Reklama

Pamiętam ten wieczór bardzo dokładnie. Siedzieliśmy w kuchni przy stole, na którym stygła niedojedzona kolacja. Powietrze było gęste od niewypowiedzianych pretensji. Poszło o drobiazg, jak zwykle. Chyba o to, że Paweł znowu zostawił otwartą tubkę pasty do zębów, albo że ja zapomniałam opłacić rachunek za internet w terminie. To nie miało znaczenia.

Nie chciałam awantur

Ważne było to, że od kilku miesięcy nasze rozmowy przypominały stąpanie po polu minowym. Każde słowo mogło stać się zapalnikiem.

– Jestem tym zmęczony – powiedział wtedy Paweł. – Wrastamy w schemat, którego nienawidzę. Krzyczymy na siebie o byle co, a potem przez dwa dni milczymy.

Miał rację. Nasz dom, który kiedyś był azylem, stał się areną nieustannych potyczek. Zaczął się Wielki Post. Nie jesteśmy jakoś przesadnie religijni, ale tradycja zawsze była dla nas ważna. Pomyślałam, że to dobry moment na symboliczny reset.

– Zróbmy postanowienie – zaproponowałam, patrząc na jego zmęczoną twarz. – Żadnych kłótni do Wielkanocy. Żadnego podnoszenia głosu, żadnych złośliwości. Jeśli coś nas wkurzy, bierzemy trzy głębokie oddechy i rozmawiamy spokojnie albo odkładamy temat na później.

Paweł spojrzał na mnie z nadzieją, która niemal złamała mi serce. Zgodził się bez wahania. Uścisnęliśmy sobie dłonie jak biznesmeni dobijający targu życia.

Było nam ciężko

Pierwsze dni były zaskakująco łatwe, wręcz euforyczne. Chodziliśmy wokół siebie na palcach, uśmiechaliśmy się z przesadną uprzejmością. Wmawiałam sobie, że tak wygląda normalność, o której zapomnieliśmy. Paweł wynosił śmieci bez przypominania, ja robiłam mu kanapki do pracy. Sielanka. A przynajmniej tak to wyglądało z zewnątrz.

Problemy zaczęły się w drugim tygodniu, i to nie w domu, ale w mojej firmie. W naszym dziale pojawiła się nowa kierowniczka. Kobieta kompetentna, ale wprowadzająca chaos organizacyjny, który doprowadzał mnie do szału. Zmieniała terminy projektów z dnia na dzień, gubiła dokumenty, a winą za opóźnienia obarczała zespół. Wracałam do domu jak tykająca bomba.

Zwykle w takich momentach wylewałam swoje żale Pawłowi. On słuchał, czasem doradził, czasem po prostu przytulił, a czasem – co też się zdarzało – powiedział coś, co mnie denerwowało, i kończyliśmy wieczór małą sprzeczką, która jednak oczyszczała atmosferę. Teraz jednak mieliśmy pakt.

Kumulowałam złość

Weszłam do domu po fatalnym wtorku, rzuciłam torebkę na fotel i chciałam krzyknąć, że mam dość korporacyjnych gierek. Zobaczyłam jednak Pawła, który w skupieniu naprawiał cieknący kran. Przypomniałam sobie naszą umowę.

– Jak w pracy, kochanie? – zapytał, nie odrywając wzroku od uszczelki.

– Dobrze – skłamałam przez zaciśnięte zęby. – Wszystko w porządku.

To było pierwsze kłamstwo. Potem posypały się kolejne. Nie mówiłam mu, że martwię się o wyniki badań mojej mamy. Nie mówiłam, że nasz syn, szesnastoletni Kacper, ma kłopoty z matematyką i grozi mu jedynka na koniec roku, bo bałam się, że rozmowa o ocenach syna doprowadzi do spięcia. Przecież zawsze mieliśmy odmienne zdanie na temat tego, jak motywować go do nauki. Paweł był zwolennikiem rygoru, ja – rozmowy.

Unikając kłótni, unikałam też trudnych tematów. Nasz dom powoli zamieniał się w muzeum figur woskowych. Wszystko było na swoim miejscu, panował idealny porządek, ale brakowało w tym życia.

Pewnego wieczoru, gdy oglądaliśmy film, Paweł zaczął chrupać chipsy. To był dźwięk, którego nienawidziłam od lat. Zwykle powiedziałabym: „Możesz jeść ciszej? Zagłuszasz dialogi”. Tym razem jednak spojrzałam na niego, wzięłam głęboki wdech i milczałam. W środku jednak gotowało się we mnie. Czułam fizyczny ból w skroniach. Moja irytacja, niemogąca znaleźć ujścia w słowach, zaczęła zamieniać się w bierną agresję.

Syn wyczuł zmianę

Kiedy poprosił o herbatę, zrobiłam ją, ale „przypadkiem” zapomniałam posłodzić, choć wiedziałam, że pije z dwiema łyżeczkami cukru. Kiedy zapytał, gdzie są jego niebieskie spodnie, udałam, że nie słyszę, zmuszając go do samodzielnego szukania w stercie prania. To były małe szpilki, które wbijałam mu z uśmiechem na ustach.

W połowie Wielkiego Postu atmosfera w domu była tak gęsta, że można ją było kroić nożem. Paweł też się zmienił. Stał się wycofany, małomówny. Wcześniej, gdy wracał z pracy, opowiadał o kolegach, o korkach na mieście, o polityce. Teraz rzucał krótkie komunikaty: „Kup chleb”, „Wyprowadzę psa”, „Idę spać”.

Unikaliśmy kontaktu wzrokowego. Nasze postanowienie o „niekłóceniu się” zmutowało w postanowienie o „niemówieniu do siebie niczego istotnego”. Najbardziej cierpiał na tym Kacper. Nastolatki mają wbudowany radar na fałsz. Pewnego dnia przy obiedzie, który jedliśmy w nienaturalnej ciszy, syn nagle rzucił widelcem o talerz. Brzęk porcelany sprawił, że aż podskoczyłam.

– O co wam chodzi? – zapytał, patrząc to na mnie, to na ojca.

– O nic, synku. Jemy obiad – odpowiedziałam łagodnie, siląc się na spokój.

– Nie, nie jecie obiadu. Wy udajecie – parsknął. – Zachowujecie się jak roboty. Tato nie żartuje z twoich ziemniaków, ty nie narzekasz, że tato siorbie. To jest przerażające. Czy wy się rozwodzicie?

Miałam już dosyć

Zamarłam. Spojrzałam na Pawła. On też był w szoku.

– Skąd ten pomysł? – Paweł odstawił szklankę. – Po prostu staramy się być dla siebie milsi.

– To nie jest bycie miłym – skwitował Kacper, wstając od stołu. – To jest bycie obcym. Wolę, jak się drzecie, bo wtedy przynajmniej wiem, o co chodzi. Teraz jest jak w horrorze.

Wyszedł, trzaskając drzwiami. To był pierwszy sygnał alarmowy, którego nie powinnam była zignorować. Ale zignorowałam. Duma nie pozwalała mi przyznać, że nasz eksperyment ponosi klęskę. Chciałam wytrwać do Wielkanocy. Chciałam udowodnić sobie i jemu, że potrafimy nad sobą panować.

Kulminacja nastąpiła tydzień przed świętami. Sobota, dzień wielkich porządków. Zawsze był to czas newralgiczny. Paweł nienawidził mycia okien, ja nienawidziłam jego podejścia do odkurzania. Od rana czułam napięcie. Szefowa w pracy dołożyła mi obowiązków, więc musiałam zabrać laptopa do domu i pracować w weekend, co kolidowało z planami sprzątania.

Paweł krzątał się po kuchni, próbując przygotować świąteczny pasztet, na który przepis wziął od swojej matki. Teściowa to był kolejny zapalny punkt. Około południa zadzwonił telefon. Odebrałam. To była ona.

– Edytko, mam nadzieję, że Pawełek pamięta, żeby dodać gałkę muszkatołową do pasztetu? – jej głos w słuchawce był słodki jak lukier, ale jadowity.

– Przekażę mu, mamo – odpowiedziałam, czując, jak ciśnienie mi skacze.

Nie wytrzymaliśmy

Poszłam do kuchni. Wyglądała jak pobojowisko. Mąka na blacie, brudne miski w zlewie, a Paweł stał pośrodku tego chaosu, wpatrzony w tablet z meczem, zamiast pilnować piekarnika, z którego zaczynał wydobywać się swąd. Normalnie krzyknęłabym: „Co ty robisz?! Spalisz kuchnię! A twoja matka właśnie dzwoniła z kolejnymi złotymi radami!”. Ale nie. Wzięłam wdech. Jeden, drugi, trzeci.

– Kochanie – powiedziałam lodowatym tonem. – Coś chyba się przypala.

Paweł drgnął, spojrzał na piekarnik i rzucił się do ratowania pasztetu. Wyciągnął foremkę. Była czarna jak węgiel.

– A niech to! – wyrwało mu się. Spojrzał na mnie, czekając na awanturę.

Ja jednak stałam i patrzyłam. Moje milczenie było gorsze niż krzyk. Było pełne pogardy. Widziałam w jego oczach, jak bardzo go to boli.

– Powiedz coś! – warknął nagle. – No powiedz! Że jestem niezdarą, że zmarnowałem mięso, że znowu nic mi nie wyszło! Krzycz na mnie!

– Umówiliśmy się – odpowiedziałam spokojnie, choć w środku trzęsłam się jak galareta. – Nie będę krzyczeć. Posprzątaj to, proszę. Ja muszę pracować.

Odwróciłam się na pięcie i wyszłam do sypialni. Usiadłam przed komputerem, ale litery na ekranie rozmywały mi się przed oczami. Słyszałam, jak Paweł rzuca garnkami w kuchni. Nie sprzątał. Ciskał nimi. To nie była kłótnia, to była erupcja frustracji.

Chciał wyjechać

Godzinę później wszedł do sypialni. Miał czerwone oczy, był brudny od sadzy i mąki.

– Nie mogę tak dłużej – powiedział cicho. – To nie jest małżeństwo. To jest zimna wojna. Wyprowadzam się do rodziców na kilka dni. Muszę odpocząć od tej ciszy.

Serce podeszło mi do gardła. Tego nie było w scenariuszu. Mieliśmy się mniej kłócić, żeby być bliżej siebie, a nie żeby się rozstać.

– Paweł, przestań. Przecież nam wychodzi… – zaczęłam, ale on przerwał mi gestem dłoni.

– Nic nam nie wychodzi. Staliśmy się dla siebie obcy. Tęsknię za tobą. Tęsknię za tą Edytą, która rzuca we mnie poduszką, jak powiem głupi żart. Tęsknię za emocjami. Teraz czuję się, jakbym mieszkał z lustrem, które tylko odbija moje błędy, ale nic nie mówi.

Wziął torbę i zaczął pakować rzeczy. Wpadłam w panikę. Cała ta tama, którą budowałam przez tygodnie, pękła.

– Nigdzie nie idziesz! Zostawiasz mnie samą z tym całym bajzlem przed świętami?! Z brudnymi oknami, z twoim spalonym pasztetem i matką na telefonie?!

Pokłóciliśmy się

Paweł zamarł z koszulą w ręku. Odwrócił się powoli. Jego twarz wyrażała absolutne zdumienie.

– I co się tak gapisz?! – kontynuowałam, nie mogąc już przestać. Łzy ciekły mi po policzkach. – Myślisz, że mi jest łatwo? Myślisz, że lubię dusić w sobie każde słowo? W pracy mam piekło, nowa szefowa mnie wykańcza, Kacper ma zagrożenie z matmy, a ja nie mogę ci o tym powiedzieć, bo boję się, że zaczniemy się kłócić o metody wychowawcze! Mam dość tego postu! Mam dość udawania świętej!

Usiadłam na łóżku i schowałam twarz w dłoniach, szlochając bezradnie. Czułam się pokonana. Złamałam obietnicę. Krzyczałam, przeklinałam los. Wszystko poszło na marne. Poczułam, jak materac ugina się pod ciężarem. Paweł usiadł obok mnie.

– Kacper ma zagrożenie z matmy? – zapytał w końcu, a w jego głosie nie było złości, tylko troska.

– Tak – chlipnęłam. – Od miesiąca.

– Czemu mi nie powiedziałaś?

– Bo byś zaczął swoje kazanie o dyscyplinie, a ja bym go broniła i znowu byśmy się pożarli.

Ulżyło mi

Paweł westchnął głęboko. Objął mnie ramieniem. Był ciepły, pachniał spalenizną i mąką, ale to był zapach mojego męża.

– Jesteśmy idiotami.

– Jesteśmy – przyznałam, wycierając nos w rękaw.

– Myślałem, że brak kłótni to to samo, co szczęście, ale myliłem się. Kłótnie są złe, jak ranią, ale wymiana zdań, nawet głośna, jest potrzebna. Zabiliśmy komunikację, żeby ratować spokój. To bez sensu.

Spojrzałam na niego. Miał rację. Przez te tygodnie nauczyliśmy się perfekcyjnie milczeć, ale oduczyliśmy się rozmawiać.

– Wiesz co? – powiedział, uśmiechając się lekko. – Ten pasztet naprawdę był do niczego. Miałaś rację, że patrzyłaś na mnie jak na idiotę.

– A ty wiesz, że nienawidzę, jak siorbiesz przy herbacie? To mnie doprowadza do szału – wyznałam, czując ogromną ulgę.

– Wiem – odparł. – A ja nienawidzę, jak zostawiasz włosy na szczotce w łazience.

Siedzieliśmy tak przez godzinę, wymieniając wszystkie drobne pretensje, które nagromadziliśmy przez lata. Ale tym razem nie było w tym jadu. Była szczerość. Mówiliśmy o tym, co nas boli, co nas wkurza, ale też o tym, czego się baliśmy. Opowiedziałam mu o szefowej i pracy. On opowiedział mi, że czuje się niedoceniany, gdy poprawiam go przy każdej czynności domowej.

Zostaliśmy w domu

Wieczorem zamówiliśmy pizzę, bo kuchnia wciąż śmierdziała spalenizną i nie nadawała się do użytku. Kacper wyszedł ze swojego pokoju, zwabiony zapachem jedzenia.

– Już nie udajecie? – zapytał podejrzliwie, biorąc kawałek pepperoni.

– Nie – powiedział Paweł. – Mama dzisiaj na mnie nakrzyczała.

– Nareszcie – mruknął syn. – W końcu normalna chata. A co z matmą?

Spojrzałam na Pawła.

– Zajmę się tym – powiedział mąż. – Ale bez krzyków. Obiecuję. Posiedzimy nad zadaniami w weekend.

Tamtego wieczoru zrozumieliśmy coś ważnego. Niektóre nawyki, jak zostawianie skarpetek czy siorbanie, są trudne do wykorzenienia i może nawet nie warto z nimi walczyć na śmierć i życie. Ale nawyk milczenia o problemach to najgorsze, co może spotkać związek.

Wielkanoc spędziliśmy w atmosferze, która była daleka od idealnej ciszy. Teściowa skrytykowała mój żurek, Paweł pokłócił się z wujkiem o politykę, a ja wylałam sos na obrus i klęłam pod nosem, zapierając plamę. Było głośno, było chaotycznie, było prawdziwie. I to były najlepsze święta od lat.

Edyta, 46 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama