Reklama

Walentynki zawsze budziły we mnie sprzeczne uczucia. Z jednej strony kusiły obietnicą bliskości, z drugiej przypominały wcześniejsze zawody, po których długo zbierałam się w całość. Paweł pojawił się w moim życiu niepostrzeżenie i cierpliwie rozbrajał mój dystans. Gdy planowałam ten wieczór, byłam przekonana, że nadszedł moment, w którym wreszcie odważę się uwierzyć, że dla kogoś znaczą więcej niż tylko „teraz”.

Nie chciałam spłoszyć chwili

Restauracja była dokładnie taka, jaką sobie wyobrażałam – ciepłe światło, cicha muzyka w tle, stoliki ustawione na tyle blisko, by czuć obecność innych, ale jednocześnie mieć wrażenie prywatności. Paweł przyszedł punktualnie. Gdy mnie zobaczył, uśmiechnął się w ten swój sposób, od którego zawsze miękły mi kolana. Nie nachalnie, raczej nieśmiało, jakby wciąż nie był pewien, czy ma do tego prawo.

– Ładnie wyglądasz – powiedział, odsuwając mi krzesło.

To było jedno zdanie, a ja już zaczęłam dopisywać do niego całą historię. Że zauważył. Że mu zależy. Że ten wieczór jest ważny nie tylko dla mnie. Rozmowa płynęła lekko. Opowiadał o pracy, o Tomaszu, który znów namieszał w projekcie, żartował z własnej niekonsekwencji. Słuchałam go uważnie, łapiąc każde spojrzenie, każdy gest dłoni oparty o stół. Kiedy nachylał się w moją stronę, czułam znajome ciepło w klatce piersiowej. To było to uczucie, które sprawiało, że zapominałam o wcześniejszych wątpliwościach.

– Dobrze, że tu jesteśmy – rzucił nagle, jakby mimochodem.

Skinęłam głową, bo bałam się powiedzieć za dużo. W środku jednak krzyczałam z radości. Dobrze. Czyli razem, świadomie, nie przypadkiem. Zamówiliśmy kolację. Paweł pamiętał, czego nie lubię, co zawsze mnie wzruszało bardziej, niż chciałam przyznać. Czułam się widziana, jakbym wreszcie zajęła jakieś stałe miejsce w czyimś życiu. Myślami wybiegałam do przodu, wyobrażając sobie kolejne takie wieczory, coraz mniej nerwowe, coraz bardziej oczywiste.

Śmialiśmy się, kiedy opowiadałam mu historię z pracy. Położył dłoń na moim nadgarstku, krótko, naturalnie, jakby to był odruch. Serce zabiło mi szybciej, ale udawałam spokój. Nie chciałam spłoszyć tej chwili. Patrzyłam na niego i myślałam, że wszystko w końcu układa się we właściwym rytmie. Że może nie trzeba już niczego przyspieszać, bo on i tak zmierza w tę samą stronę. Nie zauważyłam, kiedy jego uśmiech stał się bardziej napięty, a spojrzenie zaczęło uciekać gdzieś obok. Byłam zbyt zajęta budowaniem nadziei, by dostrzec pierwsze rysy.

Policzki zaczęły mnie piec

Zauważyłam, że Paweł przestał jeść. Widelec leżał obok talerza, a on obracał w palcach serwetkę, jakby nagle stała się najważniejszą rzeczą na świecie. Uśmiech, który jeszcze chwilę wcześniej był naturalny, teraz wyglądał na przyklejony na siłę.

– Lena… – zaczął i już po tym jednym słowie poczułam niepokój. – Muszę ci coś powiedzieć.

Serce ścisnęło mi się tak mocno, że przez moment nie mogłam złapać oddechu. Skinęłam głową, próbując zachować spokój.

– Co się stało? – zapytałam cicho.

Uniósł wzrok, ale tylko na chwilę. Potem znów spojrzał w bok.

– Nie chcę, żebyś źle zrozumiała ten wieczór – powiedział wolno, ostrożnie dobierając słowa. – Dobrze mi z tobą, naprawdę. Ale… nie chcę, żebyś oczekiwała ode mnie czegoś więcej.

– Czegoś „więcej”? – wyrwało mi się, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Westchnął ciężko.

– Związku. Planów. Przyszłości. Nie jestem w miejscu, w którym mógłbym to zaoferować.

Poczułam, jak policzki zaczynają mnie piec. W głowie miałam pustkę, a jednocześnie tysiąc myśli naraz.

– Czyli co? – zapytałam, a mój głos zabrzmiał obco, jakby nie należał do mnie. – Spotykamy się od miesięcy, spędzamy ze sobą tyle czasu i… mam udawać, że nic to nie znaczy?

– To znaczy – odpowiedział szybko. – Po prostu nie to, co ty sobie wyobrażasz.

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż jakikolwiek krzyk. Oparłam dłonie o krawędź stołu, żeby nie było widać, jak bardzo mi drżą.

– Myślałam, że ten wieczór… – zaczęłam, ale urwałam. Nie chciałam brzmieć jak ktoś, kto właśnie stracił resztki godności.

– Wiem – powiedział ciszej. – I dlatego mówię to teraz. Nie chcę cię zranić bardziej później.

Spojrzałam na niego i nagle wszystko zaczęło się we mnie buntować.

– A nie przyszło ci do głowy, że mówienie tego właśnie dziś może zranić najbardziej?

Nie odpowiedział od razu. Milczenie między nami było gęste, ciężkie.

– Przepraszam – rzucił w końcu, ale to słowo nie miało w sobie nic, co mogłoby mnie ukoić.

Siedziałam naprzeciwko niego, czując, jak rozpada się obraz, który tak starannie budowałam w głowie. W jednej chwili przestałam być kobietą na romantycznej kolacji, a stałam się kimś, kto właśnie zrozumiał, że patrzył na wszystko przez własne pragnienia.

Poczułam narastający gniew

Wyszłam z restauracji szybciej, niż planowałam. Nie pamiętam, jak się pożegnaliśmy, kto pierwszy wstał od stołu ani czy Paweł próbował mnie zatrzymać. Pamiętam za to chłodne powietrze na twarzy i uczucie, jakby ktoś nagle wyłączył we mnie wszystkie emocje, zostawiając tylko pustkę. Szłam przed siebie bez konkretnego celu. Miasto było pełne ludzi, par trzymających się za ręce, śmiechu dobiegającego z kawiarni. Każdy taki obraz bolał bardziej, niż chciałam przyznać. Jeszcze godzinę wcześniej byłam przekonana, że idę dokładnie tą samą drogą co Paweł. Teraz miałam wrażenie, że od początku szliśmy równolegle, tylko ja uparcie udawałam, że to jedna ścieżka.

W głowie wciąż słyszałam jego głos. „Nie to, co sobie wyobrażasz”. Przewracałam te słowa na wszystkie strony, próbując znaleźć w nich coś, co mogłoby mnie usprawiedliwić. Może faktycznie za dużo dopowiedziałam. Może za bardzo chciałam, żeby te drobne gesty znaczyły więcej. Przypominałam sobie każdy dotyk, każde „odezwę się”, każde wspólne popołudnie... Nagle wszystko wydawało się mniej oczywiste, jakby ktoś zmienił znaczenie znanych mi znaków.

W domu zapaliłam światło i od razu poczułam, jak cisza mnie przytłacza. Zdjęłam płaszcz, rzuciłam torebkę na krzesło i usiadłam na brzegu łóżka. Telefon leżał obok, a ja patrzyłam na ekran, zastanawiając się, czy zobaczę tam wiadomość. Jakąkolwiek. Przeprosiny, wyjaśnienie, cokolwiek, co sprawiłoby, że ten wieczór nie będzie wyglądał jak pomyłka. Nie było nic. Zamiast tego pojawiły się pytania, których wcześniej unikałam.

Czy od początku wiedział, że nie chce się angażować? Czy Tomasz i jego opowieści o wolności były tylko wygodnym alibi? A może ja byłam przystankiem, chwilą oddechu między jedną decyzją a drugą? Poczułam narastający gniew, ale szybko ustąpił miejsca zmęczeniu. Najbardziej bolało nie to, co powiedział Paweł, ale to, że gdzieś głęboko w sobie już wcześniej przeczuwałam, że tak to się skończy. Zignorowałam to, bo wiara w „a może jednak” była łatwiejsza niż konfrontacja z prawdą.

Bałam się stracić to co było

Zadzwoniłam do Igi późnym wieczorem, choć przez chwilę wahałam się, czy w ogóle mam na to siłę. Odebrała niemal od razu, jakby czekała. Wystarczyło jedno „hej”, żebym poczuła, jak coś we mnie pęka. Głos mi się załamał, a słowa zaczęły wypływać same, chaotycznie, bez kolejności. Opowiedziałam jej o restauracji, o tym, jak bardzo się starałam, jak analizowałam każdy gest Pawła. Mówiłam szybko, jakbym bała się, że jeśli się zatrzymam, to już nie dam rady wrócić do tej historii. Iga słuchała uważnie. Czułam to nawet przez telefon. Nie przerywała, nie uspokajała na siłę.

Kiedy dotarłam do momentu, w którym Paweł „postanowił być szczery”, zapadła cisza. Ta dobra, potrzebna cisza. Iga w końcu zaczęła zadawać pytania. Spokojne, rzeczowe, ale trafiające dokładnie tam, gdzie bolało najbardziej. Czy kiedykolwiek powiedział wprost, że chce ze mną czegoś na serio? Czy ja sama nie widziałam wcześniej sygnałów ostrzegawczych? Czy to, co brałam za bliskość, nie było po prostu jego wygodą? Słuchając jej, czułam narastający opór. Chciałam się bronić, tłumaczyć go, tłumaczyć siebie. Ale im dłużej mówiła, tym trudniej było mi uciekać od prawdy. Iga nie oskarżała. Raczej delikatnie zdejmowała ze mnie kolejne warstwy iluzji, które tak skrupulatnie na siebie nakładałam.

Zdałam sobie sprawę, że najbardziej boli mnie nie jego brak deklaracji, ale fakt, że sama przekraczałam swoje granice. Godziłam się na półsłówka, na niejasności, na ciągłe „zobaczymy”, bo bałam się stracić to, co było. Nawet jeśli było niewystarczające. Po rozmowie długo siedziałam w ciszy. Telefon leżał obok, a ja patrzyłam w jeden punkt, czując jednocześnie ulgę i ogromny smutek. Po raz pierwszy dopuściłam do siebie myśl, że to nie Paweł mnie zawiódł najbardziej. Zawiodłam siebie, ignorując własną intuicję.

Został tylko smutek i żal

Rano obudziłam się z ciężarem w klatce piersiowej, ale też z dziwnym poczuciem jasności. Jakby w nocy coś się we mnie poukładało, nawet jeśli wcale nie czułam się silniejsza. Leżałam chwilę w łóżku, wpatrując się w sufit i myśląc o tym, jak bardzo chciałam wierzyć, że Paweł kiedyś „dojrzeje” do tego, co ja czułam od dawna. Teraz wiedziałam, że on nie miał się do czego zmieniać. Od początku był konsekwentny, tylko ja dopisywałam mu inne zakończenie.

Przez dłuższą chwilę trzymałam telefon w dłoni, zanim napisałam krótką wiadomość. Bez wyrzutów, bez emocjonalnych wyjaśnień. Napisałam, że potrzebuję zakończyć tę relację, bo oczekujemy od siebie czegoś zupełnie innego. Kiedy wysłałam tę wiadomość, poczułam, jak drżą mi ręce. Nie było w tym triumfu ani ulgi. Był smutek i żal po tym, co mogło się wydarzyć, a nigdy nie miało szansy. Paweł odpisał po jakimś czasie. Zrozumiał. Uszanował. To tylko potwierdziło, że moja decyzja była słuszna. Gdyby naprawdę chciał walczyć, zrobiłby to wcześniej.

Walentynki, które miały być świętem bliskości, stały się dla mnie bolesną lekcją samoświadomości. Zrozumiałam, że miłość bez jasności powoli odbiera spokój, a nadzieja oparta na domysłach potrafi zranić bardziej niż jedno szczere zdanie wypowiedziane za późno. Nie byłam jeszcze pogodzona z tym, co się stało. Wciąż zdarzało mi się wracać myślami do tamtego wieczoru i zastanawiać, co mogłam zrobić inaczej. Ale po raz pierwszy od dawna wiedziałam, że postawiłam siebie na pierwszym miejscu. I to było ważniejsze niż jakakolwiek obietnica.

Lena, 28 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama