Reklama

To miał być tydzień, który scementuje nasz związek. Wynajęta górska chata z bali, zapach grzańca, skrzypiący śnieg pod butami i my – studencka elita, gotowa na podbój Zakopanego. Zawsze uważałem się za szczęściarza. Roksana była zjawiskiem.

Kochałem ją

Kiedy wchodziła do sali wykładowej, rozmowy cichły. Miała tę specyficzną aurę, pewność siebie, urodę i odrobinę arogancji, która przyciągała facetów jak magnes opiłki żelaza. Ja, student informatyki, raczej cichy, analityczny, wpatrzony w nią jak w obrazek – byłem jej bezpieczną przystanią. Tak to nazywała. Mówiła, że przy mnie odpoczywa, że jestem inny niż ci wszyscy napuszeni goście z prawa czy zarządzania. Wierzyłem w to.

Gdy rzuciłem pomysł wyjazdu na ferie do Zakopanego, jej oczy rozbłysły. Zebrała się nasza stała ekipa: mój najlepszy kumpel Maciek ze swoją dziewczyną Anią, wieczny singiel Paweł i my. Już pakowanie powinno zapalić w mojej głowie czerwoną lampkę. Roksana nie pakowała ubrań termicznych czy wygodnych dresów. Jej walizka pękała w szwach od rzeczy, które nadawały się na sesję zdjęciową, a nie na narty. Futrzane czapy, obcisłe kombinezony podkreślające każdą krzywiznę ciała, wieczorowe topy.

– Kochanie, idziemy w góry czy na pokaz mody? – zażartowałem, próbując dopiąć suwak w jej walizce.

To było dziwne

Spojrzała na mnie z politowaniem, wzrokiem, który mówił: „Nic nie rozumiesz, biedny misiu”.

– W Zakopanem się bywa, a nie tylko jeździ. Trzeba wyglądać. Nie chcę, żebyś się mnie wstydził.

Pojechaliśmy moim samochodem. Maciek prowadził drugie auto. Atmosfera była świetna, dopóki nie zatrzymaliśmy się na stacji gdzieś pod Krakowem na szybką kawę i hot-doga. Roksana wysiadła z auta w swoim białym, puchatym płaszczu. Zauważyłem, że przy dystrybutorze stoi grupa facetów z drogiego auta. Byli starsi od nas, wyglądali na typowych warszawskich korpo-managerów jadących zaszaleć.

Weszliśmy do środka. Ja stałem w kolejce do kasy, Roksana poszła do toalety. Kiedy wróciła, nie podeszła do mnie. Stanęła przy stoliku, gdzie ci goście pili kawę. Widziałem to przez ramię, płacąc za nasze tankowanie. Śmiała się. Jeden z nich coś jej pokazywał w telefonie. Kiedy podszedłem z dwoma kubkami kawy, nawet na mnie nie spojrzała.

– Roksana, jedziemy? – zapytałem.

Jeden z facetów zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów, uśmiechając się kpiąco.

– O, to twój szofer już gotowy? – rzucił, a reszta wybuchnęła śmiechem.

Wstydziła się mnie

Czekałem, aż Roksana ich zgasi, aż powie: „To mój chłopak, spadaj”. Zamiast tego zachichotała nerwowo i powiedziała:

– No coś w tym stylu. Dzięki za miłą pogawędkę, chłopaki. Może do zobaczenia na stoku.

Wyszliśmy. W samochodzie panowała cisza.

– „Szofer”? Serio? – zapytałem, ściskając kierownicę tak mocno, że zbielały mi knykcie.

– Kajetan, nie bądź sztywny – przewróciła oczami, poprawiając makijaż w lusterku. – To były tylko żarty. Oni byli zabawni. Poza tym, wiesz, jakie to auto? To nowe Porsche Cayenne. Warto mieć takie znajomości.

– Znajomości? To byli randomowi goście na stacji, którzy mnie obrazili.

– Przesadzasz. Jesteś przewrażliwiony. Zepsujesz nam wyjazd swoim dąsaniem.

Wtedy zamilkłem. Nie chciałem być zazdrosny i toksyczny. Wmawiałem sobie, że może faktycznie nie mam dystansu, że ona jest po prostu towarzyska, że to moja wina.

Urządziła scenę

Następnego dnia ruszyliśmy na Szymoszkową. Pogoda była idealna, słońce, lekki mróz. Maciek i Ania od razu ruszyli na wyciąg. Ja jeżdżę na desce całkiem nieźle, Roksana… cóż, twierdziła, że umie jeździć na nartach. Rzeczywistość zweryfikowała to brutalnie po pierwszych 50 metrach. Zamiast pozwolić mi sobie pomóc, zamiast uczyć się ode mnie, Roksana urządziła spektakl. Przewracała się w sposób teatralny, piszcząc przy tym głośno. Kiedy podjeżdżałem, by jej pomóc wstać, odpychała moją rękę.

– Zostaw, dasz radę mnie tylko pociągnąć w dół, twoja deska mi przeszkadza! – fukała.

I wtedy się zjawili „ratownicy”, oczywiście nie ci z GOPR-u, ale przypadkowi narciarze. Dwóch gości, wyglądających na instruktorów, chociaż nimi nie byli.

– Może pomóc pięknej pani? – zapytał jeden z nich, opalony, w goglach za tysiąc złotych.

Roksana momentalnie zmieniła ton z furiatki na zagubioną owieczkę.

– Ojej, bylibyście tak mili? Mój chłopak sobie kompletnie nie radzi z asekuracją… – posłała mi spojrzenie pełne politowania.

Stałem tam jak kołek, wbijając krawędź deski w śnieg. Oni ją podnieśli, otrzepali ze śniegu, zbyt dokładnie, zwłaszcza w okolicach bioder, a ona się śmiała.

– Może zjedziemy kawałek razem? Pokażemy ci technikę – zaproponował jeden.

– Byłoby cudownie! Kajetan, ty sobie pojeździj, ja zjadę z chłopakami, są profesjonalistami! – krzyknęła do mnie i ruszyła z nimi w dół.

Pojechała z nimi

Zostałem sam na środku stoku. Czułem, jak gorąco uderza mi do głowy pod kaskiem. To nie była zazdrość, to było upokorzenie. Mój kumpel Maciek podjechał do mnie chwilę później.

– Stary, gdzie Roksana?

– Zjeżdża z jakimiś typami. Podobno są lepsi ode mnie.

Maciek spojrzał na mnie z troską, której nienawidziłem.

– Nie chcę się wtrącać, ale czy ty nie widzisz, co ona odwala? To wygląda słabo. Ania też to widzi.

– Wyluzuj. Ona po prostu chce się nauczyć jeździć – skłamałem, broniąc jej resztek honoru, a tak naprawdę broniąc własnej godności.

Wieczorem spotkaliśmy się w chacie. Roksana wróciła rozpromieniona.

– Wiesz, kto to był? – ekscytowała się, zdejmując kurtkę. – Syn właściciela sieci hoteli i jego kumpel, który gra w lidze hokejowej. Zaprosili nas jutro na imprezę. To będzie sztos!

– Nas? Czy ciebie? – zapytałem cicho.

– No nas, głuptasie. Przecież powiedziałam, że jestem zajęta – rzuciła niedbale, ale unikała mojego wzroku.

Myślałem, że to tylko gorszy dzień, że to alkohol, że to specyfika miejsca. Kochałem ją. Pamiętałem nasze wspólne wieczory, jej ciepłą dłoń w mojej, kiedy spacerowaliśmy po parku. Nie chciałem tego przekreślać przez kilka głupich sytuacji. Ale następny wieczór zniszczył wszystko.

Nie widziała mnie

Poszliśmy do tego klubu. Roksana ubrała się wyzywająco. Sukienka była bardziej halką niż ubraniem wierzchnim. Kiedy weszliśmy, od razu wypatrzyła swoich „instruktorów”. Stali przy loży VIP, z wiaderkami wódki i szampana. Podeszliśmy tam całą grupą. Maciek, Ania, Paweł i ja trzymaliśmy się razem. Roksana wtopiła się w tamtą grupę w sekundę. Przedstawili się. Wojtek, syn hotelarza, i Bartek, hokeista. Wojtek od razu objął Roksanę ramieniem, jakby była jego własnością.

– O, to ten twój Kajtek? – zapytał, podając mi rękę tak sflaczałą, że miałem ochotę nią potrząsnąć. – Słyszałem, że na desce to raczej amatorszczyzna, co?

Roksana wybuchnęła śmiechem.

– No, uczy się, uczy, ale do was mu daleko – powiedziała, stukając się z nim kieliszkiem.

Czułem się jak intruz na własnej randce. Moi przyjaciele siedzieli sztywno. Ania rzucała Roksanie mordercze spojrzenia, ale Roksana była w innym świecie: drogich drinków, głośnego beatu i adoracji.

Zaczęła się impreza. Roksana tańczyła, ale nie ze mną. Tańczyła z Wojtkiem, potem z Bartkiem, potem z jakimś innym gościem, który się dosiadł. Jej taniec nie był niewinny. Ocierała się o nich, zarzucała włosami, szeptała im coś do ucha. Kiedy próbowałem do niej podejść, zbywała mnie.

– Daj spokój, bawimy się! Nie bądź bluszczem! Przynieś mi drinka!

Byłem wściekły

W pewnym momencie poszedłem do baru zamówić kolejkę dla naszej ekipy. Kiedy wróciłem, zobaczyłem scenę, która wypaliła mi się na siatkówce. Roksana siedziała na kolanach Wojtka. Śmiała się tak głośno, że przebijała się przez muzykę. Maciek chwycił mnie za ramię.

– Stary, wychodzimy. Nie możesz na to patrzeć.

– Nie – powiedziałem, czując ten rodzaj spokoju, który przychodzi, gdy bomba już wybuchła i opada kurz. – Nie wychodzimy. Ja wychodzę, ale najpierw to skończę.

Podeszłem do loży. Muzyka dudniła, światła stroboskopowe migały. Roksana mnie nie zauważyła, dopóki nie stanąłem tuż nad nimi.

– Złaź z niego – powiedziałem. Nie krzyczałem. Mój głos był zimny i twardy.

Roksana spojrzała na mnie jak na natrętną muchę.

– Co? Kajetan, nie rób scen. Tylko sobie siedzimy. Wojtek jest zmęczony po nartach – zachichotała, a Wojtek uśmiechnął się do mnie bezczelnie.

– Powiedziałem: złaź. I oddaj mi klucze do pokoju.

Byłem konsekwentny

Zapadła cisza w naszej części loży. Nawet Wojtek spoważniał, widząc moją twarz. Roksana zsunęła się z jego kolan, ale zamiast skruchy, w jej oczach pojawiła się wściekłość.

– Co ty odwalasz? Psujesz mi zabawę! Jesteś żałosny, wiesz? Zazdrosny, niepewny siebie gówniarz. Oni są na poziomie, a ty… tutaj po prostu nie pasujesz.

To było to. Te słowa: „Nie pasujesz”. Uśmiechnąłem się.

– Masz rację. Nie pasuję do dziewczyny, która zachowuje się jak atrakcja turystyczna. Baw się dobrze z Wojtkiem. Mam nadzieję, że opłaci ci powrót do domu, bo ja właśnie jadę.

Odwróciłem się. Słyszałem, jak Roksana łapie powietrze.

– Co ty powiedziałeś?! Kajetan! Wracaj tu!

Nie odwróciłem się. Zabrałem swoją kurtkę. Maciek, Ania i Paweł wstali bez słowa i ruszyli za mną.

– Ej, gdzie wy idziecie? Zostawiacie mnie?! – krzyczała za nami Roksana. Jej głos przeszedł w histerię.

Nie uległem jej

Nagle zorientowała się, że „elita” przy której siedzi, to obcy ludzie, a jej bezpieczna przystań właśnie odpływa. Wyszliśmy na mroźne powietrze. Śnieg padał gęsto.

– Stary… to było mocne – powiedział Paweł, klepiąc mnie po plecach.

– Jedziemy do chaty, pakujemy się i wracamy – zarządziłem. – Wy możecie zostać, ja biorę swoje auto i spadam.

– Jedziemy z tobą – powiedział Maciek. – Nikt nie chce tu siedzieć z tą wariatką.

Spakowanie się zajęło nam piętnaście minut. Roksana nie wróciła. Pewnie myślała, że blefuję, że wrócę, przeproszę, będę błagał. Zawsze tak było. Zawsze ja przepraszałem za jej błędy, ale nie tym razem. Wystawiłem jej walizkę przed drzwi domku, pod zadaszenie – nie jestem potworem, chociaż miałem ochotę wrzucić ją w zaspę. Wysłałem jej SMS-a: „Twoje rzeczy są na tarasie. Klucz pod wycieraczką. Baw się dobrze z Wojtkiem. To koniec”.

Wyjechaliśmy z Zakopanego o 2 w nocy. Droga była pusta. W samochodzie panowała cisza, ale to była cisza ulgi. Około 3 nad ranem mój telefon zaczął wibrować. Roksana dzwoniła raz, drugi, trzeci. Potem przyszły SMS-y. Najpierw wyzwiska, potem groźby, a na końcu, koło 4, błagania. Nie odebrałem.

Opamiętała się

Dowiedziałem się potem, że Wojtek i jego ekipa zmyli się z klubu chwilę po nas, zostawiając ją z rachunkiem, którego nie miała jak zapłacić. Musiała dzwonić do rodziców w środku nocy, żeby zrobili jej przelew. Wróciła busem dwa dni później. Spotkaliśmy się jeszcze raz, żeby oddać sobie resztę rzeczy. Płakała, przysięgała, że to nic nie znaczyło, że chciała tylko wzbudzić moją zazdrość, bo czuła, że „gaśniemy”.

– Zgasliśmy – powiedziałem jej wtedy. – Ale nie przez nudę. Zgasliśmy, bo zobaczyłem, kim jesteś, kiedy myślisz, że możesz ugrać coś lepszego.

Od tamtego wyjazdu minął rok. Nadal jeżdżę w góry, ale teraz zabieram tam ludzi, dla których liczy się towarzystwo i widoki, a nie status i loża VIP. Grzaniec smakuje o wiele lepiej, kiedy nie pije się go z poczuciem wstydu dławiącym gardło. To była bolesna lekcja, ale potrzebna. Czasami trzeba zobaczyć kogoś na tle fałszywego luksusu, żeby zrozumieć, że jest się dla tej osoby tylko tanim dodatkiem. Ja już nim nie jestem.

Kajetan, 24 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama