„W walentynki znalazłam diamentowy kolczyk. Myślałam, że mąż szykuje niespodziankę, ale prawda zwaliła mnie z nóg”
„Kolczyk wciąż tam leżał. Wzięłam go do ręki. Oglądałam go pod światło. To nie była biżuteria z sieciówki. To było coś drogiego. Kto gubi taki kolczyk i nie wywraca domu do góry nogami? Tylko ktoś, kto uciekał w pośpiechu”.

Wszystko zaczęło się od światła. Zimą słońce wpada do naszej sypialni pod bardzo ostrym kątem, bezlitośnie obnażając każdy pyłek kurzu, którego nie zdążył wciągnąć nasz robot sprzątający. Leżałam jeszcze chwilę, patrząc na plecy Huberta. Oddychał równomiernie, głęboko. Jego ramię wystawało spod kołdry – to samo ramię, na którym opierałam się przez ostatnie osiem lat, wierząc, że jest moją opoką.
Nic nie podejrzewałam
Wstałam cicho, żeby go nie obudzić. Walentynki. W naszym domu nie obchodziliśmy ich jakoś hucznie – zazwyczaj kolacja w dobrej restauracji, kwiaty. Rutyna. Ale bezpieczna rutyna. Postawiłam stopę na puszystym, beżowym dywanie i wtedy to zobaczyłam. Mały, ostry błysk tuż przy nodze szafki nocnej. Odruchowo schyliłam się, myśląc, że to może cekin, który odpadł z mojej sukienki, albo szkiełko. Ale to nie było szkiełko.
Wzięłam przedmiot do ręki. Białe złoto, a w środku kamień, który rozszczepiał światło na tysiące tęczowych barw. Kolczyk. Sztyft z dość dużym brylantem. Moje serce na ułamek sekundy podskoczyło z radości. „Zgubiłeś prezent, zanim zdążyłeś mi go wręczyć?”. Uśmiechnęłam się do siebie, czując ciepło w klatce piersiowej. Może chciał mi go położyć na poduszce w nocy, ale zasnął?
Położyłam kolczyk na szafce nocnej, tuż obok jego telefonu. Postanowiłam zagrać w tę grę. Udam, że go nie widziałam. Niech ma swoją chwilę triumfu, kiedy „znajdzie” go i mi wręczy, albo kiedy wyciągnie z kieszeni eleganckie pudełeczko z kompletem.
Czekałam na więcej
Zeszłam do kuchni, uruchamiając ekspres. Hubert zszedł na dół piętnaście minut później. Był już ubrany.
– Cześć, kochanie – mruknął, całując mnie w czoło. – Wszystkiego najlepszego z okazji Walentynek.
Wręczył mi ogromny bukiet czerwonych róż. Były piękne, ale przewidywalne. Zamawiał je co roku z tej samej kwiaciarni, pewnie miał ustawione stałe zlecenie. Serce waliło mi jak młotem. Czekałam, aż sięgnie do kieszeni. Aż powie: „Słuchaj, Renia, zgubiłem coś na górze…”. Albo: „Mam dla ciebie coś jeszcze”.
– Dziękuję, są cudowne – powiedziałam, wstawiając je do wazonu. Moje dłonie drżały. – Ty nic dla mnie nie masz? Takiego… mniejszego?
Spojrzał na mnie znad filiżanki. Jego wzrok był czysty, niezmącony żadnym cieniem winy. To mnie przeraziło najbardziej.
– Mniejszego? – zaśmiał się. – Zarezerwowałem stolik na dziewiętnastą. To nasz prezent. Czas dla nas.
Zamarłam. Nie było pudełka. Nie było „Ups, zgubiłem prezent”. To oznaczało jedno. Kolczyk, który leżał na górze, na szafce nocnej, nie był dla mnie. I Hubert nie wiedział, że tam jest.
Wszystko zrozumiałam
– Wszystko w porządku? – zapytał, dopijając kawę. – Jakaś jesteś blada.
– Tak, tak – wydukałam. – Po prostu… myślałam, że może kupiłeś mi biżuterię.
– Biżuterię? – zmarszczył brwi. – Przecież kupiłem ci naszyjnik na święta. Umówiliśmy się, że teraz oszczędzamy na wyjazd na Malediwy, pamiętasz?
Wyszedł chwilę później. Zostałam sama w wielkim, cichym domu, z różami, które nagle wydały mi się żałobnym wieńcem. Wbiegłam na górę. Kolczyk wciąż tam leżał. Wzięłam go do ręki, tym razem bez czułości. Oglądałam go pod światło. To nie była biżuteria z sieciówki. To było coś drogiego. Kto gubi taki kolczyk i nie wywraca domu do góry nogami? Tylko ktoś, kto uciekał w pośpiechu.
Usiadłam na łóżku. Spojrzałam na pościel. Była zmieniona wczoraj rano przez panią Halinkę. Ja wczoraj wróciłam późno. Hubert był w domu od 18. Twierdził, że oglądał mecz i pracował na laptopie. Wizja zaczęła się krystalizować w mojej głowie, bolesna i ostra jak tłuczone szkło. Ktoś tu był wczoraj wieczorem, kiedy ja użerałam się z pracą od płytek, mój mąż… Nie, to niemożliwe.
Odkryłam prawdę
Zbliżyłam twarz do poduszki Huberta. Pachniała nim, ale pod spodem, w materii poszewki, wyczułam coś jeszcze. Słodką, ciężką nutę wanilii i jaśminu. To nie były moje perfumy. Miałam dowód. Mieliśmy gościa. Kobietę. W naszym łóżku. Dzień przed Walentynkami.
Pojechałam do pracy, ale nie byłam w stanie skupić się na robocie. Cały czas myślałam o tej nucie wanilii. Skądś ją znałam. Ten zapach był mi dziwnie bliski, kojarzył się z czymś… przyjacielskim? O 13 miałam przerwę na lunch. Zazwyczaj jadałam go z Izą, moją wspólniczką, albo z… Zamarłam z widelcem w połowie drogi do ust. Paulina.
Dziewczyna, którą zatrudniłam rok temu zaraz po studiach. Zdolna, ambitna. Traktowałam ją niemal jak młodszą siostrę. Pomagałam jej wybierać ubrania, doradzałam w sprawach sercowych, a nawet… zapraszałam do domu. Paulina wczoraj wyszła z biura o 17:30. Powiedziała, że ma randkę. Uwielbiała luksusowe marki, na które nie było jej stać, i często kupowała podróbki albo polowała na okazje w vintage shopach.
Wyciągnęłam telefon. Weszłam na Instagram. Stories Pauliny. Kółeczko świeciło się na kolorowo. Kliknęłam. Zdjęcie z wczorajszego wieczoru. Tylko kieliszek wina na tle rozmytego kominka. Poznałam ten kominek. To był nasz kominek.
Kupił jej kolczyki
Przyjrzałam się zdjęciu jeszcze raz. Zrobiła je tak, żeby nie było widać zbyt wiele pokoju, ale ja znałam każdy centymetr mojego domu. Kąt padania światła, faktura podłogi. Była u mnie. Piła wino z mojego kieliszka. Z moim mężem. Jaka ja byłam głupia. Wiedziałam już kto, wiedziałam gdzie, wiedziałam kiedy, ale potrzebowałam wiedzieć jak długo i jak bardzo.
Hubert był ostrożny, ale nie był geniuszem zbrodni. Sprawdziłam konto bankowe. Nic. Czysto. Ale Hubert miał jeszcze kartę kredytową, do której nie miałam dostępu. A przynajmniej tak myślał. Kiedyś, lata temu, poprosił mnie o zeskanowanie dokumentów do banku. Hasło do PDF-a było datą urodzenia jego matki.
Spróbowałam zalogować się do bankowości elektronicznej, używając tego hasła. Nie zadziałało. Spróbowałam daty naszego ślubu. Nie. Spróbowałam daty urodzenia Pauliny. Wiedziałam, bo kupowałam jej tort dwa miesiące temu. Zalogowano pomyślnie. W historii transakcji: kolczyki za 12 tysięcy złotych. Szybko sprawdziłam cenę modelu, który znalazłam. Zgadzało się.
Miałam dowody
Czułam się, jakbym oglądała film o czyimś życiu. Chłodna analiza, zbieranie dowodów. Emocje zamknęłam w szczelnej skrzyni na dnie umysłu. Miałam plan. Walentynkowa kolacja miała być spektaklem.
Wróciłam do domu wcześniej. Musiałam się przygotować. Ubrałam się w moją najlepszą sukienkę. Zrobiłam makijaż – mocniejszy niż zwykle. Czerwona szminka. Włosy upięłam wysoko. Wyjęłam z szafki znaleziony kolczyk. Włożyłam go do prawego ucha. W lewym nie miałam nic. Wyglądało to asymetrycznie, prowokująco. Dziwnie. Czekałam. O 18:30 Hubert wszedł do domu. Niósł kolejne pudełko – tym razem z czekoladkami.
– Wow – gwizdnął na mój widok. – Wyglądasz… oszałamiająco.
Podszedł, żeby mnie pocałować. Uchyliłam się lekko, nadstawiając policzek.
– Gotowa? – zapytał, nie zauważając chłodu.
– Prawie. Czekam tylko, aż zauważysz jeden szczegół.
Odsunął się i spojrzał na mnie. Jego wzrok błądził po mojej sylwetce, aż w końcu zatrzymał się na mojej twarzy. A potem przesunął się na prawe ucho. Zobaczyłam ten moment. Ten ułamek sekundy, w którym jego mózg przetworzył informację. Źrenice mu się rozszerzyły. Skóra poszarzała w mgnieniu oka. Uśmiech zamarł w groteskowym grymasie.
Rozpoznał go
– Renia… – zaczął, a głos mu się załamał. – Skąd… to masz?
– Znalazłam przy łóżku – powiedziałam spokojnie. – Pomyślałam, że to prezent. Ale wiesz co jest zabawne? Nie pasuje do niczego, co mam. I jest tylko jeden. Gdzie jest drugi?
Mój mąż przełknął ślinę. Widziałam, jak trybiki w jego głowie pracują na najwyższych obrotach, szukając kłamstwa, które mogłoby go uratować.
– To… miało być… Kochanie, to skomplikowane. Kupiłem go dla ciebie, ale zgubiłem jeden w biurze i… bałem się przyznać.
– W biurze? – uniosłam brew. – Zgubiłeś go w biurze, ale znalazłam go przy naszym łóżku?
– Przyniosłem go do domu! W kieszeni! Musiał wypaść, jak się przebierałem!
– A hasło do banku? – przerwałam mu. – Też ci wypadło z kieszeni? Data urodzenia Pauliny?
To był nokaut.
– Sprawdzałaś moje konto?
– Sprawdzałam, na co wydajesz nasze pieniądze. I wiesz co, sprawdziłam też Instagrama Pauliny. Ładny mamy kominek, prawda? Bardzo fotogeniczny.
Byłam wściekła
Hubert milczał. Jego arogancja wyparowała. Został tylko mały, przerażony chłopiec przyłapany z ręką w słoiku z ciastkami.
– To się skończyło – wypalił. – Renata, przysięgam. Wczoraj… to było pożegnanie. Dlatego dałem jej ten prezent. Na pożegnanie. Żeby odeszła z pracy i z naszego życia.
Patrzyłam na niego z niedowierzaniem.
– Dałeś jej diamenty na pożegnanie? W naszym łóżku? Czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz?
To był koniec. Wiedziałam to w tamtej chwili. Nie było powrotu. Nie mogłam „odzobaczyć” tego kolczyka, „odwiedzieć” o haśle, „odpoczuć” zapachu jej perfum na mojej poduszce. Wszystkie te lata, budowa domu, plany wakacyjne, zaufanie – wszystko runęło jak domek z kart zdmuchnięty przez jeden mały, lśniący kamień.
– Wyjdź – powiedziałam cicho.
– Renia, proszę, porozmawiajmy. Mamy rezerwację…
– Wyjdź! – wrzasnęłam tak głośno, że aż zabolało mnie gardło.
Chwyciłam wazon z różami i rzuciłam nim o podłogę. Woda i szkło rozbryznęły się po całej kuchni. Hubert się wycofał. Wziął kluczyki i wyszedł, nie mówiąc słowa.
Zostałam sama
Wyjęłam kolczyk z ucha. Kłuł mnie. Był obcy. Zadzwoniłam do Pauliny. Odebrała po drugim sygnale, wesołym głosem.
– Cześć Renata! Co tam? Potrzebujesz czegoś na jutro?
Jej bezczelność odebrała mi mowę na sekundę.
– Wiem o wszystkim – powiedziałam lodowatym tonem. – O Hubercie, o kolczykach, o wczorajszym wieczorze u mnie w domu.
Cisza.
– Nie pokazuj się jutro w pracy. Twoje rzeczy spakuje asystentka i wyśle kurierem. Jeśli spróbujesz się ze mną skontaktować, zniszczę cię w tej branży. Znam każdego w tym mieście. Powodzenia.
Rozłączyłam się. Były Walentynki. Miałam na sobie drogą sukienkę, w dłoni diament, a w sercu dziurę wielkości krateru. Najgorsze w tym wszystkim nie było to, że mnie zdradził.
Najgorsze było to, że patrząc na ten kolczyk, uświadomiłam sobie, że Marek miał lepszy gust, wybierając biżuterię dla kochanki, niż dla własnej żony. Kupił jej coś nowoczesnego, odważnego. Dla mnie zawsze wybierał bezpieczną klasykę. Przy niej był kimś innym. Kimś, kogo chyba nigdy tak naprawdę nie znałam.
Renata, 40 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na stażu biegałam po pączki z nadzieniem różanym dla szefa. Moje ambicje topniały jak lukier, ale do czasu”
- „Zamieniłem Zakopane na ferie w szwajcarskich Alpach i szybko pożałowałem. Nawet luksusowy kurort nie spełnił oczekiwań”
- „W walentynki liczyłam na romantyczne sceny rodem z harlekina. A w jeden dzień mąż przekreślił 10 lat wspólnego życia”