„W Zakopanem zgrzeszyłam z uśmiechem na twarzy. Jednak po fakcie nie umiałam spojrzeć mężowi prosto w oczy”
„W kawiarni na wzgórzu pachniało cynamonem. Usiadłam naprzeciwko niego, a za oknem rozpościerał się widok na zamglone góry. Czułam się, jakbym znalazła się w innym życiu, gdzie wszystko było możliwe, nawet romans w biały dzień”.

- Redakcja
Zimowe ferie w Zakopanem od dawna chodziły mi po głowie. Moje życie przypominało ostatnio ciemny, styczniowy poranek – szare, przewidywalne, nużące. Gdy zbliżał się termin wyjazdu, miałam nadzieję na zmianę, na mały oddech świeżości. Wmawiałam sobie, że jadę po prostu odpocząć, „zresetować się”, jak lubią mawiać kobiety, które nie wiedzą, czego tak naprawdę im brakuje. Wiedziałam jedno: na ten wyjazd po prostu sobie zasłużyłam. Nie miałam planów na wielkie szaleństwa. Ferie w górach, śnieg, oscypki, spacery Krupówkami – ot, typowe rozrywki, o których potem z udawaną radością opowiada się w pracy przy kawie. A jednak już w pierwszym dniu poczułam, że z każdym oddechem mroźnego powietrza dzieje się coś dziwnego. Na razie nie wiedziałam, dokąd mnie to wszystko zaprowadzi. Jedno było pewne – Zakopane obudziło we mnie coś, o czym zapomniałam od lat.
Uśmiechnęłam się pod nosem
Wszystko zaczęło się już pierwszego wieczoru. Po rozpakowaniu walizek zeszłam do hotelowego lobby. Dzieciaki zostały w pokoju z telefonami, a mąż… cóż, miał obowiązki służbowe, które „niestety nie mogą poczekać”, więc zaraz po przyjeździe wbił wzrok w ekran laptopa. Zostawiłam go z tym jego cyfrowym światem bez cienia żalu. Usiadłam sama przy barze i rozglądałam się wokół. Po drugiej stronie sali grupka ludzi śmiała się głośno. Światła odbijały się w szklankach, ktoś grał na gitarze. Wydawali się tak beztroscy, jakby nie mieli żadnych rachunków do zapłacenia ani zobowiązań. Zazdrościłam im tej lekkości. W pewnym momencie obok mnie usiadł mężczyzna w bordowym swetrze.
– Widzę, że pani też ucieka od własnej rodziny – rzucił z uśmiechem, jakbyśmy już pili razem niejednego grzańca.
– Może po prostu lubię pobyć sama. Nie każdy musi przed czymś uciekać – odpowiedziałam, udając pewność siebie.
– Oczywiście. Ja na przykład uciekam tylko od diety i od poniedziałku – odparł bezczelnie, a ja uśmiechnęłam się pod nosem.
Zamówił dwa kieliszki, postawił jeden przede mną. Uniosłam brwi pytająco.
– Spokojnie, to nie jest podryw, tylko solidarny toast za zmęczonych rodziców – wyjaśnił, a w jego oczach zatańczyły iskierki.
– Skoro tak… – podniosłam kieliszek. – Za nas. I za poniedziałki, które zawsze można przespać.
– Za ciebie i za wszystkie żony, które mają odwagę wypić grzańca same – odpowiedział.
Rozmowa zaczęła płynąć naturalnie, a ja czułam, że z każdą minutą coraz trudniej mi się oprzeć tej sytuacji.
Miło mnie zaskoczył
Następnego dnia obudziłam się z lekkim bólem głowy, ale i z dziwnym poczuciem ekscytacji, jakbym miała przed sobą jakiś niebezpieczny plan. Mąż jeszcze spał, a dzieci grały na telefonach. Zerknęłam przez okno – śnieg sypał gęsto, a na parkingu już roiło się od kolorowych kurtek i nart. Po śniadaniu wyszłam sama na spacer. Nie miałam ochoty być przewodnikiem po górskich atrakcjach dla mojej rodziny, która wolała oglądanie telewizji niż jakąkolwiek aktywność. Wciągnęłam czapkę na uszy i ruszyłam w stronę Krupówek, udając, że szukam czegoś konkretnego. Prawdę mówiąc, liczyłam na przypadkowe spotkanie z nieznajomym z baru. Nie zawiodłam się. Przy jednym z kramów z pamiątkami zauważyłam znajomą sylwetkę. Zanim zdążyłam się wycofać, już mnie dostrzegł.
– O, to znowu ty. – Uśmiechnął się, jakby czekał na mnie od świtu. – Zakopane jest małe, łatwo wpaść na kogoś, kto wczoraj postawił ci grzańca.
– Może to ty mnie śledzisz? – odpaliłam żartobliwie, czując się zaskakująco lekko.
– Chciałbym mieć taki tupet, ale chyba jestem zbyt leniwy – przyznał. – Może chcesz się przejść? W hotelu pewnie i tak nie ma co robić, a tu zaraz na górze jest fajna kawiarnia z widokiem.
Przez chwilę się wahałam, patrząc na zaśnieżone uliczki.
– A jeśli ktoś nas zobaczy? – spytałam, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.
– To powiesz, że pokazuję ci najlepsze miejsce na szarlotkę w Zakopanem. – Puścił mi oko.
– W takim razie prowadź – powiedziałam, sama siebie zaskakując.
Szliśmy obok siebie, śmiejąc się z dziecięcych ozdób na stoiskach. Było mi z nim dobrze. Niebezpiecznie dobrze.
Spojrzał na mnie uważnie
W kawiarni na wzgórzu pachniało cynamonem. Usiadłam naprzeciwko niego, a za oknem rozpościerał się widok na zamglone góry. Czułam się, jakbym znalazła się w innym życiu, gdzie wszystko było możliwe, nawet romans w biały dzień.
– To co, zamawiamy tę słynną szarlotkę? – zagadnął, podnosząc menu.
– Skoro już jestem w grze, biorę szarlotkę i kawę po góralsku – odpowiedziałam, jakbym to nie była ja, tylko jakaś bohaterka śmiesznego filmu.
Kiedy kelnerka odeszła, spojrzał na mnie uważnie.
– Wiesz, co w tobie lubię? Że nie boisz się być trochę… nieprzewidywalna. Większość kobiet przyjeżdża tu i marudzi, że jest zimno albo że mąż nie ma dla nich czasu.
Prychnęłam cicho.
– Mój mąż? On by nawet nie zauważył, gdybym zniknęła na cały dzień.
– No widzisz. Moja była żona była odwrotnością. Wszystko pod kontrolą, lista zadań, zegarek i wieczne pretensje.
Zamrugałam, zaskoczona jego szczerością.
– Była? Czyli jesteś wolny jak ptak?
Wzruszył ramionami, jakby temat nie miał już znaczenia.
– Od dwóch lat. Od rozwodu przyjeżdżam do Zakopanego, żeby… no, żeby poznawać ludzi. I szukać takich, którzy mają ochotę zjeść szarlotkę w środku tygodnia.
Zachichotałam nerwowo.
– U mnie to się raczej nie powtórzy. Mam dzieci, męża, obowiązki…
– Jasne. – Przechylił głowę. – Ale dziś… może po prostu pozwól sobie na bycie tu. Ze mną.
Wbiłam wzrok w kubek z kawą, czując, jak powoli zaczynam się topić w tej atmosferze.
– Może dziś tak – odpowiedziałam cicho.
Przyglądał mi się z uwagą
Resztę dnia błądziliśmy bez celu po zasypanych śniegiem uliczkach. Nie pytał o szczegóły mojego życia, ja nie wnikałam w jego przeszłość. Wszystko wydawało się takie lekkie, jakbyśmy zawiesili się między tym, co powinno być, a tym, co akurat się dzieje. Późnym popołudniem śnieg zaczął padać mocniej, więc schroniliśmy się w małym pubie z widokiem na Giewont. Usiedliśmy przy oknie. Miałam wrażenie, że świat wokół się zatrzymał.
– Wiesz, zawsze myślałam, że takie historie zdarzają się tylko innym – powiedziałam, patrząc na ślady nart na stoku. – Mężatka, dzieci, a tu nagle… wyjazd, przygoda i ktoś zupełnie nowy.
– Może wszyscy o tym myślą, tylko nikt nie ma odwagi, żeby działać? – wzruszył ramionami. – A ty? Często bywasz taka… odważna?
Roześmiałam się krótko, z odrobiną goryczy.
– Odważna? Prędzej zmęczona. Życiem, rutyną, tą wieczną listą rzeczy do zrobienia. Mam wrażenie, że w domu jestem tylko tłem.
Przyglądał mi się z uwagą.
– A tutaj?
Zastanowiłam się chwilę.
– Tutaj… – zawahałam się, szukając właściwych słów – tu czuję się kimś innym. Albo może po prostu sobą sprzed lat, zanim nauczyłam się odkładać własne potrzeby na wieczne „później”.
Nachylił się bliżej, a jego głos stłumił gwar za oknem.
– I co byś zrobiła, gdyby „później” właśnie nadeszło?
Odpowiedziałam mu spojrzeniem. Przez chwilę miałam ochotę wybiec na śnieg, schować się, zrobić coś głupiego. A potem dotarło do mnie, że nikt i nic mnie tu nie pilnuje. Nikt nie zapyta, gdzie byłam.
– Może pozwoliłabym sobie na coś szalonego. Na coś, co nie ma sensu, poza tym, że po prostu tego chcę.
Uśmiechnął się, jakby wiedział, co się za chwilę stanie.
Serce waliło mi jak oszalałe
Gdy wracaliśmy do hotelu, śnieg skrzypiał pod butami, a ja czułam się dziwnie lekka i jednocześnie winna. Ostatnie metry szliśmy w milczeniu, aż pod drzwiami zatrzymał się i spojrzał mi prosto w oczy.
– To tutaj się żegnamy? – zapytał cicho, opierając się o framugę. – Czy może… chciałabyś jeszcze posiedzieć w lobby?
Wciągnęłam powietrze, serce waliło mi jak oszalałe. Rozsądek podpowiadał, żeby wracać do rodziny, zamknąć drzwi, zapomnieć o całym dniu. Jednak coś we mnie kazało przeciągnąć ten moment jeszcze trochę.
– W lobby jest za dużo ludzi – rzuciłam. – Może pójdziemy na taras? Zawsze chciałam zobaczyć Zakopane nocą.
Przez chwilę nie odpowiadał, tylko przyglądał mi się z lekkim uśmiechem.
– Jesteś niemożliwa. Dobrze, prowadź.
Na tarasie było cicho, śnieg tłumił wszystkie dźwięki. Oparłam się o balustradę, a on stanął tuż obok.
– Chciałbym coś wiedzieć – zaczął, głos miał teraz niższy, poważniejszy. – Jutro znikniesz bez słowa? Będziesz udawać, że to wszystko się nie wydarzyło?
Patrzyłam w ciemność, jakbym miała tam znaleźć odpowiedź.
– Sama nie wiem. Może tak będzie najprościej.
– Najprościej nie znaczy najlepiej. – Dotknął mojej dłoni, delikatnie, jakby pytał o pozwolenie.
Nie cofnęłam się.
– Czego chcesz? – szepnęłam.
– Po prostu być z tobą tu i teraz. Bez oczekiwań. Bez żadnych „co dalej”.
Zamknęłam oczy. Czułam na twarzy zimno, ale w środku było mi gorąco. Nie pamiętam, kto się pierwszy pochylił. Wiem tylko, że nagle świat zniknął, a zostaliśmy tylko my i noc.
Nie żałowałam
Następnego ranka obudziłam się wcześniej niż zwykle. Mąż chrapał cicho, dzieci jeszcze spały. Przez okno wpadało blade światło, wszystko wydawało się aż nazbyt zwyczajne. Przez chwilę leżałam bez ruchu, próbując przypomnieć sobie, co wydarzyło się poprzedniej nocy – czy to wszystko działo się naprawdę, czy tylko w mojej głowie. Zeszłam do jadalni. On już tam był, popijał kawę i przeglądał gazetę. Przez moment nasze spojrzenia się spotkały. Oboje uśmiechnęliśmy się lekko, prawie niewidocznie. Usiadłam naprzeciwko niego. Chwilę milczeliśmy, jakbyśmy czekali na czyjąś zgodę, żeby wrócić do tej bańki, która pękła wraz ze świtem.
– I co teraz? – zapytałam, nie podnosząc wzroku znad talerza.
– To twoje Zakopane. Ty decydujesz, co pamiętać, a co zapomnieć – odpowiedział spokojnie.
Westchnęłam, mieszając herbatę.
– Chciałam poczuć się wolna choć przez jeden dzień. Może byłam głupia. Jednak ani przez chwilę nie żałowałam, tego, co się wydarzyło.
Uśmiechnął się smutno.
– Nikt ci tego nie odbierze. Czasem lepiej zgrzeszyć z uśmiechem, niż umierać z nudów.
Podniosłam się powoli, spojrzałam na niego ostatni raz.
– Żegnaj.
– Żegnaj. I… dziękuję. Za ten dzień.
Wróciłam do pokoju. Czułam, jak we mnie wszystko się kotłuje: wstyd, ekscytacja, ulga. Jeszcze długo nie umiałam spojrzeć mężowi prosto w oczy. A jednak, gdy myślami wracałam do Zakopanego, na twarzy zawsze pojawiał mi się ten sam, nieproszony uśmiech.
Julia, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wnuczka przyszła w Dzień Babci tylko po to, by wybadać, ile mam kasy. Od zawsze była łasa na pieniądze”
- „Żona wytyka mi każdy grosz, a sobie kupuje drogie perfumy. Ja też chcę od życia czegoś więcej niż skarpet z przeceny”
- „Narzeczona, zamiast planować ślub, wdała się w romans z DJ-em. Układanie weselnej playlisty poszło za daleko”