„Walentynki to dla innych radosny czas, a dla mnie najgorszy dzień w roku. Zapalam wtedy znicz na grobie mojej miłości”
„Zanim wszystko się zmieniło, Walentynki były dla nas małym, cichym świętem, które obchodziliśmy po swojemu. Nie było wystawnych kolacji ani prezentów jak z reklamy. Czasem wieczorem zamawialiśmy pizzę, a czasem szliśmy na długi spacer po mieście, śmiejąc się z par mijanych na ulicach”.

- Redakcja
Walentynki dla większości ludzi kojarzą się z radością, czerwonymi sercami, bukietami kwiatów i czułymi wyznaniami. Dla mnie to dzień żałoby, wspomnień i niewypowiedzianej tęsknoty, której nie koi żaden czas. Sześć lat temu właśnie 14 lutego zostałam wdową. Odeszła moja druga połowa, osoba, z którą planowałam się zestarzeć, a zamiast tego musiałam nauczyć się żyć sama. Co roku, gdy inni zakochani rezerwują stoliki w restauracjach, ja przygotowuję znicz, zamawiam świeże kwiaty i jadę na cmentarz. To tu, przy zimnym granicie, szepczę słowa miłości do kogoś, kogo już nie ma. Moja historia nie jest bajką, lecz prawdziwym zapisem straty i prób odnajdywania sensu w samotności.
Walentynki były najgorsze
Każdego roku 14 lutego budziłam się z dziwnym ciężarem w sercu, zanim jeszcze w pełni zrozumiałam, co to za dzień. Poranek zaczynał się zawsze tak samo – przez chwilę łudziłam się, że wszystko jest jak dawniej, że zaraz usłyszę znajomy dźwięk kubków w kuchni i jego stłumione pogwizdywanie. Wstawanie w Walentynki było jak przecieranie oczu po długim śnie, z którego nie chce się wybudzić, bo świat na jawie jest zbyt trudny. Przyzwyczaiłam się do samotności, lecz tego dnia zawsze bolała bardziej. Otwierałam szafkę, w której nadal trzymałam jego ulubioną kawę, choć przecież od dawna nikt jej nie pije. Przy stole siadałam sama, łapiąc się na tym, że kładę drugi talerz, jakby zaraz miał do mnie dołączyć. Czasem mówiłam do pustego pokoju, zbyt głośno stąpałam, by przez moment poczuć iluzję obecności.
– Znowu nie zdążyłam po ciebie do sklepu – mruknęłam do stojącego na parapecie kaktusa, który dostałam od niego na pierwsze wspólne Walentynki.
Zamykając oczy, pozwalałam sobie na chwilę wspomnień. Nawet po tylu latach jego nieobecność miała swój ciężar, a miłość do niego nie gasła, tylko zmieniała formę – była coraz cichsza, schowana głębiej, lecz równie prawdziwa.
Tęskniłam za zwyczajnością
Zanim wszystko się zmieniło, Walentynki były dla nas małym, cichym świętem, które obchodziliśmy po swojemu. Nie było wystawnych kolacji ani prezentów jak z reklamy. Czasem wieczorem zamawialiśmy pizzę, a czasem szliśmy na długi spacer po mieście, śmiejąc się z par mijanych na ulicach. Najwięcej radości sprawiały nam drobiazgi, o których wiedzieliśmy tylko my. W tamten ostatni wspólny wieczór również nie planowaliśmy niczego wielkiego.
– Wiesz, nie potrzebuję nic więcej, wystarczy, że jesteś – powiedział mi, kiedy zapytałam, czy nie chce zrobić czegoś „specjalnego”.
– Przestań, i tak zaplanowałam, że dziś ty zmywasz – odpowiedziałam ze śmiechem, a on tylko pokiwał głową, udając, że się buntuje.
– Ty dyktujesz, ja się słucham. Taki układ. Może być? – rzucił i podszedł, żeby mnie pocałować w czoło.
Wieczór minął na rozmowach, wspomnieniach i zwyczajnym byciu razem. Tak niewiele potrzeba było do szczęścia. Nigdy nie przypuszczałam, że przyjdzie mi tęsknić właśnie za tą zwyczajnością. Za jego cichymi żartami, za wspólną ciszą, za poczuciem, że wszystko jest na swoim miejscu. Nie myślałam, że jedna noc może odebrać mi to wszystko.
Nawet nie zapłakałam
Tamten dzień zaczął się jak każdy inny. Był mróz, powietrze pachniało śniegiem. Szykowaliśmy się do pracy w pośpiechu, żartując przy śniadaniu, kto dziś szybciej zmarznie na przystanku.
– Jak będziesz grzeczna, kupię ci czekoladę po drodze – obiecał, zakładając szalik.
– Zobaczymy, czy nie zapomnisz, jak zwykle – odparłam z przekąsem, celowo się drażniąc.
– Ja? Nigdy nie zapominam o ważnych sprawach – puścił do mnie oko i wyszedł, a za nim zamknęły się drzwi.
Tego dnia przyszłam do domu pierwsza. Dziwnie cicho było w mieszkaniu, jakby ktoś wyłączył dźwięk. Minuty przeciągały się niemiłosiernie. Dzwoniłam do niego, ale nie odbierał. Z każdą godziną rosło we mnie napięcie, którego nie potrafiłam nazwać. O 17:40 zadzwonił telefon – obcy, urzędowy głos poinformował mnie o wypadku. Świat przestał istnieć. Nie pamiętam, co odpowiedziałam, jak się ubrałam, jak dotarłam do szpitala. Pamiętam tylko pustkę w korytarzu i lekarza, który patrzył na mnie z żalem.
– Przepraszam… zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy – powiedział cicho, a ja nawet nie zapłakałam. Stałam i słuchałam, jakby mówił o kimś zupełnie obcym.
Życie po śmierci
Po pogrzebie rzeczywistość stała się obca i zimna. Wszyscy wokół próbowali mnie pocieszyć, powtarzali, że czas leczy rany, żebym dbała o siebie, żebym nie zamykała się w domu. Nikt jednak nie mógł zrozumieć tej dziwnej pustki, jaka zamieszkała we mnie na stałe. W pracy patrzyli na mnie współczująco, a znajomi nieśmiało pytali, czy chcę wyjść na kawę. Próbowałam udawać, że wracam do normalności, ale wszystko wydawało się jakieś płaskie i bezbarwne.
Wieczorami zasypiałam z telefonem w dłoni, bo wciąż łudziłam się, że napisze wiadomość.
– Daj znać, kiedy wrócisz – powtarzałam do ekranu, jakby mógł mnie usłyszeć.
Czasem mówiłam do jego zdjęcia, pytając o radę w błahych sprawach. Potrzebowałam jego obecności, choćby namiastki. Każda rocznica, każde święto bolało bardziej. W Walentynki, kiedy inni kupowali kwiaty, ja kupowałam znicze. Układałam je starannie na nagrobku, zawsze te same, bo on najbardziej lubił białe. Przy grobie szeptałam słowa, których nie miałam odwagi powiedzieć za życia. Moja miłość nie zniknęła – zmieniła się w tęsknotę i rytuał odwiedzin. Cmentarz stał się miejscem, gdzie mogłam być z nim choć przez chwilę.
Miłość na cmentarzu
Co roku w Walentynki pakowałam do torby kwiaty, znicz i termos z kawą, jakby wybierała się na spotkanie. Cmentarz był cichy, puste alejki prowadziły do jego grobu, a śnieg tłumił wszystkie dźwięki. Siadałam na ławce, obok nagrobka, i zaczynałam mówić do niego, jakby siedział tuż obok mnie.
– Pamiętasz, jak kiedyś śmialiśmy się z tych wszystkich pluszowych misiów w kwiaciarniach? – pytałam cicho, przesuwając palcem po zimnym kamieniu.
Czasem pojawiali się inni ludzie, przemykali szybko, każdy ze swoim bólem. Nikt nie zwracał uwagi na kobietę rozmawiającą z grobem. Opowiadałam mu o tym, co zmieniło się w pracy, że sąsiadka znowu gubi klucze, że kawa bez niego smakuje inaczej. Zdarzało mi się nawet żartować, powtarzając jego stare dowcipy, jakby chciał, żebym choć przez chwilę się uśmiechnęła. Zostawałam tam długo, aż zaczynały mi marznąć palce, a dzień chylił się ku końcowi. Zawsze na koniec przykucałam, dotykałam płyty nagrobnej i szeptałam:
– Kocham cię. Wrócę za rok, jeśli nie uda mi się wcześniej znaleźć odwagi, by przyjść częściej.
Każde Walentynki były spotkaniem z nim – innym niż kiedyś, ale wciąż pełnym miłości.
Między życiem a pamięcią
Z czasem nauczyłam się funkcjonować w świecie, który nie był już naszym światem. Oddychałam, pracowałam, spotykałam ludzi, lecz część mnie zawsze zostawała tam, na cmentarzu, przy jego imieniu wyrytym w kamieniu. Walentynki stały się symbolem granicy między tym, co było, a tym, co pozostało jedynie wspomnieniem. Nie walczyłam już z tym dniem. Przyjmowałam go takim, jaki był, razem z bólem i cichą wdzięcznością za lata, które dostaliśmy.
Zauważyłam, że kiedy stoję przy jego grobie, nie czuję już tylko rozpaczy. Pojawiał się spokój, delikatny i kruchy, jakby pozwalał mi iść dalej bez poczucia zdrady. Rozumiałam, że pamięć nie oznacza zatrzymania się w miejscu. Miłość, choć inna, nadal we mnie żyła i nie musiała zamykać mnie na przyszłość. Czasem łapałam się na tym, że potrafiłam się śmiać bez wyrzutów sumienia, a to było dla mnie największym krokiem naprzód. Wracając z cmentarza, zawsze odwracałam się jeszcze raz. Mówiłam w myślach, że nadal go noszę w sobie, nawet jeśli uczę się żyć sama. Walentynki nie były już tylko dniem straty. Stały się dniem pamięci o miłości, która mnie ukształtowała i nauczyła, że nawet po śmierci może trwać w ciszy, bez świadków.
Ewa, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Marzyłam o dubajskiej czekoladzie na walentynki. Niestety mój mąż to sknera i żal mu kasy ma prezenty dla żony”
- „14 lutego tajemniczy Walenty zaprosił mnie na randkę. Zamarłam, gdy zobaczyłam jego twarz za ogromnym bukietem róż”
- „Mąż na walentynki zamówił dla mnie bukiet 21 czerwonych róż. Zamarłam, gdy odkryłam, co to znaczy”