Reklama

Nazywam się Maria. Mam 56 lat, od kilku lat jestem wdową. Mój Tomasz zmarł nagle. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj – telefon w środku nocy, zimna podłoga w kuchni, krzyk, który wydarł mi się z piersi, gdy zrozumiałam, co mówi głos po drugiej stronie.

Nie tkwiłam w rozpaczy. Nie umiem tak żyć – w poczuciu beznadziei. Żyję po cichu. Dbam o ogród, chodzę na długie spacery po lesie, piekę chleby, rozmawiam z sąsiadką przez płot. Mam swoje rytuały. Z wiekiem człowiek uczy się lubić samotność. Przynajmniej tak sobie powtarzam.

Zakochałam się tylko raz. Miałam wtedy siedemnaście lat i chodziłam do liceum. Jerzy był chłopakiem z równoległej klasy – z tych, którzy rzadko się odzywają, ale kiedy patrzą, to człowiekowi robi się gorąco. Byliśmy razem dwa lata, ale potem życie nas rozdzieliło. Ja wybrałam filologię, on politechnikę w innym mieście. Naturalnie się to rozmyło. Żadnego dramatu, żadnych wielkich deklaracji. Po prostu – czas zrobił swoje.

Myślałam, że to uczucie we mnie wygasło. Wypaliło się jak ogień po nocy – zostawiło ciepły popiół, ale nie płomień. Tylko że... czasem popiół też może się tlić, a człowiek nie wie, dopóki nie stanie znów blisko ognia.

Pojechałam z Anką, moją przyjaciółką, do Zakopanego. Chciałyśmy "zmienić krajobraz", jak to ujęła – przejść się po górach, wypić grzańca w schronisku, przypomnieć sobie, że życie to nie tylko rachunki i emerytura. Byłyśmy pod wyciągiem, śmiałyśmy się z tego, jak Anka nieporadnie zakładała raki na buty, kiedy usłyszałam znajomy głos.

Zamarłam. Odwróciłam się i zobaczyłam go. To był Jerzy. Starszy, siwe włosy, cienie pod oczami. Ale ten sam uśmiech, to samo spojrzenie. Coś we mnie pękło i coś zaiskrzyło na nowo.

Nogi się pode mną ugięły

Zeszłyśmy z Anką z wyciągu, obie zziębnięte, z czerwonymi nosami i marząc o herbacie z prądem. Rozglądałyśmy się za miejscem, gdzie można by usiąść choć na chwilę. Wtedy zauważyłam go po raz drugi. Stał przy samochodzie, niepewny, z rękami w kieszeniach. Patrzył prosto na mnie.

– Maria?

Zatrzymałam się. Wystarczyło spojrzenie, jedno słowo, i wszystko wróciło.

– Jerzy? – zapytałam i nawet mnie samą zaskoczyło to drżenie w moim głosie.

Podeszliśmy do siebie, jakby nas ktoś pociągnął za sznurki. Z bliska wyglądał inaczej, starszy, oczywiście, ale nadal miał ten przenikliwy wzrok. Uśmiechnął się lekko, jakby nie był pewien, czy może.

– Myślałem, że to niemożliwe. Ale przecież to ty. Naprawdę ty.

– A jednak – powiedziałam. – Nie spodziewałam się... – przerwałam. Bo co miałam powiedzieć? Że czasem o nim myślałam? Że pamiętałam jego zapach, smak pocałunku na ławce w parku, nawet głupi żart o profesorze od matmy?

– Może napijesz się herbaty? Tam, przy bufecie, jest ławka, bez śniegu – zaproponował.

Popatrzyłam na Ankę. Uniosła brwi i powiedziała tylko:

– Idź. Ja sobie coś znajdę.

Ruszyłam za nim. Szliśmy przez chwilę w milczeniu. Wokół hałasowali narciarze, dzieci biegały, ktoś głośno się śmiał, ale ja słyszałam tylko swoje kroki i bicie serca. Usiadłam na drewnianej ławce, mokrej od roztopionego śniegu, ale zupełnie mnie to nie obchodziło.

– Co u ciebie? – zapytał.

– Dobrze, spokojnie. Właściwie... jestem wdową. Mąż zmarł kilka lat temu – odpowiedziałam, od razu, bez ceregieli. Nie chciałam, żeby myślał, że przyszłam tu flirtować jak licealistka.

Skinął głową. Wiedziałam, że wie, co to znaczy.

– Moja żona też nie żyje. To już trzy lata – rzucił krótko.

Zamilkliśmy. Oboje nie byliśmy już tacy, jak kiedyś. Nie mieliśmy po co udawać. Patrzyłam na niego i nagle poczułam, że moje ciało ożywa. Nie tylko głowa, nie tylko wspomnienia, ale coś głębiej. Jakby serce przypomniało sobie, że potrafi reagować.

– Głupio się czuję – powiedziałam cicho.

– Dlaczego?

– Bo mam ponad pięćdziesiąt lat, a czuję się, jakby mi się nogi uginały pod spojrzeniem chłopaka z liceum.

Uśmiechnął się lekko.

Czyli nic się nie zmieniło – rzucił.

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam w bok, udając, że obserwuję ludzi na stoku. A w głowie miałam jedno pytanie, które nie dawało mi spokoju: co ja wyprawiam? To przecież tylko wspomnienia. Prawda? Albo... coś więcej?

Kiedyś go kochałam

Spotkaliśmy się następnego dnia. Umówiliśmy się na przystanku, jak za dawnych czasów. Śmiał się, a ja poczułam się przez chwilę jak dziewczyna, którą byłam wtedy – w dżinsowej kurtce, z kucykiem i głową pełną naiwności.

Zaczęliśmy iść bez celu, wolno, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Krupówki były jak zawsze hałaśliwe, pełne zapachu oscypków i krzyków dzieci. Ale kiedy mówił, świat stawał się cichszy. Opowiadał o swoim małżeństwie, o tym, jak żona się starała, choć oboje już nie mieli siły. Mówił o swojej winie, o tym, że za dużo milczał, a za mało pytał, czego naprawdę potrzebuje ta kobieta, z którą dzielił życie. Nie użalał się, nie grał bohatera. Mówił, jak jest.

– Wiesz – powiedział w pewnym momencie – po jej śmierci czułem głównie ulgę. I nienawidziłem się za to. Ale to była prawda. Dusiłem się już wtedy. A ona... ona miała już swoje życie obok mnie. Byliśmy tylko układem. Nie ma czego idealizować.

Nie patrzyłam mu w oczy, kiedy mówił. Bałam się, że zobaczy, jak mocno mnie to rusza. Nie dlatego, że mówił o swojej zmarłej żonie, tylko dlatego, że mówił szczerze. Do bólu. I ja też poczułam potrzebę powiedzenia czegoś prawdziwego.

– Tomasz był dobrym człowiekiem. Spokojnym. Dawał mi stabilność i poczucie bezpieczeństwa. Ale odkąd odszedł... czuję, jakby coś się we mnie otworzyło. Jakbym zrzuciła z siebie ciężar, o którym nie wiedziałam, że go niosę. Kochałam go. Ale kochałam też ciebie. Inaczej, intensywniej. I chyba to uczucie gdzieś we mnie zostało, choć uśpione.

Zatrzymał się. Popatrzył na mnie uważnie.

– Nigdy się nie zastanawiałaś, jakby to było, gdybyśmy się wtedy nie rozstali?

– Czasem tak – przyznałam. – Ale bałam się do tego wracać. Żeby nie obudzić czegoś, czego nie da się już mieć.

Ruszyliśmy dalej. Rozmawialiśmy o liceum, o nauczycielach, o tym, że stara chemiczka dalej mieszka w tym samym bloku. Śmialiśmy się z rzeczy, które kiedyś były dramatami – jak ta jedynka z matmy przed studniówką, przez którą Jerzy niemal wyleciał ze szkoły.

Czułam się przy nim lekka, bezpieczna. I wolna. Nie musiałam się uśmiechać na siłę, nie musiałam udawać, że mam wszystko poukładane. Patrzył na mnie z takim spokojem, jakby mówił: możesz być dokładnie taka, jaka jesteś. Nawet jeśli sama nie wiesz, jaka to wersja ciebie. Pod koniec spaceru usiedliśmy na ławce pod kościołem. Popatrzył w stronę Tatr, które tonęły we mgle.

– Myślisz, że można zaczynać coś od nowa w naszym wieku? – zapytał.

Nie odpowiedziałam od razu. Popatrzyłam w bok, na parę starszych ludzi idących powoli, trzymających się za ręce.

– Może właśnie teraz to ma największy sens – powiedziałam w końcu.

Wróciły do mnie wspomnienia

Tego dnia nie umawialiśmy się wcześniej. Spotkaliśmy się przypadkiem – a może tylko tak to sobie tłumaczyłam. Przechadzałam się po Zakopanem, z kubkiem kawy na wynos, znudzona sklepami z pamiątkami i odrobinę rozczarowana sobą, że tak bardzo na niego czekam. A potem wszedł do tej samej kawiarni. Bez słowa podszedł do mojego stolika.

– Wolne?

Dla ciebie zawsze – odpowiedziałam i od razu pożałowałam tej ckliwej szczerości.

Uśmiechnął się tylko. Usiadł naprzeciwko i przez chwilę milczeliśmy. To milczenie nie było niezręczne. Było ciężkie, ale potrzebne. Jakbyśmy oboje musieli się przyzwyczaić do siebie w tej nowej wersji – dojrzałych ludzi, których życie już sponiewierało.

– Pamiętasz, jak spóźniliśmy się na studniówkę? – zapytał w końcu. – Bo zgubiłem buty?

Parsknęłam śmiechem, autentycznym, głośnym.

– Pamiętam, jak chciałam cię wtedy udusić. I jak wparowaliśmy na salę, gdy już wszyscy tańczyli poloneza, a ty miałeś na sobie trampki. Nauczycielka prawie się popłakała.

– Ale zatańczyłem – przypomniał z dumą.

– Tylko raz, bo potem stwierdziłeś, że muzyka nie twoja i że lepiej będzie, jak pójdziemy na wagary.

– I skończyliśmy na moście.

– Było zimno – dodałam. – Ale wtedy myślałam, że to najpiękniejszy wieczór w moim życiu.

Zamilkliśmy. Patrzyłam na filiżankę i nagle poczułam ścisk w gardle. Tego nie planowałam. Nie chciałam, żeby coś we mnie drgnęło tak mocno. A jednak.

– Maria – powiedział cicho. – Ja chyba nigdy tak naprawdę o tobie nie zapomniałem.

Spojrzałam na niego, ale nie umiałam nic odpowiedzieć. Wiedziałam, że mówi prawdę. I właśnie dlatego zrobiło mi się niedobrze od emocji. Bałam się. Bo co jeśli to tylko sentyment? Jeśli szuka we mnie jedynie tego, czego mu brakowało przez lata? Tego młodzieńczego uczucia, którego nie da się odzyskać?

Zacisnęłam dłonie na filiżance.

– Jerzy... ja nie wiem, co powiedzieć.

– Nie mów nic – odpowiedział. – Wystarczy, że tu jesteś.

To jedno zdanie – tak proste, tak szczere – sprawiło, że musiałam odwrócić wzrok. Łzy napłynęły mi do oczu i zanim zdążyłam je powstrzymać, jedna spłynęła mi po policzku. Otarłam ją szybko.

– Przepraszam – wymamrotałam.

– Nie przepraszaj. Każde z nas coś straciło. A może właśnie dlatego się teraz znaleźliśmy.

Nie odpowiedziałam. Wyszliśmy z kawiarni i pożegnaliśmy się bez dotyku, bez deklaracji. Tylko spojrzenie, krótkie, intensywne. Wróciłam do pensjonatu, a głowę miałam pełną jego słów. Czy naprawdę można wrócić do czegoś po tylu latach? Czy to rozsądne, czy tylko głupie, romantyczne mrzonki? I co, jeśli znowu zaboli?

Czułam się rozdarta

Telefon zadzwonił po dwudziestej drugiej. Przez chwilę wahałam się, czy odebrać. Leżałam już w łóżku, światło zgaszone, obok chrapała Anka. Wstałam cicho, wyszłam na korytarz i odebrałam.

– Nie śpisz jeszcze? – zapytał.

– Nie – odpowiedziałam. – A ty?

– Też nie. Siedzę i gapię się w ścianę. Pomyślałem, że może... chcesz pogadać.

– Chcę.

Zeszłam na dół, na taras. Było zimno, ale nie czułam tego. W głowie miałam gonitwę myśli i serce bijące nierówno. Głos Jerzego w telefonie był spokojny, miękki, ale w jego milczeniu czaiło się napięcie. Czekał.

– Chciałbym cię jutro zabrać na Gubałówkę – powiedział.

– Dobrze – odparłam od razu.

Potem zapanowała cisza. Trwała zbyt długo, żeby uznać ją za przypadek. Każde z nas miało coś do powiedzenia, ale nie potrafiło znaleźć słów. Słyszałam jego oddech, cichy, regularny, jakby był tuż obok.

– Nie wiem, co robię – powiedziałam w końcu.

– Ja też nie – odpowiedział. – Ale może nie musimy wszystkiego wiedzieć.

– Może.

Nie mieliśmy siły się rozłączyć. Przez kilka minut po prostu milczeliśmy razem. Aż w końcu usłyszałam:

– Dobranoc, Maria.

– Dobranoc, Jerzy.

Wróciłam do łóżka i długo patrzyłam w ciemność. Tomasz przyszedł mi do głowy dopiero teraz. Mój mąż. Mój spokojny, wierny towarzysz życia. Wyobraziłam sobie go, jak patrzy na mnie z boku. I pomyślałam, że pewnie by się uśmiechnął. Wiedziałby, że to nie zdrada. Że człowiek nie może całe życie siedzieć obok pustego krzesła.

Ale mimo tej myśli czułam się rozdarta. Między tym, co było, a tym, co może się dopiero wydarzyć. Między lojalnością wobec przeszłości, a odwagą sięgnięcia po coś, co może być kruche i krótkie, ale żywe.

Jerzy wrócił do mojego życia jak ktoś, kogo nigdy tak naprawdę nie wyrzuciłam z pamięci. I teraz – czy mi się to podobało, czy nie – musiałam odpowiedzieć sobie na pytanie: czy chcę jeszcze raz zawierzyć sercu?

Wciąż coś do siebie czuliśmy

Wjechaliśmy kolejką na Gubałówkę wcześnie rano. Śnieg skrzypiał pod butami, ludzie jeszcze nie zdążyli się zlecieć, powietrze było ostre, czyste, prawie bolesne. Słońce odbijało się w taflach lodu, a ja miałam wrażenie, że wszystko we mnie rozświetla się razem z tym widokiem. Szliśmy w milczeniu, nie spiesząc się. Czas płynął inaczej. Gdy usiedliśmy na ławce z widokiem na Tatry, Jerzy wyjął z plecaka termos.

– Herbata. Pamiętasz? – zapytał, nalewając do dwóch plastikowych kubków.

– Tak. Zawsze robiłeś ją za słodką.

– Nic się nie zmieniło.

Wzięłam łyk i parsknęłam śmiechem. Nadal była nie do wypicia. Zamilkliśmy. Patrzyliśmy przed siebie. Widać było dolinę, gęsty las, dachy pensjonatów przykryte śniegiem. I ciszę. Taką, jakiej nie ma nigdzie indziej. I w tej ciszy on nagle powiedział:

– Nie wiem, co będzie. Nie mam pojęcia, dokąd nas to prowadzi. Ale wiem jedno – już raz cię straciłem. I nie chcę tego drugi raz.

Odwróciłam głowę, spojrzałam na niego. Miał spuszczony wzrok, jakby wstydził się własnych słów. A ja poczułam, że to nie jest chwila, którą można zignorować. Nie da się jej przełożyć na później. Albo teraz, albo nigdy.

Ja też nie chcę – powiedziałam cicho.

Popatrzył na mnie zaskoczony. W jego oczach zobaczyłam coś, czego się nie spodziewałam – ulgę. Głęboką, niemal dziecięcą. Jakby długo wstrzymywał oddech i dopiero teraz mógł zaczerpnąć powietrza.

Dotknął mojej dłoni. Nie nachalnie, nie gwałtownie. Po prostu położył swoją dłoń na mojej, jakby sprawdzał, czy wciąż może to zrobić. I ja nie cofnęłam ręki.

Nie było wielkich słów, pocałunków, żadnych dramatów. Byliśmy dwojgiem dorosłych ludzi, którzy przez lata grzebali swoje emocje pod warstwą rozsądku, obowiązku, pamięci. I nagle okazało się, że można jeszcze coś poczuć. I że to uczucie nie musi być szalone ani młodzieńcze. Może być ciche i dojrzałe.

Zeszliśmy z góry później niż planowaliśmy. Ale nie miało to już znaczenia.

Maria, 59 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama