Reklama

Zakopane pachniało dymem z pieca i niedopitą kawą. Wjeżdżając do miasta, miałam ochotę zawrócić jeszcze na pierwszym rondzie. Nie byłam typem kobiety, która samotnie zamawia weekend w pensjonacie. Nawet nie miałam walizki na kółkach – tylko sfatygowaną torbę po siostrze. W końcu byłam wolna, a przynajmniej na tyle, o ile można być wolną, kiedy zostawia się rodzinę na kilka dni. Nie planowałam żadnych przygód. Chciałam tylko na chwilę stać się kimś innym. Tak myślałam, kiedy rzucałam torbę na łóżko w ciasnym pokoiku. Teraz, kilka tygodni później, wiem jedno: w Zakopanem naprawdę wydarzyło się coś, o czym nikt nie powinien się dowiedzieć.

Wiedziałam, że się zgodzę

Drugiego dnia wyszłam z pensjonatu bez żadnego planu. Trochę kręciłam się po Krupówkach, żałowałam, że nie wzięłam książki, bo nawet kawiarnia okazała się miejscem dla par i rodzin. Usiadłam na ławce, patrząc na ludzi. Obok mnie przysiadł mężczyzna. Prawie się dotykaliśmy łokciami. Wyglądał zwyczajnie: kilka siwych włosów, rozpięta kurtka, wzrok trochę nieobecny.

Na dłużej w Zakopanem? – odezwał się nagle, nie patrząc na mnie.

– Tylko na weekend – odparłam, choć wyczułam, że to zbędna informacja.

– No, samemu to tu się długo nie posiedzi. Nawet jeśli się chce – uśmiechnął się, jakby mówił coś więcej, niż zamierzał.

– Właśnie próbuję. Nawet sobie obiecałam, że będę milczeć i obserwować – odpowiedziałam z przekąsem.

– To kiepskie miejsce do milczenia. Ludzi tu więcej niż w centrum Warszawy – zaśmiał się i łyknął grzańca. – Nie lubi pani tłumów?

– Tłumów? Nienawidzę. W domu mam ich pod dostatkiem.

Chwilę milczeliśmy. On patrzył gdzieś ponad dachy, ja udawałam, że fascynują mnie kolorowe czapki na straganach.

– Przepraszam, nie chcę być nachalny, ale... czy może pójdziemy coś razem zjeść? – uśmiechnął się nieśmiało.

Zawahałam się, choć już wiedziałam, że się zgodzę.

Przewróciłam oczami

Poszliśmy do małej karczmy na uboczu. Wystrój udawał góralską tradycję, ale kelnerka wyglądała, jakby przyjechała tu tylko na chwilę z jakiegoś miasteczka. Usiedliśmy przy oknie, a ja z minuty na minutę czułam się coraz mniej spięta.

– No to na zdrowie – powiedział, podnosząc kufel.

– Na zdrowie… i za święty spokój – odpowiedziałam.

Długo milczeliśmy, obserwując, jak reszta gości kłóci się o to, kto wylał barszcz na obrus. W końcu odezwałam się pierwsza.

– Przyjeżdża pan tu często? – zagadnęłam, choć nie byłam pewna, czy to mnie w ogóle obchodzi.

– Kiedyś częściej. Teraz raczej z przyzwyczajenia. Żona mówi, że się starzeję, bo jeżdżę w te same miejsca – rzucił lekko, jakby sprawdzał moją reakcję.

Żona pozwala na samotne wypady? Ciekawe.

– Cóż, ona lubi swoje spa i koleżanki. Ustaliliśmy, że nie musimy się razem męczyć – odpowiedział i po raz pierwszy spojrzał mi w oczy. – A pani?

– Ja? Powiedzmy, że szukam, kim jeszcze mogłabym być poza kucharką, matką i okazjonalną nauczycielką plastyki. Może to żałosne, ale liczę, że tu sobie o czymś przypomnę.

Roześmiał się cicho.

– Nie wygląda pani na osobę, która się nadaje tylko do kuchni.

Przewróciłam oczami. Zaczęliśmy rozmawiać, coraz mniej oficjalnie, coraz swobodniej. W mojej głowie coś się rozplątywało, jakby od lat pierwszy raz mogłam być po prostu sobą.

Było mi z nim dobrze

Nie wiem, kiedy przeszliśmy na „ty”. W pewnym momencie kelnerka zgasiła jedną z lamp. Było już późno, ale żadne z nas nie spieszyło się do wyjścia.

– Wiesz, zawsze wydawało mi się, że takie rozmowy to fikcja. Ludzie poznają się gdzieś na urlopie, mówią sobie o życiu, a potem wracają do swoich nor i zapominają – powiedziałam, podpierając głowę ręką.

– Może dlatego, że za rzadko próbujemy. A może po prostu trzeba przestać udawać – zażartował, upijając łyk.

– Udawanie to mój chleb powszedni. I nie mów, że u ciebie nie – rzuciłam mu wyzwanie spojrzeniem.

Uśmiechnął się szeroko.

– Myślisz, że tak łatwo rozpoznać bratnią duszę? Masz swoje sekrety. A ja… nawet nie wiem, czy w ogóle mam jeszcze coś, czym mógłbym kogoś zaskoczyć.

– Może czasem lepiej nie zaskakiwać. Przynajmniej nie kończy się to katastrofą – parsknęłam.

Zamyślił się na chwilę, jakby chciał coś dodać, ale zrezygnował.

– No dobra. Co robisz jutro rano? – zapytał niespodziewanie.

– Rano? Chciałam pójść na Gubałówkę, ale w sumie… nie mam pary do spacerów.

– To może pójdziemy razem? Obiecuję nie gadać cały czas.

Zaskoczył mnie tą propozycją. Odpowiedziałam szybko, zanim rozsądek zdążył się wtrącić.

– Jasne. Dawno nikt mnie nigdzie nie zapraszał.

Wyszliśmy z karczmy razem, śmiejąc się cicho z jakiegoś żartu, którego nikt poza nami by nie zrozumiał.

Nie umiałam mu odmówić

Poranek przywitał mnie bólem głowy i sms-em:

„Spotkajmy się o dziesiątej przy dolnej stacji kolejki. Bez wymówek!”.

Przez chwilę miałam ochotę udawać chorobę, ale sama przed sobą nie miałam już dokąd uciekać. Ubrałam się i wyszłam. Już na mnie czekał, trzymając dwa kubki kawy.

Myślałem, że nie przyjdziesz – rzucił, gdy tylko mnie zobaczył.

– Przeszło mi to przez myśl – wyznałam bez wstydu. – Ale kawa mnie przekonała.

– Kobiety i kawa. Tak, to najpewniejszy sojusz na tej ziemi – podsumował filozoficznie.

Wjechaliśmy na Gubałówkę, stojąc obok siebie, nieco za blisko, jak na ludzi, którzy znają się dopiero od wczoraj. Nie rozmawialiśmy wiele – raz po raz rzucał jakieś ironiczne uwagi o turystach w strojach narciarskich, z których śmiałam się do łez. Słońce odbijało się od śniegu, ludzie wokół fotografowali się na tle gór. Zatrzymaliśmy się przy barierce z widokiem na panoramę.

– Gdybym mogła, zostałabym tu na dłużej – westchnęłam, podziwiając widoki. – Co cię trzyma w domu? Dzieci? Facet?

– Dzieci, wiadomo. Facet… coraz mniej. A ciebie?

– W zasadzie? Nic szczególnego. Chyba tylko rutyna, kredyt, przyzwyczajenie do wygody. To nie jest powód do dumy.

Spojrzałam na niego i nagle poczułam, że wcale nie różnimy się aż tak bardzo.

– Chciałabym znów poczuć się… nie wiem, atrakcyjna? Kobieca? Po prostu trochę inna niż na co dzień – wypaliłam, patrząc gdzieś w bok, żeby nie widział, jak bardzo mi na tym zależy.

– A kto ci broni? – uśmiechnął się lekko. – Możemy zacząć choćby dzisiaj. Nikt nas tu nie zna.

Jego słowa zabrzmiały jak pokusa, której nie miałam siły odmówić.

Serce zabiło mi mocniej

Około południa słońce zaczęło mocniej przygrzewać, śnieg na Gubałówce robił się mokry i ciężki. Wspólnie zeszliśmy pieszo na dół, śmiejąc się z własnej nieporadności. Było w tym coś dziecinnego – każde z nas przez chwilę mogło udawać, że nie ma zobowiązań, planów i rozpisek na lodówce.

Dawno się tak nie wygłupiałam – przyznałam, gdy złapałam równowagę, zsuwając się na butach po zboczu.

– To zasługa braku obowiązków – stwierdził, wyciągając rękę, gdy niemal się potknęłam. – Chyba lubię być na urlopie od dorosłości.

– I to mnie trochę martwi. Wiesz, że kiedy jest za dobrze, to potem człowiekowi życie coś odbiera? – próbowałam żartować, ale zabrzmiało zbyt poważnie.

– Wiesz, co się wtedy robi? – zatrzymał się, patrząc mi prosto w oczy. – Korzysta się z tego, co jest teraz. Bo zaraz znowu będziemy tylko trybikami.

Milczeliśmy chwilę, patrząc na panoramę. Ludzie mijali nas, nie zwracając uwagi. Czułam się, jakby świat na chwilę się zatrzymał tylko dla nas.

– Może… pójdziemy jeszcze gdzieś? Nie mam ochoty wracać do swojej klitki – powiedziałam niespodziewanie, trochę za cicho.

– Może wpadniesz do mnie na herbatę? Mam pokój kawałek stąd, żadnych dekoracji góralskich, tylko kawa, herbata i łóżko, którego nie muszę dzielić z dziećmi – zaśmiał się, a ja poczułam znajome ciepło w brzuchu.

Mogłam odmówić. Naprawdę mogłam. Zamiast tego tylko wzruszyłam ramionami i powiedziałam z udawaną nonszalancją:

– Skoro już jestem kobietą na urlopie… to chyba mogę.

Ruszyliśmy razem przez miasto. Serce waliło mi jak przed maturą. Czułam, że tego, co się wydarzy za chwilę, już nie odwrócę.

Życie mnie zaskoczyło

Nie będę owijać w bawełnę: zaszalałam z obcym facetem. Było śmiesznie, dziwnie lekko i niebezpiecznie miło. Wypiliśmy po kubku herbaty, a potem… no cóż, nie rozmawialiśmy już o niczym ważnym. Wieczorem leżałam na nieznanej pościeli i patrzyłam na sufit, wciąż nie do końca wierząc, że to naprawdę się wydarzyło.

Będziesz żałować? – spytał cicho, głaszcząc moje ramię.

– Ja… jeszcze nie wiem. Na razie chcę pamiętać tylko to, co jest teraz – odparłam, przygryzając wargę.

– Wiesz, nikt się nie musi o tym dowiedzieć. Zakopane wszystko przykryje – szepnął z lekkim uśmiechem.

To nasz sekret – mruknęłam, a potem odwróciłam się do ściany, żeby nie widział, jak ściskam powieki.

Nazajutrz wymieniliśmy kilka zdań, zbyt zwykłych jak na to, co się stało. Znowu padał śnieg, kiedy wychodziłam z jego pokoju. Wracałam do domu odmieniona. Wszystko było takie samo, a jednak zupełnie inne. Po kilku tygodniach, kiedy spojrzałam na dwa różowe kreski na teście, świat znowu ruszył z miejsca – tym razem bez mojego pozwolenia. Nasionko kiełkowało we mnie cicho, jakby Zakopane miało nadal swój sekret. I tylko ja wiedziałam, ile waży taki bagaż.

Sandra, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama