka.
– Niech patrzą – rzuciłem na stół plik banknotów. – Wiesz co, mamo? Ta jej sukienka za pięć złotych miała więcej klasy niż ten twój kaszmirowy płaszcz. Bo była prawdziwa. A my jesteśmy tylko ładnie opakowani.
Wybiegłem z restauracji. Biegłem przez parking, rozglądając się za jej starym samochodem. Złapałem ją, gdy próbowała otworzyć drzwi swojego rozklekotanego forda. Płakała. W świetle jarzeniówek sukienka wyglądała jeszcze biedniej. I nigdy w życiu nie widziałem nic piękniejszego.
– Paulina! – krzyknąłem, dysząc ciężko.
– Odejdź, Sławek. Wracaj do mamusi. Pewnie już wybrała ci krawat na jutro – warknęła, szarpiąc klamkę.
Złapałem ją za ręce. Szarpała się, ale przyciągnąłem ją do siebie.
– Jestem idiotą – powiedziałem prosto w jej zapłakaną twarz. – Jestem skończonym, snobistycznym idiotą.
– Odkrywcze – prychnęła.
– Przepraszam. Nie chodziło o sukienkę. Chodziło o mnie. O to, że całe życie próbuję ich zadowolić. Że boję się, że jak nie będę idealny, to nikt mnie nie pokocha. I próbowałem ciebie wcisnąć w tę ramkę.
Byłem głupi
Paulina przestała się szarpać. Patrzyła na mnie podejrzliwie.
– Powiedziałeś im to?
– Powiedziałem im, że ta sukienka ma więcej klasy niż oni. I wyszedłem. Zostawiłem ich z rachunkiem… no, prawie, rzuciłem kasę na stół, ale nie zjadłem deseru!
Kącik jej ust drgnął.
– Nie zjadłeś sufletu czekoladowego? To poważna sprawa. Ty kochasz czekoladę.
– Kocham cię w tej sukience, w dresie, w worku po ziemniakach. Jeśli jeszcze raz każę ci się przebrać dla kogoś innego, masz prawo kopnąć mnie tymi ciężkimi buciorami.
Paulina westchnęła i wtuliła się we mnie. Poczułem, jak wilgoć z jej łez wsiąka w moją drogą marynarkę. Mam nadzieję, że zostanie plama.
– Ta sukienka naprawdę kosztowała pięć złotych – mruknęła w mój tors. – I naprawdę śmierdzi starym strychem. Wiem o tym.
– Śmierdzi okropnie – przyznałem ze śmiechem, całując ją w czubek głowy. – Ale to najpiękniejszy smród na świecie.
Tamtego wieczoru pojechaliśmy na kebaba. Ja w garniturze, ona w sukience z lumpeksu. I siedząc w tanim barze, z sosem czosnkowym kapiącym na moje wypolerowane buty, po raz pierwszy od lat czułem, że jestem we właściwym miejscu. Wybaczyła mi. Ale do dziś, kiedy idziemy na jakąś rodzinną imprezę, Paulina z uśmiechem pyta: „To co, Sławciu? Zakładam tę brzoskwiniową?”. To mi przypomina mi, że miłość nie ma metki. A wstydu nie należy mylić z miłością.
Sławomir, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Liczyłam na romantyczne walentynki, a on przywitał mnie w dresie. Byłam zażenowana”
- „Udawałam, że mam idealne życie. Bańka pękła, gdy sąsiadka nakryła mnie przy śmietniku”
- „Liczyłam, że po śmierci babci odziedziczę prawdziwą fortunę. Okazało się, że wszystko dała księdzu na remont kościoła”