Reklama

Moja kuchnia pachniała wanilią, a ja czułam się jak reżyserka, która właśnie ma wystawić swoje najważniejsze przedstawienie. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Świeczki, muzyka, idealnie wyprasowany obrus. To miał być wieczór, który naprawi to, co ostatnio psuło się między mną a Michałem. Nie przewidziałam tylko jednej aktorki w tym dramacie. Kogoś, kto jednym uniesieniem brwi potrafił sprawić, że moje poczucie własnej wartości kurczyło się do rozmiarów ziarnka maku. Nie sądziłam, że ten wieczór skończy się łzami i to nie będą to łzy wzruszenia.

Serce zabiło mi mocniej

Od tygodni czułam, że oddalamy się od siebie. Praca, codzienne obowiązki, spłacanie kredytu i wieczny pośpiech sprawiły, że nasze małżeństwo zaczęło przypominać dobrze funkcjonujące przedsiębiorstwo, a nie związek dwojga zakochanych ludzi. Michał wracał późno, ja siedziałam nad projektami do nocy, a nasze rozmowy ograniczały się suchej wymiany zdań. Dlatego tegoroczne walentynki miały być przełomem. Od rana krzątałam się po kuchni. Menu układałam przez trzy dni: kaczka w pomarańczach, pure z batatów i suflet czekoladowy – płynny w środku, kruchy na zewnątrz. Michał uwielbiał słodycze, a że walentynki wypadały blisko tłustego czwartku, chciałam połączyć te dwie okazje w coś wykwintnego.

„Kochanie, będę w domu o osiemnastej” – napisał mi w południe.

Serce zabiło mi mocniej. W tle leciała nasza ulubiona playlista, a ja, nucąc pod nosem, polerowałam kieliszki. Chciałam mu pokazać, że wciąż jestem tą samą kobietą, w której się zakochał, a nie tylko zmęczoną żoną w dresie. Nie wiedziałam jeszcze, że los – a konkretnie matka mojego męża – ma wobec tego wieczoru zupełnie inne plany.

Uśmiech zamarł mi na ustach

Była godzina siedemnasta trzydzieści. Właśnie kończyłam makijaż, krytycznie oceniając czerwoną sukienkę, którą kupiłam specjalnie na tę okazję. Wtedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Michał miał klucze, więc pomyślałam o kurierze z kwiatami. Pobiegłam otworzyć, starając się nie potknąć w nowych szpilkach. Uśmiech zamarł mi na ustach. Na wycieraczce stała teściowa, trzymając wielkie plastikowe pudełko i siatkę, z której wystawał seler.

– O, jesteś – powiedziała, wchodząc do środka bez pytania. – Dobrze, że nie wyszłaś. Bałam się, że pocałuję klamkę.

– Dzień dobry, mamo – wydukałam, czując, jak pewność siebie ulatuje. – Myślałam, że umówiliśmy się na niedzielę.

Barbara podała mi swój beżowy płaszcz, oczekując, że go powieszę. Zrobiłam to automatycznie.

W niedzielę jadę do sanatorium, zapomniałaś? – rzuciła tonem sugerującym, że jestem wyrodną synową. – Pomyślałam, że przywiozę wam pączki. Swojej roboty. Zostały mi jeszcze po tłustym czwartku. Nie będziecie przecież jeść tych sklepowych śmieci.

Podeszła do lustra, poprawiła siwe włosy, po czym jej wzrok padł na moją kreację.

– O proszę – mruknęła. – Bardzo... odważna czerwień. Wybieracie się gdzieś?

– Nie, zostajemy w domu – wyjaśniłam, czując piekące policzki. – Planowaliśmy walentynkową kolację. Tylko we dwoje.

Barbara była mistrzynią w ignorowaniu aluzji.

– Och, to cudownie! – klasnęła w dłonie. – Akurat trafiłam. Michał na pewno będzie głodny. Te twoje wynalazki dietetyczne pewnie by go nie nasyciły, a ja mam tu jeszcze bigos. Zrobiłam cały garnek.

Moja kaczka w pomarańczach. Mój suflet. Wszystko chwiało się w posadach.

– Mamo, naprawdę, mam wszystko przygotowane – próbowałam protestować, ale ona już była w kuchni.

Czułam się bezsilna

Teściowa już przesuwała moje miseczki z przystawkami, stawiając swoje pudełka na blacie.

– Co to tak pachnie? – zapytała. – Kaczka? Dziecko, kaczka jest za tłusta na wieczór. Michał będzie miał zgagę.

– Michał uwielbia kaczkę – broniłam się słabo.

– Kiedyś lubił – poprawiła mnie, otwierając pudełko z pączkami. – Teraz ma delikatny żołądek, po ojcu. Powinnaś o tym wiedzieć, skoro jesteś jego żoną od pięciu lat.

Każde słowo było jak szpilka. Jej domowe pączki, ociekające lukrem i pachnące różą, wyglądały wspaniale, to fakt. Teściowa była wybitną kucharką. Moja kuchnia zawsze była dla niej powodem do kpin.

– Zostaniesz na kolacji? – zapytałam wprost.

Musiałam wiedzieć, czy mam zdjąć sukienkę i ubrać dres. Teściowa spojrzała na mnie ze zdziwieniem.

A wyrzucisz starą matkę za drzwi? Przecież przyniosłam jedzenie. Poczekam na Michała, zamienię z nim dwa słowa i pójdę. Nie będę wam przeszkadzać w... tych waszych świętach.

„Dwa słowa” teściowej trwały zazwyczaj godziny. Czułam złość i bezsilność, ale nie potrafiłam być niegrzeczna. W tym momencie usłyszałam klucz w zamku. Michał wszedł z bukietem czerwonych róż. Jego uśmiech zgasł w ułamku sekundy na widok płaszcza matki.

– Mama jest u nas? – zapytał szeptem.

– W kuchni. Przyniosła bigos i pączki – odpowiedziałam ze zmęczeniem, odbierając kwiaty.

Michał westchnął ciężko.

– Przepraszam. Nie wiedziałem, że przyjdzie.

– Wiem. Po prostu... spróbujmy to jakoś przetrwać.

Zacisnęłam zęby

Kolacja była katastrofą. Obok mojej wykwintnej kaczki stała micha z bigosem. Michał, chcąc być dyplomatyczny, nałożył sobie po trochu wszystkiego. Ja dłubałam w batatach, a każda próba rozmowy była torpedowana.

Widzę, że schudłeś, synku – zauważyła teściowa. – Sylwia pewnie nie ma czasu gotować przez tę swoją karierę.

– Sylwia świetnie gotuje, mamo – powiedział Michał, chwytając mnie za rękę pod stołem. – A ta kaczka jest przepyszna.

Teściowa prychnęła cicho.

– Pyszna, pyszna, ale sucha. I te pomarańcze... Kto to widział owoce do mięsa. To dobre dla Francuzów, a nie dla polskiego chłopa, który wraca z pracy.

Zacisnęłam zęby.

– Mamo, czasy się zmieniają, smaki też – powiedziałam łagodnie. – Chcieliśmy spróbować czegoś innego. To specjalna okazja.

Wtedy zapadła cisza. Teściowa odłożyła widelec i spojrzała na mnie.

– Specjalna okazja... – powtórzyła. – Dziecko drogie, ty myślisz, że małżeństwo buduje się na „specjalnych okazjach”, na drogich sukienkach i wymyślnych daniach z internetu?

Serce podeszło mi do gardła.

– Myślę, że małżeństwo buduje się na miłości i staraniu się o drugą osobę.

Teściowa pokręciła głową z politowaniem i zaśmiała się krótko.

– Staranie się... Ty się nie starasz o Michała. Ty się starasz o obrazek. Chcesz, żeby wszystko wyglądało jak w tych twoich gazetach. A życie to nie jest sesja zdjęciowa. Mąż potrzebuje spokoju, ciepła i normalności, a nie teatru. Patrzę na ciebie i widzę dziewczynkę, która bawi się w dom, ale nie ma pojęcia, co to znaczy być żoną.

Słowa zawisły w powietrzu. Michał gwałtownie odstawił szklankę.

Mamo, przesadzasz – powiedział stanowczo. – Sylwia dba o nasz dom.

– Czyżby? – Barbara nie odrywała ode mnie wzroku. – To dlaczego od wejścia czuję tu napięcie, które można kroić nożem? Dlaczego musisz udawać, że smakują ci surowe bataty? Dlaczego zamiast odpocząć, musisz brać udział w tym przedstawieniu?

Spojrzałam na Michała. Unikał mojego wzroku. Nagle poczułam się niesamowicie samotna. Moja piękna sukienka wydawała się przebraniem klauna, a kaczka na talerzu – dowodem porażki.

Nie mogłam powstrzymać płaczu

Wstałam od stołu na nogach jak z waty.

– Przepraszam. Muszę wyjść do łazienki.

Zamknęłam się i oparłam czoło o zimne kafelki. Łzy w końcu popłynęły. Nie płakałam przez złośliwość teściowej, ale dlatego, że jej słowa trafiły w czuły punkt. Od miesięcy żyłam w przekonaniu, że jeśli będę perfekcyjna – w pracy, w domu, w kuchni – to wszystko się ułoży. Teściowa w swojej okrutnej szczerości obnażyła prawdę: moje małżeństwo nie potrzebowało sufletu ani świec. Potrzebowało luzu i szczerości. Siedziałam na brzegu wanny, słuchając przytłumionych głosów z salonu. Michał kłócił się z matką.

Nie masz prawa tak do niej mówić! – jego głos przebił się przez drzwi. – Ona robi wszystko, żebyśmy byli szczęśliwi. A ty przychodzisz i niszczysz to w pięć minut!

Ja tylko otwieram ci oczy! – krzyczała teściowa.

– Nie potrzebuję twojej pomocy w patrzeniu na moją żonę! Kocham ją taką, jaka jest! Z jej kaczką, z jej karierą i z jej bałaganem w papierach!

Zamarłam. „Kocham ją taką, jaka jest”. Te słowa uderzyły mnie mocniej niż krytyka. Przemyłam twarz zimną wodą. Wyglądałam na zmęczoną. Wzięłam głęboki oddech i wyszłam.

Złapałam luz

Wróciłam do salonu w momencie, gdy teściowa nerwowo wkładała płaszcz. Michał stał na środku pokoju, oddychając ciężko. Teściowa spojrzała na mnie, ale tym razem bez pewności siebie. Była urażona reakcją syna.

– Wychodzę – oznajmiła sucho. – Nie będę wam przeszkadzać. Smacznych pączków.

Trzasnęły drzwi. W pokoju unosił się zapach bigosu, zagłuszając aromat mojej kaczki. Michał podszedł i objął mnie mocno, bez słowa.

– Przepraszam za nią – szepnął w moje włosy. – Nie powinna była tego mówić.

– Miała trochę racji – przyznałam, patrząc mu w oczy. – Może... może za bardzo się staram. Może chciałam, żeby było tak idealnie, że zapomniałam o tym, co ważne.

Michał uśmiechnął się krzywo, sięgając po pączka z pudełka matki.

– Wiesz co? Te pączki są naprawdę dobre – powiedział, gryząc spory kawałek. – Ale twoja kaczka też była super. Tylko może... może następnym razem po prostu zamówmy pizzę i obejrzyjmy serial w dresach?

Zaśmiałam się, czując ogromną ulgę.

– Pizzę w walentynki? – zapytałam, ocierając resztkę łzy.

– A dlaczego nie? Najważniejsze, żebyśmy byli razem i żeby nikt nam nie truł nad uchem.

Usiadłam na podłodze, w mojej drogiej sukience, opierając się o kanapę. Michał usiadł obok. Jedliśmy pączki teściowej, brudząc się lukrem i popijając je zimną herbatą. To nie była romantyczna kolacja z moich marzeń, ale jedząc te kaloryczne bomby i śmiejąc się z absurdu sytuacji, czułam się bliżej męża niż przez ostatnie pół roku.

Słowa teściowej były jak kubeł zimnej wody, ale stało się lekcją. Zrozumiałam, że nie muszę rywalizować z cieniem idealnej gospodyni ani udowadniać światu, że jestem perfekcyjna. Moja wartość nie leży w suflecie, ale w tym, że potrafię stworzyć dom, w którym – mimo wpadek – wciąż potrafimy się kochać. Tamten wieczór nauczył mnie odpuszczać, a walentynki o smaku pączków z różą stały się jednym z najważniejszych momentów w naszym małżeństwie.

Sylwia, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama