Reklama

W ten wieczór Hubert obiecał mi coś wyjątkowego, coś, co miało przypomnieć nam, dlaczego sześć lat temu powiedzieliśmy sobie „tak”. Mieliśmy być tylko my, przygaszone światła i obietnica nieskończonej rozkoszy.

Potrzebowaliśmy resetu

Jesteśmy z Hubertem tym typem pary, na który znajomi patrzą czasem z lekkim politowaniem, a czasem z ukrytą zazdrością. Po sześciu latach wciąż trzymamy się za ręce w kinie, a on nadal mnie przytula, kiedy gotuję obiad. To nie jest ta cukierkowa miłość. To coś głębszego. To ta chemia, która sprawia, że kiedy on wchodzi do pokoju w samej koszuli, ja zapominam, o czym mówiłam przez telefon.

Nie potrzebujemy specjalnych okazji, żeby wylądować w łóżku, ale Walentynki w tym roku miały być inne. Ostatnie miesiące dały nam w kość – jego awans, moja zmiana pracy, remont łazienki, który przeciągnął się w nieskończoność. Byliśmy zmęczeni. Potrzebowaliśmy resetu. Potrzebowaliśmy nocy, podczas której istniejemy tylko my dwoje, odcięci od reszty świata grubą kreską bliskości.

Przez cały tydzień poprzedzający 14 lutego Hubert chodził dziwnie podniecony. Szeptał mi do ucha obietnice, od których robiło mi się gorąco w środku zimy, wysyłał dwuznaczne SMS-y, kiedy siedziałam na nudnych zebraniach w pracy. Czułam to narastające napięcie. To, co planował, miało być zwieńczeniem naszej tęsknoty za beztroską.

Nie mogłam się doczekać

Wyszłam z pracy wcześniej, biorąc na żądanie pół dnia wolnego. Chciałam się przygotować. Długa kąpiel z olejkami, peeling, balsamowanie każdego centymetra ciała, układanie włosów w te niedbałe fale, które w rzeczywistości zajmują godzinę. Kupiłam bieliznę. Nie byle jaką. Czarną koronkę, która kosztowała majątek, ale wiedziałam, że warto. Kiedy spojrzałam w lustro, widziałam kobietę gotową na to, by jej mąż stracił dla niej głowę. Gdy Hubert wrócił do domu, wygonił mnie z kuchni.

– Ani mi się waż tu zaglądać! – krzyknął, barykadując drzwi krzesłem.

Słyszałam brzęk garnków, syczenie patelni i zapach krewetek w maśle czosnkowym. Mój mąż, który zazwyczaj ogranicza się do zrobienia jajecznicy, przygotowywał ucztę. Moje serce topniało szybciej niż lód w drinku.

O godzinie 19 zostałam zaproszona do salonu. Weszłam i zaniemówiłam. Nasze zwykłe mieszkanie zamieniło się w buduar. Hubert zasłonił rolety, a jedynym źródłem światła były dziesiątki świec rozstawionych wszędzie – na parapecie, na komodzie, na stole. Hubert stał w swojej najlepszej koszuli, z błyskiem w oku, który mówił: „dziś w nocy nie pośpimy”.

Byłam zachwycona

Usiedliśmy. Pierwszy kęs krewetki był idealny.

– Kochanie – zaczęłam, wodząc palcem po brzegu kieliszka. – Nie masz pojęcia, jak bardzo tego potrzebowałam. Tylko ty i ja. Żadnych telefonów, żadnych problemów, żadnych ludzi.

– Nikt nam nie przeszkodzi – obiecał, całując moją dłoń.

I wtedy to się stało. Dzwonek do drzwi. To było natarczywe, długie dzwonienie, jakby palił się świat albo przynajmniej klatka schodowa. Zamarliśmy. Hubert spojrzał na zegarek. 19:45.

– Może to pomyłka? – szepnęłam z nadzieją.

Dzwonek zadzwonił znowu. Tym razem doszło do tego łomotanie pięścią w drzwi.

– Hubert! Otwórz, wiem, że tam jesteście, widzę światło w oknie! – głos był stłumiony przez grube drzwi antywłamaniowe, ale rozpoznałabym go wszędzie. Nawet w piekle.

Moja teściowa. Hubert zbladł. Cały ten urok wyparował w sekundę, zastąpiony przez postawę wystraszonego chłopca.

– Co ona tu robi? – jęknął bezgłośnie.

– Nie otwieraj – syknęłam, czując, jak moja koronkowa bielizna nagle zaczyna mnie uwierać. – Udawajmy, że nas nie ma.

– Ona ma klucze… – przypomniał mi Hubert z przerażeniem w oczach. – Dałem jej komplet, jak wyjeżdżaliśmy na wakacje, żeby podlewała kwiaty. Zapomniałem odebrać.

Przyszła bez zapowiedzi

Zanim zdążył wstać od stołu, usłyszeliśmy zgrzyt zamka. Drzwi otworzyły się z impetem. Teściowa wpadła do środka jak jednoosobowy oddział szturmowy.

– No wreszcie! Myślałam, że coś wam się stało! – krzyknęła od progu, nie zdejmując nawet butów. – Dzwonię i dzwonię, a wy co? Głusi?

Stanęła w wejściu do salonu i zamilkła. Jej wzrok, niczym skaner termowizyjny, omiótł pomieszczenie. Atmosfera intymności prysła jak bańka mydlana przekłuta zardzewiałą szpilką.

– Mamo… – zaczął Hubert, próbując zasłonić sobą stół. – Co ty tu robisz? Są Walentynki.

– Komercyjne święto z Ameryki. A matka chora, samotna, ciśnienie mi skoczyło dwieście na sto, myślałam, że zejdę! A synuś nie odbiera!

Spojrzałam na nią. Wyglądała na okaz zdrowia. Policzki miała zaróżowione od zimna, a energii więcej niż ja po trzech kawach. To była jej klasyczna zagrywka. „Umierający łabędź”.

– Mamo, naprawdę, mieliśmy plany… – Hubert próbował być asertywny, ale w starciu z matką jego kręgosłup moralny zamieniał się w żelkę.

– Plany? – przerwała mu, podchodząc do stołu. – Co to jest? Krewetki? Robaki morskie będziecie jeść? Hubert, przecież ty masz wrażliwy żołądek po ojcu!

Zepsuła nam wieczór

Nie pytając o zgodę, zdjęła płaszcz, rzucając go na fotel, i usiadła na wolnym krześle.

– Zrób mi herbaty, synku. Słabej. I daj talerz, bo w sumie nic nie jadłam przez te nerwy.

Stałam tam jak wryta. To był gwałt na naszej prywatności. Brutalne wtargnięcie w naszą intymną przestrzeń. Hubert spojrzał na mnie błagalnie, wzrokiem mówiącym: „proszę, wytrzymaj chwilę, zaraz ją spławię”. Ale teściowa nie zamierzała dać się spławić. Zaczęła nakładać sobie nasze jedzenie.

– Zimne – skomentowała, żując kaczkę. – I niedogotowany ryż. Ewa, ty to robiłaś?

– Hubert gotował – wycedziłam przez zęby, siadając naprzeciwko niej. Moja noga pod stołem drżała z nerwów.

– Aaa, Hubert… No tak. Biedny chłopak, musi sam sobie gotować po pracy. Jakby żony w domu nie było.

To był cios poniżej pasa. Pracuję ciężko, zarabiam, a w domu dzielimy się obowiązkami po równo. Dla teściowej jednak mężczyzna w kuchni to oznaka upadku cywilizacji i porażki kobiety.

Nie dała nam żyć

Wydawało mi się, że gorzej być nie może. Myliłam się. Teściowa wyciągnęła z reklamówki słoik.

– Masz, przywiozłam wam bigos. Prawdziwe jedzenie, a nie te francuskie wydziwiania. Odgrzejcie sobie jutro. A ty… – zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu. – Ta sukienka to chyba trochę za kusa, co? Mąż ci pozwala tak paradować? Przecież to widać wszystko.

Hubert zakrztusił się winem.

– Mamo, przestań! Ewa wygląda pięknie.

– Mieszkanie puste, cisza taka, tylko te świece palicie jak na cmentarzu. Kiedy wy się wreszcie weźmiecie do roboty? Zegar tyka. Trzydziestka na karku. Ja w twoim wieku to już Huberta do przedszkola prowadzałam. A wy co? Kariera? Wycieczki? I te… – wskazała widelcem na pudełeczko leżące na konsoli. Był to prezent od Huberta dla mnie. Złota bransoletka.

Teściowa bezczelnie otworzyła pudełko.

– O matko jedyna… Złoto? Hubert, czyś ty zwariował? Ile to kosztowało? Pół twojej pensji? Dach mi przecieka w altance, rynna odpadła, prosiłam cię o pożyczkę, mówiłeś, że nie masz. A na błyskotki dla żonki to masz? Rozpieszczasz ją, a ona ci nawet obiadu nie ugotuje!

Miarka się przebrała

Tego było za wiele. To nie był już tylko zepsuty wieczór. To był atak na moją godność, na mojego męża i na nasze wybory życiowe. Czułam, jak rośnie we mnie zimna, wyrachowana wściekłość. Wstałam powoli. Byłam wyższa od niej, zwłaszcza w szpilkach. Poprawiłam „zbyt kusą” sukienkę i spojrzałam jej prosto w oczy.

– Mamo – powiedziałam głośno i wyraźnie. – Odłóż to pudełko.

Zaskoczona moim tonem, cofnęła rękę.

– Słucham? Ty na mnie krzyczysz w domu mojego syna?

– W naszym domu – poprawiłam ją, robiąc krok w jej stronę. – W domu, za który płacimy kredyt my dwoje. W domu, do którego wpadłaś bez zaproszenia, niszcząc jedyny wieczór, jaki mamy dla siebie od miesięcy. Obrażasz mnie, obrażasz Huberta, krytykujesz nasze jedzenie, nasze wydatki i nasze życie intymne.

Spojrzałam na Huberta. Siedział ze spuszczoną głową, miętosząc serwetkę.

– Hubert – powiedziałam miękko, ale stanowczo. – Masz teraz wybór. Albo twoja matka wyjdzie stąd w ciągu dwóch minut, albo ja wychodzę. I jeśli ja wyjdę, to wrócę dopiero, kiedy odda klucze i ustalisz granice. Kocham cię, ale nie będę piatym kołem u wozu w twoim związku z matką.

Postawił jej się

W pokoju zapadła cisza absolutna. Słychać było tylko skwierczenie dopalającej się świecy. Teściowa otworzyła usta, żeby zacząć swoją standardową tyradę o niewdzięczności, o bólach serca i poświęceniu. Nabierała powietrza, jej twarz robiła się czerwona, przygotowywała się do płaczu.

– Hubert! Słyszysz, jak ona mnie traktuje?! Wyrzucisz własną matkę?! Chorą matkę?! – wrzasnęła, chwytając się teatralnie za serce.

Hubert podniósł wzrok. Spojrzał na nią, potem na mnie. Widziałam w jego oczach walkę między latami tresury i poczucia winy, a miłością do mnie i szacunkiem do samego siebie. Wstał powoli. Podszedł do matki.

– Mamo – powiedział cicho. – Ewa ma rację.

Teściowa zamarła. Tego nie było w scenariuszu.

– Co? – wykrztusiła.

– Przesadziłaś. To nasz wieczór, nasz dom i nasze pieniądze. Nie masz prawa tu przychodzić i nas obrażać. Nie masz prawa mówić o Ewie w ten sposób. Ona jest moją żoną. Jest najważniejszą osobą w moim życiu.

– Ważniejszą od matki?! – pisnęła teściowa z niedowierzaniem.

– Tak – powiedział Hubert, a mi serce podskoczyło do gardła. – Teraz tak. Bo to z nią buduję życie. Proszę, oddaj mi klucze.

Wygonił ją

Teściowa patrzyła na niego jak na obcego. Przez chwilę myślałam, że rzuci talerzem, ale Hubert stał twardo, wyprostowany, nie ten sam chłopiec, co pięć minut temu. Widziałam w nim mężczyznę, którego pokochałam. Jego matka trzęsącymi się rękami wygrzebała klucze z torebki i rzuciła je na stół. Brzęk metalu o szkło był najpiękniejszą muzyką tego wieczoru.

– Nie poznaję cię – syknęła, łapiąc za płaszcz. – Zobaczysz, jeszcze przyjdziesz do mnie z płaczem, jak ona cię zostawi dla innego, bogatszego!

– Wyjdź, mamo – powiedział Hubert, otwierając drzwi.

Wyszła, trzaskając drzwiami tak mocno, że ze ściany spadł obrazek z naszym zdjęciem ślubnym. Zostaliśmy sami. Jedzenie było zimne, świece w połowie wypalone, atmosfera romantyzmu została zmiażdżona przez buldożer w moherze. Hubert oparł się czołem o drzwi i stał tak przez dłuższą chwilę.

– Przepraszam cię – powiedział, nie odwracając się. Głos mu się łamał. – Tak bardzo chciałem, żeby było idealnie. Jestem idiotą, że dałem jej te klucze.

Byłam z niego dumna

Podeszłam do niego i przytuliłam go. Czułam, jak napięcie powoli z niego schodzi.

– Jesteś moim bohaterem. Wiesz, jak trudno jest postawić się rodzicowi? Zrobiłeś to. Dla nas.

Odwrócił się i spojrzał na mnie. Był zmęczony, smutny, ale w jego oczach była też ulga.

– Zniszczyła wszystko. Kolacja zimna, nastrój diabli wzięli…

– Mamy bigos, pamiętasz?

Parsknął śmiechem. Był to nerwowy, krótki śmiech, ale przełamał lody.

– Bigos walentynkowy. Tego jeszcze nie grali.

Zjedliśmy ten nieszczęsny bigos, siedząc na podłodze w kuchni. Śmialiśmy się z absurdu tej sytuacji, naśladując miny teściowej. To nie była noc z filmu. Nie było płatków róż i romantycznej kolacji przy świecach. Było coś więcej.

Kiedy w końcu poszliśmy do łóżka, nie było dzikich szaleństw. Było dużo czułości. Hubert przytulał mnie tak mocno, jakby bał się, że zniknę. Czułam, że ta awantura, paradoksalnie, zbliżyła nas do siebie bardziej niż jakakolwiek luksusowa kolacja. Zobaczyliśmy, że stoimy po tej samej stronie barykady. Że jesteśmy zespołem. Zrozumiałam, że mój mąż w końcu dorósł do tego, by być moim mężem na 100%, nawet jeśli oznacza to wojnę z mamusią.

Ewa, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama