Reklama

Walentynki zawsze kojarzyły mi się z ciepłem, spokojem i pewnością, że jest się dla kogoś ważnym. Tamtego dnia też chciałam w to wierzyć. Jacek patrzył na mnie z czułością, mówił dokładnie to, co chciałam usłyszeć. A jednak coś wisiało w powietrzu – drobne gesty, niedopowiedzenia i cisza, która bolała bardziej niż najgorsze słowa. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że wszystko, co widzę, jest tylko starannie wyreżyserowaną grą.

Poczułam chłód

Tamtego popołudnia Jacek czekał na mnie pod blokiem z bukietem czerwonych tulipanów i uśmiechem, który kiedyś potrafił mnie rozbroić w sekundę. Tym razem poczułam lekkie ukłucie niepokoju, zupełnie nie na miejscu, jak na Walentynki.

Wszystkiego najlepszego, kochanie – powiedział, wręczając mi kwiaty i całując mnie w policzek.

– Przecież powinniśmy sobie nawzajem składać życzenia – zaśmiałam się nerwowo.

– Dla mnie to oczywiste. Jesteś dla mnie najważniejsza – dodał szybko, jakby bał się, że nie zdąży.

Po drodze do restauracji opowiadał o pracy, o korkach, o byle czym. Zauważyłam, że co chwilę zerkał na telefon. Kiedy zapytałam, czy coś się stało, machnął ręką.

– Nie, nic. Po prostu dziś wszyscy do mnie piszą.

Restauracja była pełna par. Cicha muzyka, kelnerzy uwijający się między zakochanymi. Jacek usiadł naprzeciwko mnie i spojrzał na mnie uważnie.

Pamiętasz nasze pierwsze walentynki? – zapytał.

– Pamiętam. Spóźniłeś się godzinę i twierdziłeś, że zgubiłeś drogę – odpowiedziałam z uśmiechem.

– Ale przyszedłem – odparł szybko. – Zawsze przychodzę.

Coś w jego tonie sprawiło, że poczułam chłód. Jakby bardziej przekonywał siebie niż mnie. W trakcie kolacji był czuły, trzymał mnie za rękę, szeptał, że mnie kocha. A jednak między tymi słowami pojawiała się ciężka cisza. W pewnym momencie jego telefon zawibrował. Zamarł. Spojrzał na ekran i odwrócił go szybko, kładąc wyświetlaczem do dołu.

– Kto to? – zapytałam spokojnie.

Kolega z pracy. Pyta o jutro – odpowiedział bez wahania, ale nie spojrzał mi w oczy.

Znałam go na tyle dobrze, by wiedzieć, że właśnie minął się z prawdą. Uśmiechałam się dalej, brałam udział w tej kolacji, jak w przedstawieniu, w którym oboje graliśmy role zakochanych. Tylko że ja jeszcze nie znałam scenariusza do końca. Gdy odprowadzał mnie do domu, przytulił mocniej niż zwykle.

Kocham cię – powiedział.

– Ja ciebie też – odpowiedziałam, choć w środku coś już zaczynało się kruszyć.

Zrobiło mi się słabo

Po walentynkach przez kilka dni próbowałam wmówić sobie, że przesadzam. Jacek dzwonił, pisał miłe wiadomości, planował wspólny weekend. Wszystko wyglądało normalnie, aż do tamtego popołudnia, kiedy wpadłam do niego bez zapowiedzi. Drzwi były otwarte. W środku panowała cisza, a z kuchni dobiegał dźwięk wody. Jacek brał prysznic. Na stole leżał jego telefon. Nie planowałam go dotykać. Naprawdę. Jednak ekran nagle się rozświetlił.

– Nie powinnaś… – szepnęłam do siebie, ale było już za późno.

„Tęsknię. Wczoraj było idealnie. Kiedy znowu się zobaczymy?” – głosiła wiadomość od kogoś zapisanego jako „A.”

Serce zaczęło mi walić tak głośno, że bałam się, iż on to usłyszy spod prysznica. Stałam przez chwilę nieruchomo, wpatrując się w ekran, jakby miał sam mi wszystko wyjaśnić. Wzięłam telefon do ręki. Palce drżały. Poczułam, jak robi mi się słabo. W tym momencie usłyszałam, że zakręca wodę.

– Jacek – powiedziałam głośno, choć głos mi się łamał.

Wyszedł z łazienki z ręcznikiem na ramionach i zamarł, widząc mnie z telefonem w dłoni.

Co ty robisz? – zapytał ostro.

– To ja powinnam zapytać – odpowiedziałam. – Kim jest „A.”?

Milczał. To milczenie bolało bardziej niż krzyk.

– Odpowiedz – naciskałam. – Kiedy mi mówiłeś, że mnie kochasz, pisałeś do niej?

– To nie jest tak, jak myślisz – zaczął, dokładnie tym samym zdaniem, którego zawsze się obawiałam.

– Właśnie tak myślę – przerwałam mu. – Że walentynki były kłamstwem. Że patrzyłeś mi w oczy i grałeś.

Usiadł ciężko na krześle.

Nie chciałem cię zranić – powiedział cicho.

– A jednak to zrobiłeś – odpowiedziałam spokojniej, niż się spodziewałam.

Wyszłam bez pożegnania. Na klatce schodowej dopiero pozwoliłam sobie zapłakać. Wiedziałam już, że nic nie było prawdziwe. A może tylko ja byłam jedyna prawdziwa w tej historii.

Poczułam ulgę

Przez kilka dni nie odbierałam telefonu. Ani od Jacka, ani od nikogo. Leżałam na kanapie, patrząc w sufit i odtwarzając w głowie każdą scenę z ostatnich miesięcy. Każdy uśmiech, każde „kocham cię” nagle nabierało drugiego dna. Najbardziej bolało to, że nie potrafiłam wskazać momentu, w którym coś się zaczęło psuć. Jakby kłamstwo było obecne od dawna, tylko ja nie chciałam go widzieć. W końcu zapukał do drzwi. Wiedziałam, że to on. Zawsze pukał dwa razy, krótko, zdecydowanie.

Otwórz, proszę – usłyszałam zza drzwi. – Musimy porozmawiać.

Otworzyłam. Stał przede mną zmęczony, z podkrążonymi oczami.

– Tylko chwilę – powiedziałam chłodno.

Wszedł i szybko usiadł naprzeciwko mnie, splatając dłonie.

– To nie miało tak wyglądać – zaczął. – Poznałem ją przypadkiem. To nie było nic ważnego, bo to ciebie kocham.

Zaśmiałam się nerwowo.

– Wiesz, co jest najgorsze? – zapytałam. – Że mówisz to tak, jakby jedno nie wykluczało drugiego.

Bałem się, że cię stracę – przyznał. – A jednocześnie nie potrafiłem tego zakończyć.

– Więc wybrałeś wygodę – odpowiedziałam. – Dwa życia zamiast jednego uczciwego.

Milczał. W jego oczach zobaczyłam coś na kształt żalu, ale było już za późno. Zrozumiałam, że nawet gdyby teraz zerwał z tamtą kobietą, ja już nigdy nie spojrzę na niego tak samo.

– To koniec – powiedziałam w końcu. – Nie dlatego, że ona istnieje. Tylko dlatego, że mnie okłamywałeś.

Wstał gwałtownie.

Daj mi szansę.

– Już ją miałeś. W walentynki. I w każdy dzień przed nimi.

Wyszedł bez słowa. Zamknęłam drzwi i po raz pierwszy od dawna poczułam ulgę. Wiedziałam, że coś się skończyło. I że teraz przede mną najtrudniejsza część – nauczyć się znowu ufać sobie.

Odzyskałam siebie

Minęło kilka tygodni, zanim naprawdę dotarło do mnie, że to koniec. Nie było wielkich scen ani dramatycznych telefonów w środku nocy. Żadnych łez, żadnych pożegnań jak w filmach. Była za to cisza. Taka, która najpierw przeraża, bo wypełnia każdy kąt mieszkania i każdą myśl, a potem — powoli — zaczyna porządkować to, co wcześniej było jednym wielkim chaosem. Usunęłam jego numer, schowałam zdjęcia do jednego folderu i przestałam wracać myślami do restauracji, w której wszystko wyglądało jak miłość.

Zrozumiałam, że są miejsca, które nie bolą dlatego, że coś się w nich wydarzyło, ale dlatego, że wierzyliśmy w coś, co nigdy nie było prawdziwe. Najtrudniejsze nie było samo rozstanie. Najtrudniejsze było pogodzenie się z myślą, że dałam się oszukać — nie tylko jemu, ale i własnym nadziejom. Długo obwiniałam siebie za to, że nie zauważyłam wcześniej sygnałów, że coś nie gra. Analizowałam rozmowy, gesty, niedopowiedzenia. Zastanawiałam się, w którym momencie powinnam była się zatrzymać, zadać więcej pytań, być mniej ufna.

Aż w końcu zrozumiałam, że ufałam, bo kochałam. I że to nie był mój błąd. Miłość nie jest przecież kontraktem ani śledztwem — jest wiarą w drugiego człowieka.

Pewnego dnia przypadkiem spotkałam Jacka. Skinęliśmy sobie głowami, wymieniliśmy kilka grzecznościowych zdań. Nic więcej. Nie było potrzeby wracać do dawnych rozmów ani wyjaśniać tego, co już dawno przestało mieć znaczenie. Nie poczułam ani złości, ani żalu. Tylko spokój. Jakby ta historia należała do kogoś innego — kogoś, kim już nie jestem. Walentynki przestały być dla mnie symbolem. Przestałam wierzyć w daty, które mają narzucać emocje i definicje szczęścia.

Teraz ważniejsze są zwykłe dni — te bez oczekiwań, bez masek, bez udawania, że wszystko jest w porządku. Wiem jedno: wolę być sama niż żyć w kłamstwie. I choć ta lekcja była bolesna, nauczyła mnie czegoś cennego. Że nigdy więcej nie zgodzę się na miłość, która jest tylko grą pozorów. Że prawdziwe uczucie nie potrzebuje iluzji, a ja nie muszę się zgadzać na mniej, niż na szczerość.

Hanna, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama