„We wszystkim chciałam być idealna, by sprostać cudzym wymaganiom. Wreszcie otrzeźwiałam i zrozumiałam, co jest ważne”
„– Twoje życie? Burzę? – prychnęła. – Chyba raczej prostuję! Żyjesz w zakłamaniu. W niezgodzie z samą sobą. Jesteś niewolnicą narzuconych ci przez innych ról. Ja tylko cię uwolniłam”.

- Wioletta, 34 lata
Poranek był wyjątkowo dziwny
Natrętny dźwięk telefonicznego budzika wwiercał mi się w mózg, próbując rozsadzić go od środka. Z trudem uniosłam ciężkie powieki i spojrzałam na wyświetlacz – była siódma rano. Poczułam pulsujący w głowie ból i drapanie w wysuszonym gardle. Nie, stanowczo nie byłam jeszcze gotowa, żeby wstać. Włączyłam więc funkcję „odłóż” i z powrotem opadłam na poduszkę. Do następnego alarmu miałam jeszcze 15 minut.
Owszem, wczoraj odrobinę przesadziłam. Janka miała 35. urodziny i trochę z dziewczynami zaszalałyśmy w klubie. Prawdę mówiąc, ledwo pamiętałam, jak dotarłam po imprezie do domu. Całe szczęście, że wczoraj po południu odstawiłam Werkę na nocowanie do mamy. Babcia, jak zwykle, nie była zadowolona, że będzie musiała robić za nianię, ale przynajmniej moja pięcioletnia córeczka nie musiała teraz patrzeć na przypominającą upiora mamę. No i nie trzeba było biegiem odstawiać jej do przedszkola.
Zmusiłam się, żeby wstać. Spojrzałam na zegarek – była godzina 7.00. Dziwne. Skoro budzik był nastawiony właśnie na 7.00, a ja niedawno przesunęłam alarm o 15 minut, to powinna być teraz 7.15! Co za licho? Nie było czasu na analizowanie tej zagadki. Wzruszyłam ramionami i powlokłam się do łazienki. A tam… stanęłam jak wryta.
Co za chaos! Wiedząc, że mam skłonność do bałaganiarstwa, zawsze dbałam, by wszystko w domu leżało na właściwym miejscu. Szczególnie w łazience, do której wchodziłam rano półprzytomna i niewyspana. A do tego w pośpiechu. Ani o centymetr nie zmieniałam położenia jakiegokolwiek z kosmetyków, ręcznika, szlafroka, wacików czy szczotki, żeby trafić na to nawet z zamkniętymi oczami. Tymczasem tego poranka pomieszczenie wyglądało, jakby przeszedł przez nie tajfun. Albo jakby urzędowała w nim przede mną jakaś obca, wściekła bałaganiara.
„Aż tak byłam wczoraj pijana?” – przemknęła mi przez głowę nieprzyjemna myśl. Ogarnął mnie nieokreślony niepokój. „Czy to też efekt kaca? A może wyrzuty sumienia?”. No cóż, zdawałam sobie sprawę, że daleko mi zarówno do idealnej pani domu, jak i doskonałej matki. Te dwie role, a może raczej jedna, zaczynały mnie trochę przerastać. Już nie dawałam rady.
Wszystko robiłam sama
Werkę wychowywałam sama. Codziennie rano zrywałam się o godzinie szóstej, brałam prysznic, robiłam makijaż i wbijałam się w zgodny z biurowym dress code’em komplecik. Następnie robiłam córce śniadanie, ubierałam ją i myłam ząbki. Potem bieg do przedszkola, do którego choćby minuta spóźnienia oznaczała zderzenie z zamkniętymi drzwiami i konieczność błagania woźnej, by nas wpuściła. Nic dziwnego, że mała nienawidziła tam chodzić. Ale jaki był wybór? Ech, cholerne życie samotnej matki!
„Samotna matka” – to określenie nie chciało się ode mnie odczepić. Nienawidziłam go. I nie chodziło mi bynajmniej o tęsknotę za byłym mężem. Robert to słabeusz i drań. Najpierw okazało się, że mnie zdradzał, potem – na sprawie rozwodowej – miał czelność przedstawiać jakichś fałszywych świadków mówiących, że wina za rozpad związku leży rzekomo po mojej stronie. A kiedy sąd nie dał się nabrać na te łgarstwa i zasądził mu odpowiednie alimenty – zaczął się migać.
Zrezygnował z etatu w warsztacie samochodowym, w którym przez ostatnie lata pracował, i zatrudnił się w innym. Na czarno. Doskonale wiedziałam, że zarabia tam mnóstwo pieniędzy, ale komornik rozkładał ręce. Robert skutecznie ukrywał dochody, mieszkał u swojej mamusi. Oficjalnie nie miał nic. A do tego kompletnie olał córkę, która jeszcze przez rok po naszym rozstaniu, codziennie pytała, dlaczego tatuś do niej nie przychodzi.
Wszystko więc było na mojej głowie. Opłaty, życie, ubranka, zabawki. A do tego musiałam grać przed dzieckiem spokojną, zrównoważoną, szczęśliwą mamusię. Wcale się taka nie czułam. Ostatnio coraz częściej chciało mi się płakać, wściekać, huknąć pięścią w stół. Ale nie mogłam. Ani przy Werce, co jeszcze oczywiste, ani w pracy, gdzie z kolei – jako asystentka prezesa – musiałam zgrywać piękną, opanowaną profesjonalistkę. Jasny szlag! Miałam po dziurki w nosie tej gry pozorów!
Wszystko mnie przytłaczało
Jakimś cudem udało mi się odnaleźć szampon i żel kąpielowy. Potem zrobiłam makijaż, ubrałam się i wybiegłam przed dom. Spojrzałam na zegarek – w pracy powinnam być za 10 minut. Nie ma szans, żebym zdążyła, nawet taksówką. Szef znowu będzie się wściekał.
Skoro poranny ochrzan wydawał się nieunikniony, uznałam że nic się nie stanie, jeśli wpadnę do zaprzyjaźnionego barku po kawę. Zawsze brałam kubek, żeby popijać w drodze do przedszkola, teraz postanowiłam wspomóc się kofeiną podczas dojazdu do pracy.
– Dzień dobry, pani Teresko! – zawołałam do barmanki.
Lubiłam ją, mimo że starsza ode mnie o dziesięć lat kobieta zasypywała mnie poradami, jak powinnam ułożyć sobie życie (znaleźć porządnego faceta, rzucić pracę, zająć się domem i dzieckiem). Zawsze odpowiadałam jej żartem, że kiedyś się zastosuję do jej instrukcji i razem się z tego śmiałyśmy. Zaskoczyło mnie więc, że nie odpowiedziała na moje pozdrowienia. A nawet zmierzyła groźnym wzrokiem.
– Czego sobie jeszcze życzy? – odburknęła. – Poprzednia kawa była niedobra?
– Poprzednią piłam wczoraj – sprostowałam. – A dzisiaj…
Nie pozwoliła mi dokończyć.
– Nie dość, że na mnie nawrzeszczałaś, to teraz jeszcze żarty sobie robisz? Może jestem tylko zwykłą barmanką, jak byłaś łaskawa przed chwilą zauważyć, ale to nie znaczy, że nie mam swojej godności! Jak mogłaś nazwać mnie „wścibską babą”?!
Zatkało mnie.
– Kiedy tak do ciebie powiedziałam?
– No jak to kiedy? Głupią udajesz? Byłaś tu 15 minut temu, wzięłaś kawę i jeszcze mnie ochrzaniłaś, żebym się nie wtrącała do twojego życia!
Niczego nie rozumiałam
Oszołomiona, wyszłam z powrotem na ulicę. „Co się dzieje?” – zastanawiałam się gorączkowo. „Najpierw ten budzik, a teraz Teresa. Chyba nie zaczynam świrować?”. Te rozmyślania przerwało pojawienie się wezwanej wcześniej taksówki. Wsiadłam, podałam adres swojej pracy i z ulgą opadłam na tylną kanapę.
Pół godziny później weszłam do pracy. Pędząc do windy, przybrałam skruszony wyraz twarzy. „Chyba szef bardzo się nie wkurzy za pół godziny spóźnienia?” – myślałam z nadzieją. Zawsze starałam się przychodzić przed nim, a wychodzić po nim. Byłam na każde jego skinienie, zwolnienia lekarskie brałam tylko wtedy, gdy córka miała wysoką gorączkę. Na palcach jednej ręki mogłabym zliczyć wszystkie swoje spóźnienia. A przecież pracowałam w tej firmie już prawie pięć lat!
Podniesiona tymi przemyśleniami na duchu, wysiadłam na swoim piętrze. I natychmiast zrozumiałam, że coś jest nie tak. Ludzie patrzyli na mnie oczami jak spodki, po czym prędko odwracali wzrok. Co się dzieje u licha?
– I ty masz czelność tutaj wracać? – z oburzeniem powitał mnie szef. – Jeśli chcesz teraz przepraszać za swój wybuch i odwołać złożenie wypowiedzenia, to nic z tego! Trzeba było powiedzieć mi to wszystko w cztery oczy, a nie wydzierać się przy wszystkich!
Odniosłam nieprzyjemne wrażenie, że przeżywam właśnie jakieś upiorne deja vu. Najpierw Teresa, teraz on. Chyba naprawdę zaczynałam świrować!
– Mogę wiedzieć, o czym pan mówi? – spytałam ostrożnie.
– Próbujesz mi wmówić, że masz amnezję? A może siostrę bliźniaczkę? Wpadłaś tutaj 20 minut temu jak tornado, narobiłaś rabanu, a teraz wracasz i strugasz niewiniątko. Żegnam! – ryknął, wskazując mi palcem drzwi windy.
Wybiegłam z biurowca jak oparzona. Wariatka czy nie, wyglądało na to, że właśnie sprawnie rozmontowuję sobie życie. Kłócę się, porzucam jedyne źródło utrzymania… Jakby prześladował mnie wściekły demon przebrany za mnie. Zachciało mi się płakać.
Działo się coś złego. Złego… z moją głową. Zanim jednak zaczęłam łkać, odezwał się mój telefon. Robert, były mąż. Mocno się zdziwiłam, bo facet ostatnio raczej mnie unikał.
– Jesteś wredną, złośliwą babą! – zaczął od razu od konkretów.
– Też miło mi cię słyszeć – syknęłam. – O co chodzi?
– Jeszcze się pytasz? Jak mogłaś narobić mi takiego obciachu w pracy? Kto cię upoważnił, żeby tu przyłazić i opowiadać szefowi, jaki to ze mnie zły ojciec? Ty sobie poszłaś, a ja musiałem się zamknąć w kiblu, bo kumple chcą spuścić mi łomot!
Rozłączyłam się. „Czy to dalszy ciąg występów mojego sobowtóra?” Bo chyba jednak nie zwariowałam. Nie mogłam równocześnie wysłuchiwać reprymendy od szefa i robić awantury w pracy byłego męża. „Czy ktoś się pode mnie podszywał? Czy zadziałała jakaś czarna magia?”. Niczego już nie byłam pewna.
Przestraszyłam się nie na żarty
Nagle, jak grom z jasnego nieba, poraziła mnie straszna myśl. Werka! Skoro tamta druga chodzi wszędzie moimi ścieżkami, skoro miesza się do wszystkich aspektów mojego życia…, może pojawić się także w przedszkolu, do którego małą miała odstawić rano moja mama! Nie bacząc na swój permanentnie niedopięty budżet, wezwałam kolejną taksówkę. Podałam kierowcy adres przedszkola i wrzasnęłam, żeby jechał jak najszybciej.
– No jak to? – 15 minut później wychowawczyni przyglądała mi się zdezorientowana. – Przecież dopiero co pani u nas była. I odebrała córeczkę.
Ugięły się pode mną nogi. „Co robić? Gdzie ich szukać?”. W pierwszym odruchu chciałam wezwać policję. Zdążyłam nawet wklepać w komórkę cyfry 112, ale zaraz się rozłączyłam. „Co niby mam powiedzieć dyżurnemu? Że sama uprowadziłam z przedszkola własne dziecko? Najpierw wezmą mnie za żartownisia, a potem wyślą do czubków”.
Stałam na chodniku pod przedszkolem, bezradnie się rozglądając. Próbowałam pozbierać myśli. A więc tak. Rano budzik zadzwonił dwa razy o tej samej godzinie. Za pierwszym razem nie wstałam z łóżka. A kiedy się z niego zebrałam okazało się, że mniej więcej o brakujący kwadrans przede mną podąża jakaś furia w moim przebraniu. Zdemolowała uporządkowaną łazienkę, obraziła Tereskę, zwolniła mnie z pracy. I uprowadziła Werkę. Jak to możliwe? Poszukiwanie odpowiedzi na to pytanie postanowiłam na razie odłożyć. Pilniejsze było odnalezienie córeczki. „Gdzie tamta z nią poszła?”
Zaczęłam zataczać wokół przedszkola kręgi. W normalnych okolicznościach śmieszyłoby mnie to, że wypatruję samej siebie. Lecz to nie były zwyczajne okoliczności. Rozglądając się, cały czas próbowałam nie popadać w panikę i logicznie rozumować. „Lustrzane odbicie chodzi moimi ścieżkami. Dom, praca, przedszkole… Może więc uda się z Werką też w dobrze mi znane miejsce? Ale gdzie? Do domu?”. Postanowiłam wracać. Nie mogłam sobie wprawdzie wyobrazić spotkania z samą sobą, ale grunt, żeby odzyskać dziecko. Truchtem ruszyłam do swojego domu.
Coś zaczęło do mnie docierać
Pół minuty później zadzwonił telefon. Wyrwałam komórkę z torebki i spojrzałam na wyświetlacz. Mama. Nie miałam ochoty z nią rozmawiać. Pewnie jak zwykle chciała ponarzekać, jak było jej wczoraj ciężko, jaka moja córka była niegrzeczna i jaka zła ze mnie matka. Dochodziłam już do swojego bloku. Ostatecznie jednak postanowiłam odebrać i powiedzieć jej, że oddzwonię później.
– Mamo, w tej chwili nie mogę… – urwałam w pół słowa.
Mama płakała.
– Miałaś rację, córeczko – wydukała przez łzy.
– Rację? Ale w jakiej sprawie czym? – spytałam ostrożnie.
– Beznadziejna za mnie babcia. Rzeczywiście za mało ci pomagam, a jeśli już, to z wielkiej łaski. Dopiero jak na mnie nawrzeszczałaś, zrozumiałam, że jest ci strasznie ciężko. Jeśli chcesz, Wera może zostać u mnie na weekend.
– Czy to znaczy, że ona jest teraz z tobą? – wstrzymałam oddech.
– No co ty, córeczko? – zdziwiła się.
– Nie pamiętasz, jak pół godziny temu wpadłaś z nią do mnie? Powiedziałaś, że masz do załatwienia ważną sprawę, a ja mam się zająć wnuczką, bo w przedszkolu Werka nie jest szczęśliwa.
Kiedy to usłyszałam, stałam akurat pod drzwiami swojego mieszkania. Ogromne poczucie ulgi sprawiło, że aż zatoczyłam się na ścianę, a potem zsunęłam po niej do pozycji w kucki. Córcia była bezpieczna! Nic więcej się nie liczyło. Słabym głosem poprosiłam, żeby mama dała ją do telefonu.
– Cześć, mama! – usłyszałam w komórce jej radosny głosik. – Super, że mnie stamtąd zabrałaś!
W pierwszym odruchu chciałam od razu zrobić w tył zwrot i biec do niej. Przyszło mi jednak do głowy, że skoro jednak stoję w progu własnego domu, to wejdę do środka i doprowadzę się do porządku, a przy okazji przebiorę w wygodny dres. Włożyłam klucz do zamka… Drzwi były otwarte. „Czyżbym rano ich nie zamknęła?”. Nacisnęłam klamkę, weszłam do przedpokoju i stanęłam jak wryta. Dwa kroki przede mną stała kobieta. Identycznie ubrana jak ja. W ogóle identyczna.
– To ty! – rzuciłam niezbyt odkrywczo.
Jej twarz (moją twarz?) wykrzywił złośliwy uśmieszek. Nie odzywała się ani słowem, więc zaatakowałam:
– Dlaczego mi to robisz? Czemu burzysz moje życie?
– Twoje życie? Burzę? – prychnęła. – Chyba raczej prostuję! Żyjesz w zakłamaniu. W niezgodzie z samą sobą. Jesteś niewolnicą narzuconych ci przez innych ról. Ja tylko cię uwolniłam.
Ona miała rację
Zawrzałam ze złości. Wszystkie negatywne emocje dzisiejszego dnia uwolniły się w jednej chwili. Zrobiłam krok w kierunku niej j i syknęłam:
– Pożałujesz!
Wtedy stało się coś, co mnie kompletnie zaskoczyło. Stojąca przede mną kobieta, moje alter ego, uniosła pięść i z całej siły trzasnęła mnie w szczękę. Padając na podłogę, zanim straciłam przytomność, jeszcze usłyszałam jej słowa:
– Od dawna miałam ochotę to zrobić. Może nareszcie otrzeźwiejesz.
Z perspektywy kilku miesięcy, które upłynęły od tamtych zdarzeń, muszę przyznać jej rację. Choć wciąż nie potrafię wytłumaczyć, jak to się stało, że spotkałam samą siebie, teraz nawet się cieszę, że do tego doszło. Chaos i zamieszanie, jakie „druga ja” wprowadziła do mojego życia, wyszły mi na zdrowie.
Znalazłam nową pracę. Mniej płatną, ale satysfakcjonującą. Jestem teraz zastępcą dyrektorki charytatywnej fundacji. Mam nielimitowany czas pracy, mogę więc więcej czasu poświęcić córce. A pieniądze? Odkąd Robert zaczął płacić alimenty, mam ich nawet nieco więcej niż poprzednio. Starczyło, żeby posłać Weronikę do prywatnego przedszkola, w którym szybko się zaadaptowała.
Moja córka więcej czasu spędza też z babcią. Mama zabrała ją ostatnio nawet na weekend! I już nie narzeka, że moje dziecko jest niegrzeczne albo bałagani. Odkąd babcia bardziej się stara i okazuje ciepłe uczucia, wnuczka zaczęła odpowiadać jej tym samym. Ze wzruszeniem obserwuję, jak obie powoli budują więź.
Przestałam też starać się być taka idealna. Nie porządkuję domu z dawną pedanterią, częściej niż kiedyś daję sobie wolne od sprzątania. Odrobina chaosu nikomu jeszcze nie zaszkodziła. Zwłaszcza gdy nie trzeba już zrywać się o szóstej rano i w dzikim pędzie przeistaczać z normalnej kobiety w biurowe bóstwo.
I tylko Teresa z barku na dole wciąż jeszcze się na mnie dąsa. Trochę mi z tego powodu głupio, ale z drugiej strony muszę przyznać, że jej głuche milczenie jest lepsze od tych ciągłych porad, którymi dołowała mnie kiedyś każdego ranka.