„Walentynki już zawsze będą mi się śniły po nocach. W święto zakochanych straciłam nie tylko pracę, ale i miłość życia”
„Miałam idealnie zrobione paznokcie, wybraną sukienkę, która kosztowała połowę mojej pensji, i pewność – absolutną, niezachwianą pewność – że Filip uklęknie. Kiedy wyszłam rano z domu, czułam się jak główna bohaterka komedii romantycznej w finałowej scenie. Nie wiedziałam jeszcze, że gram w dramacie, a scenariusz został napisany bez mojego udziału”.

- Redakcja
To miał być najważniejszy dzień mojego życia, punkt zwrotny, na który czekałam od trzech lat. Miałam idealnie zrobione paznokcie, wybraną sukienkę, która kosztowała połowę mojej pensji, i pewność – absolutną, niezachwianą pewność – że Filip uklęknie. Kiedy wyszłam rano z domu, czułam się jak główna bohaterka komedii romantycznej w finałowej scenie. Nie wiedziałam jeszcze, że gram w dramacie, a scenariusz został napisany bez mojego udziału. To historia o tym, jak w ciągu dwunastu godzin moje życie zamieniło się w gruzowisko, a ja zostałam z niczym, poza rachunkiem za kolację, której nie przełknęłam.
To musiał być pierścionek
Obudziłam się przed budzikiem, co w moim przypadku graniczy z cudem. Zazwyczaj potrzebuję trzech drzemek i wiadra kawy, żeby w ogóle zarejestrować istnienie świata, ale nie tego dnia. 14 lutego. Data, która dla jednych jest komercyjnym kiczem, a dla mnie miała stać się rocznicą zaręczyn. Filip zachowywał się dziwnie od tygodni. Był roztargniony, chował telefon, wychodził na balkon, żeby rozmawiać "z mamą". Dla każdej kobiety z instynktem detektywa (czyli dla każdej kobiety) sygnały były jasne. Planował coś dużego.
Wisienką na torcie był paragon, który znalazłam tydzień wcześniej w kieszeni jego marynarki, kiedy szukałam drobnych do parkometru. Nie przeczytałam kwoty – przysięgam, odwróciłam wzrok – ale logo jubilera od razu rzuciło mi się w oczy. To musiał być pierścionek. Byliśmy razem trzy lata, mieszkaliśmy ze sobą od dwóch. Wszyscy nasi znajomi byli już po ślubach albo w trakcie rozwodów, a my trwaliśmy w tym bezpiecznym, wygodnym "partnerskim" układzie. Ale ja chciałam więcej.
Tamtego ranka, stojąc przed lustrem i nakładając serum rozświetlające, czułam się niezwyciężona. W pracy domykałam właśnie projekt dla kluczowego klienta – wielkiej sieci drogerii. Kampania, nad którą ślęczałam po nocach przez ostatnie pół roku, zaniedbując przyjaciół, siłownię i – paradoksalnie – Filipa. Ale wiedziałam, że warto. Szefowa, Edyta, obiecała mi awans, jeśli to wypali. A wypaliło. Wyniki sprzedażowe z fazy testowej szybowały w kosmos. Wyszłam z domu, rzucając w stronę łóżka, gdzie Filip jeszcze spał buziaka w powietrzu.
– Do zobaczenia o 20:00 – krzyknęłam.
Mruknął coś spod kołdry. Wtedy myślałam, że to słodkie mruknięcie. Dziś wiem, że to był dźwięk wyrzutów sumienia. Albo tchórzostwa.
Beze mnie ten dział by upadł
Kiedy weszłam do biura, uderzyła mnie dziwna atmosfera. Zazwyczaj o 9:00 rano w naszej agencji panuje kreatywny chaos – ekspres do kawy mieli ziarna, telefony dzwonią, copywriterzy kłócą się o przecinki. Tym razem było cicho. Zbyt cicho. Recepcjonistka, Ania, która zawsze komplementowała moje stylizacje, tym razem unikała mojego wzroku.
– Cześć, Aniu! – rzuciłam wesoło, stukając obcasami o parkiet.
– Cześć, Klaro – odpowiedziała, wbijając wzrok w monitor. Nawet się nie uśmiechnęła.
Zignorowałam to. Zrzuciłam to na karb chandry albo problemów osobistych. Usiadłam przy biurku, otworzyłam maila i zobaczyłam wiadomość od Edyty. Tytuł: "Spotkanie statusowe – pilne". Godzina: 10:00. Pomyślałam: "To jest to". Pewnie chcą mi dać ten awans dzisiaj, w Walentynki, jako taki miły gest korporacyjny. Może premia? Może oficjalne przekazanie zespołu pod moją opiekę? Wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach. Widziałam już siebie w nowym, przeszklonym gabinecie, z pierścionkiem na palcu, zarządzającą budżetami, o jakich mi się nie śniło. Byłam królową życia.
O 9:55 poprawiłam szminkę, wygładziłam ołówkową spódnicę i ruszyłam do gabinetu Edyty. Była to kobieta z gatunku "korporacyjna modliszka" – zawsze nienaganna, zawsze uśmiechnięta, ale z oczami zimnymi jak Bałtyk w lutym. Mimo to, ufałam jej. Wiele razy powtarzała, że jestem jej prawą ręką, że beze mnie ten dział by upadł.
Obiecałaś mi awans
Weszłam pewnie, z notesem pod pachą. W środku, obok Edyty, siedziała kobieta z HR-u. Monika. Nigdy nie lubiłam Moniki. Jej obecność zawsze zwiastowała biurokrację albo kłopoty. Mimo to, mój mózg wciąż wypierał najgorsze scenariusze. Pomyślałam: "Okej, awans wymaga formalności, stąd HR".
– Siadaj, Klaro – powiedziała Edyta. Nie wskazała na wygodny fotel obok siebie, ale na krzesło naprzeciwko biurka. Bariera.
– Dzięki, Edyto. O co chodzi? Czyżbyśmy mieli wyniki z kampanii walentynkowej? – zapytałam z uśmiechem.
Edyta splotła palce na blacie.
– Klaro, nie ma łatwego sposobu, żeby to powiedzieć. Firma przechodzi restrukturyzację. Decyzją zarządu musimy zredukować koszty w dziale marketingu.
Zamarłam. Słowa docierały do mnie z opóźnieniem, jak dźwięk w starym filmie.
– Słucham? – wydukałam. – Jakie koszty? Przecież mój projekt zarobił dla was w ostatnim kwartale krocie. Mamy wzrost o 30 procent rok do roku.
– I jesteśmy ci za to wdzięczni – wtrąciła Monika z HR-u głosem wypranym z emocji. – Jednak twoje stanowisko zostaje zlikwidowane. Twoje obowiązki przejmie zewnętrzna agencja oraz... część zespołu Edyty.
Spojrzałam na Edytę. Unikała mojego wzroku, patrząc gdzieś w przestrzeń za moim lewym ramieniem.
– Edyta? Obiecałaś mi awans. Powiedziałaś, że ten projekt to moja przepustka.
Wtedy wreszcie na mnie spojrzała. W jej oczach nie było współczucia. Była tylko kalkulacja.
– Plany się zmieniają, Klaro. To biznes. Twoje wyniki były świetne, ale twoja wizja... przestała być spójna z nową strategią firmy. Poza tym, dochodziły do nas sygnały o twoim problemie z... komunikacją w zespole.
Poczułam, jak krew uderza mi do twarzy. To było kłamstwo. Ordynarne, bezczelne kłamstwo, mające na celu uzasadnienie zwolnienia pracownika, który stał się zbyt drogi lub zbyt ambitny. Zrozumiałam, co się stało. Zrobiłam swoje, postawiłam projekt na nogi, a teraz Edyta mogła spijać śmietankę, pozbywając się konkurentki, która mogłaby zagrozić jej pozycji.
– Masz godzinę na spakowanie rzeczy – powiedziała Monika, przesuwając po biurku dokumenty.
Podpisałam wszystko drżącą ręką.
Jakoś to poukładamy
Wychodzenie z biura z kartonem w rękach to klisza filmowa, której nikt nie chce przeżyć. Czułam na plecach wzrok wszystkich. Magda, moja asystentka, z którą piłam kawę każdego ranka, nagle dostała ataku fascynacji excelem. Nikt nie podszedł. Nikt nie powiedział "przykro mi". W korporacji, gdy spadasz ze stołka, stajesz się niewidzialna, zanim jeszcze dotkniesz podłogi. Stałam na chodniku przed szklanym wieżowcem, w jednej ręce trzymając karton z kubkiem, ładowarką i zdjęciem Filipa w ramce, a w drugiej telefon.
Była 11:30. Mój pierwszy instynkt? Zadzwonić do niego. Wypłakać się. Powiedzieć, że ci ludzie to potwory, że mnie wykorzystali i wypluli. Ale powstrzymałam się. "Nie" – pomyślałam. "Dziś są Walentynki. Dziś wieczorem on mi się oświadczy. Nie mogę zepsuć tego nastroju. Nie mogę być tą zaryczaną, bezrobotną dziewczyną, która potrzebuje ratunku. Muszę być silna. Powiem mu jutro. Albo po kolacji, kiedy pierścionek będzie już na palcu".
To była moja strategia przetrwania. Uczepiłam się tej myśli jak koła ratunkowego. Straciłam pracę, ale wciąż miałam miłość. Miałam Filipa. Mieliśmy być małżeństwem. Jakoś to poukładamy. Z jego pensją przeżyjemy kilka miesięcy, a ja z moim doświadczeniem szybko coś znajdę. Wróciłam do domu, ukryłam karton w szafie, żeby nie zauważył, i zaczęłam przygotowania do wieczora. Kąpiel, maseczka, peeling. Płakałam w wannie, cicho, żeby sąsiedzi nie słyszeli, mieszając łzy z pianą o zapachu lawendy.
To niczego nie zmienia między nami
To była jedna z tych restauracji, gdzie w menu nie ma cen, a kelnerzy wyglądają lepiej niż większość modeli. Filip zarezerwował stolik przy oknie. Przyszłam pierwsza. Miałam na sobie tę czerwoną sukienkę. Czułam się w niej jak oszustka – bezrobotna w stroju kobiety sukcesu. Filip spóźnił się piętnaście minut. Kiedy wszedł, od razu zauważyłam, że coś jest nie tak. Nie pocałował mnie w usta, tylko w policzek. Był blady. Jego dłonie były zimne i wilgotne. "Denerwuje się" – pomyślałam z czułością. – "Biedaczek, boi się oświadczyn". Serce zabiło mi mocniej. Chciałam mu ułatwić zadanie.
– Cześć, kochanie – powiedziałam, łapiąc go za rękę. – Wyglądasz obłędnie.
– Cześć, Klaro – odpowiedział, siadając naprzeciwko. Unikał mojego wzroku.
Rozmowa się nie kleiła. Ja udawałam, że w pracy wszystko super (każde kłamstwo paliło mnie w gardło), a on... on milczał. Odpowiadał półsłówkami. W końcu, po przystawkach, sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Czas zwolnił. Słyszałam bicie własnego serca w uszach. "To teraz. Zaraz wszystko się naprawi. Zaraz zapomnę o Edycie, o HR-ach, o upokorzeniu". Filip wyjął małe, aksamitne pudełeczko. Odetchnęłam z ulgą. Uśmiechnęłam się szeroko, czując, jak łzy napływają mi do oczu.
– Filip... – zaczęłam.
On jednak nie otworzył pudełka. Położył je na stole i przykrył dłonią, jakby chciał je schować, a nie wręczyć.
– Klaro, musimy porozmawiać – powiedział. Ton jego głosu był martwy. To nie był ton zakochanego mężczyzny. To był ton lekarza informującego o złośliwym nowotworze.
Zamarłam z widelcem w połowie drogi do ust.
– O czym? – zapytałam, choć żołądek zwinął mi się w supeł.
– Nie mogę tego dłużej ciągnąć. To niesprawiedliwe wobec ciebie i... wobec mnie.
– Czego ciągnąć? Filip, o czym ty mówisz? Przecież... – spojrzałam na pudełeczko. – Kupiłeś pierścionek.
Zabrał rękę. Przesunął pudełko w moją stronę.
– To nie jest pierścionek zaręczynowy, Klaro. To kolczyki. Na pożegnanie. Żebyś nie miała poczucia, że zmarnowałaś te trzy lata.
Świat zawirował. Dźwięki restauracji – brzęk sztućców, śmiech przy sąsiednim stoliku, jazz w tle – zlały się w jeden piskliwy szum.
– Pożegnanie? – powtórzyłam tępo.
– Poznałem kogoś – wypalił. Szybko, jakby zrywał plaster. – Ma na imię Zuza. Poznaliśmy się na crossficie trzy miesiące temu.
– Trzy miesiące?
– Wiem. Próbowałem z tym walczyć. Myślałem, że mi przejdzie. Ale nie przeszło. Zakochałem się, Klaro. Ona... ona mnie rozumie. Przy niej nie muszę udawać kogoś, kim nie jestem. Nie muszę spełniać oczekiwań.
To uderzyło mnie mocniej niż zwolnienie. "Oczekiwań".
– Oczekiwań? Że będziesz lojalny? Że będziesz mnie kochał? To są te wygórowane oczekiwania?
– Nie, nie o to chodzi. Ty zawsze... ty zawsze pędzisz. Kariera, sukces, plany, mieszkanie, kredyt. Zuza jest inna. Jest spontaniczna. Jest... wolna.
Ironia losu uderzyła mnie jak pięść w twarz. Ja pędziłam? Ja walczyłam o naszą przyszłość, o stabilizację, której on rzekomo też chciał! A teraz, w dniu, w którym straciłam to, co definiowało mój "pęd" – moją pracę – on zarzucał mi, że jestem zbyt ambitna.
– Straciłam dziś pracę, Filip – powiedziałam cicho. Chciałam zobaczyć jego reakcję. Chciałam, żeby chociaż na chwilę poczuł ból.
– Wylali mnie. Rano. Przyszłam tu, myśląc, że chociaż ty jesteś pewnikiem. Że chociaż w życiu prywatnym wygrałam. A ty... ty zdradzałeś mnie przez kwartał z jakąś dziewczyną z siłowni, podczas gdy ja dwoiłam się i troiłam, żebyśmy mogli wziąć kredyt na większe mieszkanie.
Spuścił wzrok.
– Przykro mi z powodu pracy, Klaro. Naprawdę. Ale to niczego nie zmienia między nami. Wyprowadzę się w weekend. Dzisiaj śpię u Zuzy. Wstał. Po prostu wstał. Położył na stole banknoty (nawet nie zaczekał na rachunek) i spojrzał na mnie z czymś w rodzaju litości.
– Jesteś silna. Poradzisz sobie. Zawsze sobie radzisz. Te kolczyki... weź je. Są ładne.
I wyszedł.
Żyłam w iluzji
Siedziałam tam jeszcze przez dwadzieścia minut. Nie płakałam. Byłam w stanie szoku tak głębokiego, że moje ciało chyba zapomniało, jak się produkuje łzy. Patrzyłam na to aksamitne pudełeczko. Otworzyłam je. W środku były małe, srebrne wkrętki. Ładne. Takie, jakie kupuje się kuzynce na osiemnastkę, a nie kobiecie, z którą dzieliło się życie. Zostawiłam je na stole. Nie chciałam ich. Nie chciałam niczego, co pochodziło od niego.
Wyszłam z restauracji prosto w zimną, lutową noc. Nie wzięłam taksówki. Szłam pieszo, w szpilkach, które obcierały mi stopy, w cienkim płaszczu, trzęsąc się z zimna. Mijałam pary. Wszędzie były pary. Całowali się, trzymali za ręce, nieśli balony w kształcie serc. Każdy taki widok był jak cios nożem. Analizowałam ostatnie miesiące. Jak mogłam być tak ślepa? W pracy: ignorowałam chłód szefowej, sygnały od asystentki, plotki przy ekspresie. Wierzyłam w swoją niezastąpioność. Błąd.
W związku: ignorowałam jego wyjścia, telefon przyklejony do dłoni, brak bliskości, to, że przestał pytać "jak minął dzień". Wierzyłam w naszą rutynę. Błąd. Żyłam w iluzji. Zbudowałam zamek na piasku, udekorowałam go drogimi meblami i udawałam, że nie widzę nadchodzącego przypływu.
Kiedy dotarłam do pustego mieszkania, cisza była ogłuszająca. Na stole w kuchni wciąż stał jego kubek po rannej kawie. W łazience wisiał jego ręcznik. Dopiero wtedy pękłam. Rzuciłam się na podłogę w przedpokoju, w tej cholernej czerwonej sukience, i wyłam. Wyłam za straconą pracą, za straconą miłością, za straconą godnością. Wyłam z wściekłości na siebie, że byłam tak naiwna. Że dałam się oszukać.
Po raz pierwszy od dawna, to mi wystarcza
Minęło pół roku od tamtych Walentynek. Czy powiem wam, że to najlepsze, co mnie spotkało? Nie. To był koszmar. Przez dwa miesiące nie mogłam dojść do siebie. Straciłam pewność siebie. Bałam się wysłać CV, bo myślałam, że jestem bezwartościowa. Bałam się iść na randkę, bo w każdym facecie widziałam kłamcę. Ale przetrwałam. Nie szukam na razie "poważnej pracy" w korpo. Zrozumiałam, że ten pęd, który tak krytykował Filip, faktycznie mnie niszczył – ale nie dlatego, że byłam zła, tylko dlatego, że inwestowałam energię w niewłaściwych ludzi.
A Filip? Cóż. Słyszałam od wspólnych znajomych, że "spontaniczność" Zuzy okazała się męcząca, gdy przyszło do płacenia rachunków, a on musiał sam ogarniać czynsz za nowe mieszkanie. Podobno pytał o mnie. Gdybym go spotkała, nie naplułabym mu w twarz. Podziękowałabym mu. Tamte Walentynki były brutalną lekcją. Nauczyły mnie, że nie wolno budować poczucia własnej wartości na etacie ani na pierścionku. Bo jedno i drugie można stracić w sekundę. Teraz, kiedy patrzę w lustro, nie widzę "przyszłej żony" ani "Senior Brand Managera". Widzę Klarę. I po raz pierwszy od dawna, to mi wystarcza. Ale czerwoną sukienkę wyrzuciłam. Bez sentymentów.
Klara, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynkowy wieczór odkryłam brudny sekret męża. Gdy zobaczyłam, co robi w łazience, nie miałam już złudzeń”
- „Walentynki mieliśmy spędzić z mężem tylko we dwoje. Cały nastrój pękł, gdy otworzyłam drzwi niespodziewanemu gościowi”
- „Wiedziałam, że na walentynki mąż coś szykuje. Nie sądziłam, że ta niespodzianka ma 3 lata i mówi do niego »tato«”