Reklama

Mój mąż Darek to typ faceta, o którym marzy każda matka dla swojej córki. Solidny. To chyba najlepsze słowo. Jest jak fundament pod dom – niewidoczny, ale niezbędny, żeby wszystko się nie zawaliło.

Mąż mnie nudził

Przynosi wypłatę, wynosi śmieci bez przypominania, pamięta o imieninach mojej mamy i zawsze pyta, jak mi minął dzień. Jest bezpieczną przystanią, ale problem z przystaniami jest taki, że statki nie są budowane po to, by w nich żyć. Czasem chcesz wypłynąć na sztorm, tylko po to, żeby sprawdzić, czy kadłub wytrzyma.

Nasze małżeństwo od roku przypominało letnią zupę. Nie była niedobra, po prostu bez smaku. Brakowało mi powietrza. Czułam się jak zamknięta w szklanym słoiku, w którym jest ciepło i bezpiecznie, ale powoli kończy się tlen. Zaczęłam zauważać u siebie dziwne objawy. Irytowało mnie, jak głośno miesza herbatę. Denerwowało mnie, że zawsze układa skarpetki kolorami.

Szukałam dziury w całym, żeby usprawiedliwić ten narastający we mnie chłód. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to nie wina Darka. To ja byłam problemem. Ja i moja desperacka potrzeba poczucia, że wciąż jestem atrakcyjna, pożądana, dzika. Że nie jestem tylko żoną Darka i menadżerką w korporacji.

Tomek pojawił się w dziale marketingu trzy miesiące temu. Nie był przystojny w klasycznym tego słowa znaczeniu. Miał nieco krzywy nos, jakby kiedyś oberwał. Był całkowitym przeciwieństwem mojego męża. Chaotyczny, głośny, pachnący drogą wodą kolońską i papierosami.

Flirtował ze mną

To był typowy biurowy flirt, który ma osłodzić osiem godzin siedzenia przed monitorem.

– Ładna sukienka. Podkreśla to, co powinna – rzucił kiedyś, mijając mnie na korytarzu.

Zastygłam. Darek od miesięcy nie skomentował mojego ubioru, chyba że pytał, czy nie zmarznę. Tomek patrzył na mnie inaczej. Nie jak na koleżankę z pracy. Jak bardzo mi tego brakowało!

Zaczęliśmy chodzić razem na lunche. Potem kawa o 10, potem kolejna o 14. Nasze rozmowy szybko zeszły z tematów zawodowych na prywatne. Narzekał na swoją byłą dziewczynę, ja subtelnie dawałam do zrozumienia, że w domu wieje nudą. To jest ten moment, w którym powinnam była postawić granicę. Włączyć hamulec ręczny. Ale zamiast tego, wciskałam gaz.

Czułam się przy nim jak nastolatka. Kiedy przychodziło powiadomienie na telefon, moje serce przyspieszało, mając nadzieję, że to on wysyła jakiegoś dwuznacznego GIF-a. Ta gra mnie nakręcała. Czułam, że żyję. W domu byłam zmęczoną żoną w dresie, w biurze – seksowną kobietą sukcesu, która prowadzi niebezpieczną grę z facetem.

Potrzebowałam odmiany

Tydzień przed Walentynkami atmosfera między nami zgęstniała tak bardzo, że można ją było kroić nożem. Zostaliśmy dłużej w biurze, żeby dopiąć prezentację dla klienta. Za oknem Warszawa tonęła w deszczu i szarości, a my siedzieliśmy w przeszklonej salce konferencyjnej.

– Wiesz, że marnujesz się w tym poukładanym życiu? – zapytał nagle.

– Co masz na myśli? – zapytałam, choć doskonale wiedziałam.

– Widzę to w tobie. Jesteś warta więcej niż wieczory przed telewizorem.

Pochylił się i poprawił mi włosy, które wymknęły się z koka. Prąd przeszedł przez całe moje ciało. Odsunęłam się gwałtownie.

– Tomek, nie mogę. Mam męża.

Uśmiechnął się tylko kącikiem ust.

– Mąż to nie strażnik więzienny. A my tylko rozmawiamy.

Wróciłam wtedy do domu roztrzęsiona. Powinnam była powiedzieć Darkowi. Powinnam była poprosić szefa o zmianę projektu. Zrobiłam coś zupełnie innego – kupiłam nową, koronkową bieliznę. Wmawiałam sobie, że to dla męża, na Walentynki, ale w głębi duszy wiedziałam, czyje oczy chciałam na niej poczuć.

Grałam w jego grę

Nadszedł 14 lutego. Darek od rana był podekscytowany. Wysłał mi zdjęcie bukietu róż i napisał: „Stolik w naszej włoskiej knajpce zarezerwowany na 19. Kocham Cię, Misiu”. Poczułam ukłucie w żołądku. "Misiu". Jak ja nienawidziłam tego zdrobnienia. Było tak infantylne. W pracy Tomek ignorował mnie przez pół dnia. Grał w tę swoją grę „przyciągnij i odepchnij”. Dopiero około 15 podszedł do mojego biurka.

– Słuchaj, szef chce, żebyśmy przejrzeli te raporty sprzedażowe. Mówi, że to pilne na jutro rano. Zostajemy?

Patrzyłam na niego i wiedziałam, że żadnych raportów nie trzeba przeglądać. To pretekst. Mój mózg krzyczał: „Wracaj do domu! Idź na kolację z mężem!”, ale moje ciało już dawno podjęło decyzję. Wyciągnęłam telefon. Wybrałam numer Darka. Ręce mi się nie trzęsły. Głos miałam spokojny, wręcz profesjonalny.

– Kochanie, strasznie mi przykro. Sypnęło się coś w projekcie. Muszę zostać. Nie wiem, do której.

– Ojej… – w jego głosie słyszałam autentyczny smutek. – No trudno. Przełożymy to? Może poczekam z kolacją w domu?

– Nie czekaj. Zjedz sam. Będę późno, przepraszam.

Chciałam tego

Rozłączyłam się. Czułam się brudna, a jednocześnie niesamowicie wolna. Klamka zapadła. Biuro opustoszało około 18. Zostaliśmy tylko my i ochroniarz na dole. Rozmowa kleiła się inaczej niż zwykle. Nie było już żartów. Było napięcie. Czułam, jak znikają kolejne warstwy mojej samokontroli.

– Myślisz o nim teraz? – zapytał nagle, przysuwając się bliżej.

– Nie – skłamałam.

Myślałam. Myślałam o tym, jak bardzo go krzywdzę, i to sprawiało, że czułam się jeszcze bardziej zepsuta. To było jak autodestrukcja. Chciałam zniszczyć to dobre życie, żeby zobaczyć, co zostanie na zgliszczach.

– To dobrze – szepnął. – Bo ja myślę tylko o tym, jak dobrze wyglądasz w tej spódnicy.

Nie czekał na moją reakcję. Pocałował mnie. Wszystkie miesiące frustracji, nudy, bycia grzeczną Anetką eksplodowały w jednej sekundzie. Pikantność tej sytuacji, świadomość, że sprzątaczka może wejść w każdej chwili, że mój mąż w tym czasie ogląda serial, czekając na mnie – to wszystko działało. Chciałam przestać decydować, kontrolować budżet domowy i planować wakacje. Chciałam po prostu czuć.

Czułam się okropnie

W tamtej chwili nie miałam wyrzutów sumienia. Byłam w innej rzeczywistości. Byłam kimś innym. Kobietą, która bierze to, czego chce, bez pytania o konsekwencje. A potem wróciła rzeczywistość, uderzając mnie w twarz jak mokra szmata. Czar prysł.

– Zamówić ci Ubera? – zapytał Tomek.

Spojrzałam na siebie w odbiciu szyby. Rozmazana szminka, potargane włosy, brak jednego guzika. Wyglądałam jak wrak.

– Nie, sama zamówię – wychrypiałam.

Wyszłam z biura, czując pieczenie pod powiekami. W taksówce próbowałam doprowadzić się do porządku. Wycierałam chusteczkami nawilżanymi szyję, modląc się, żeby zapach jego perfum zniknął. Czułam się pusta. Ta chwila euforii, dla której zaryzykowałam wszystko, trwała może dwadzieścia minut. A teraz zostałam z brudem, którego nie da się zmyć.

Patrzyłam na światła miasta przesuwające się za szybą i pierwszy raz dotarło do mnie znaczenie słowa „nieodwracalne”. Nie mogłam cofnąć czasu. Nie mogłam wymazać tego dotyku. Stałam się jedną z tych kobiet, którymi zawsze gardziłam, czytając plotkarskie portale. Zdrajczynią.

Nienawidziłam siebie

Kiedy przekręcałam klucz w zamku, serce waliło mi tak mocno, że bałam się, że Darek usłyszy je przez drzwi. Weszłam. W mieszkaniu pachniało lasagne. Na stole w salonie stały dwie świece, już w połowie wypalone, i bukiet czerwonych róż. Darek spał na kanapie z pilotem w ręku. Obudził się, gdy tylko postawiłam torebkę.

– Kochanie! Już jesteś – zerwał się, przecierając oczy. Nie było w nim złości. Była tylko troska. – Biedactwo, tak długo was męczyli. Jesteś głodna? Odgrzeję ci.

Podszedł do mnie, żeby mnie przytulić. Odruchowo się cofnęłam. To był błąd. Zauważył to.

– Co się stało? – zapytał, marszcząc brwi.

– Nic, przepraszam… jestem po prostu wykończona. I… czuję się spocona, nieświeża. Muszę wziąć prysznic – wyrzuciłam z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego.

Pobiegłam do łazienki. Zamknęłam się na klucz. Odkręciłam wodę na full. Dopiero wtedy pozwoliłam sobie na płacz. Szorowałam ciało gąbką tak mocno, że skóra zrobiła się czerwona. Chciałam zedrzeć z siebie dotyk Tomka. Chciałam zmyć ten błąd, ale woda spłukiwała tylko mydło. Poczucie winy osadziło się gdzieś głębiej, pod skórą, w kościach.

Mam wyrzuty sumienia

Kiedy wyszłam, Darek czekał z herbatą.

– Zrobiłem ci z cytryną i miodem. Na wzmocnienie.

Patrzyłam na ten kubek, na jego uśmiechniętą twarz, i miałam ochotę zadawałam sobie pytania. Jak mogłam zamienić tego człowieka, który zna mnie na wylot i robi mi herbatę, na egoistycznego gościa z biura, dla którego byłam tylko sposobem na nudę?

Minął tydzień. Darek nic nie wie. Myśli, że jestem ostatnio spięta przez pracę. Próbuje mnie relaksować, proponuje masaż stóp, kupuje moje ulubione czekoladki. Każdy jego gest miłości jest jak policzek. Każde „kocham cię” sprawia, że mam ochotę zapaść się pod ziemię.

Z Tomkiem widujemy się codziennie. W biurze udajemy, że nic się nie stało. Oficjalnie. Ale widzę te jego spojrzenia. Czasem puszcza do mnie oko, kiedy nikt nie patrzy. Dla niego to była przygoda, trofeum. Dla mnie – moment, w którym pękło moje życie.

Najgorszy jest strach, że kiedyś zostawiłam włączony telefon, a Tomek coś napisze. Że ktoś z biura nas widział wychodzących o różnych porach, ale z tym samym wyrazem twarzy. Że zapach tamtego wieczoru wciąż unosi się na mojej garsonce. Nie powiem mu. Podjęłam decyzję. Prawda oczyściłaby moje sumienie, ale zabiłaby jego. Zniszczyłaby jego wiarę w ludzi, w nas, w miłość. Jestem skazana na życie z tym sekretnym ciężarem. To moja pokuta.

Aneta, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama