Reklama

Przez długi czas wydawało mi się, że wszystko jest w porządku. Pracowałem, wracałem zmęczony, w domu było ciepło i spokojnie. Dopiero później dotarło do mnie, że ten spokój był pustką, którą sam pielęgnowałem. Krysia była obok, ale coraz cichsza, a ja myślałem, że cisza to nagroda za mój wysiłek, nie sygnał ostrzegawczy.

To ja dźwigałem wszystko

Każdy dzień wyglądał podobnie. Wstawałem wcześnie, wychodziłem do pracy jeszcze przed świtem, wracałem z uczuciem ciężkości w ramionach i głowie. Marzyłem tylko o tym, żeby usiąść i nic nie musieć. Wmawiałem sobie, że mi się należy. Przecież to ja dźwigałem wszystko na zewnątrz.

– Mateusz, zerknąłbyś na tę szafkę? Drzwi się nie domykają – mówiła Krysia, stojąc w kuchni.

Westchnąłem, nawet na nią nie patrząc.

– Nie teraz. Padam z nóg. Zróbmy to jutro.

Jutro jednak zawsze było kolejnym dniem pracy. Albo kolejnym zmęczeniem. Albo po prostu kolejną wymówką. Krysia próbowała jeszcze parę razy, coraz ostrożniej, jakby badała grunt.

– A ta lampa w przedpokoju… boję się, że spadnie.

– Słuchaj, przecież Radosław się na tym zna – odburknąłem. – On zawsze pomaga. Zapytaj go, skoro to pilne.

Wtedy brzmiało to rozsądnie. Po co mam się szarpać, skoro ktoś inny może to zrobić szybciej i lepiej? Tak sobie tłumaczyłem. Nie zauważałem, że nie chodziło o lampę ani o szafkę. Chodziło o to, że Krysia chciała, żebym to ja się tym zajął. Żebym był obecny.

Z czasem przestałem nawet czuć irytację. Wszystko stało się automatyczne. Wracałem, jadłem, siadałem. Krysia krzątała się po domu, a ja odpowiadałem półsłówkami.

– Jak było w pracy? – pytała.

– Normalnie.

– Może w weekend gdzieś wyjdziemy?

– Zobaczymy. Chcę odpocząć.

W głowie miałem jedno: daję z siebie wszystko, więc mam prawo do świętego spokoju. Nie widziałem, że ten spokój kosztował nas coś więcej. Gdy słyszałem, że Krysia schodzi piętro niżej, nawet czułem ulgę. Ktoś inny przejmował to, czego ja nie chciałem. Wtedy jeszcze myślałem, że to wygodne rozwiązanie. Nie podejrzewałem, jaką cenę przyjdzie mi za to zapłacić.

Krysia się zmieniła

Najpierw zauważyłem drobiazgi. Takie, które łatwo zignorować, jeśli bardzo chce się ich nie widzieć. Krysia przestała mnie wołać z drugiego pokoju. Nie pytała już, czy mam chwilę. Sama decydowała, sama załatwiała. W domu zrobiło się… inaczej niż wcześniej. Była to cisza bez oczekiwań.

Wracałem z pracy i nie słyszałem już jej kroków w przedpokoju.

– Jestem – rzucałem w powietrze.

– Wiem – odpowiadała z kuchni albo sypialni, bez pośpiechu.

Kiedyś siadała obok mnie na kanapie, opowiadała o dniu, o ludziach, o drobnych rzeczach. Teraz brała książkę albo telefon i siadała naprzeciwko, jakbyśmy byli tylko współlokatorami. Początkowo uznałem to za wygodne. W końcu miałem spokój, o który tak zabiegałem. Dopiero po czasie dotarło do mnie, że ten spokój zaczął mnie uwierać.

Któregoś wieczoru zobaczyłem, jak zakłada kurtkę.

– Gdzie idziesz? – zapytałem, bardziej z obowiązku niż ciekawości.

– Do Radosława. Obiecał zerknąć na zawias w drzwiach – odpowiedziała spokojnie.

Skinąłem głową. Przecież sam ją tam wysyłałem. A jednak coś ścisnęło mnie w środku, gdy drzwi się za nią zamknęły. Zorientowałem się, że nie wiem, kiedy wróci. I że wcześniej zawsze to wiedziałem.

Zaczęła znikać częściej. Czasem schodziła tylko na chwilę, czasem wracała z wyraźnie lepszym nastrojem. Uśmiechała się pod nosem, jakby coś ją naprawdę rozbawiło. Ten uśmiech nie był już dla mnie. I to bolało bardziej, niż chciałem przyznać.

– Wszystko w porządku? – zapytałem kiedyś, gdy przechodziła obok.

Zatrzymała się, spojrzała na mnie uważnie.

– Tak. A czemu pytasz?

Nie potrafiłem odpowiedzieć. Bo jak powiedzieć żonie, że niepokoi mnie jej spokój? Że brakuje mi jej próśb, pretensji, nawet złości? Wolałem więc milczeć. Znowu.

Leżąc wieczorem, słuchałem kroków na klatce schodowej i łapałem się na tym, że liczę minuty. Pojawiła się zazdrość, której nie chciałem nazwać. Wmawiałem sobie, że przesadzam. Przecież nic się nie działo. A jednak czułem, że coś wymyka mi się z rąk. I że to ja sam puściłem pierwszy.

Coś więcej niż zazdrość

Radosław zawsze był gdzieś w tle. Mijałem go na schodach, wymienialiśmy uprzejme skinienia głowy. Nigdy nie zwracałem na niego większej uwagi. Do czasu, aż zacząłem go widzieć oczami Krysi. Albo raczej: zacząłem widzieć siebie na jego tle.

Któregoś popołudnia spotkałem ich pod blokiem. Stali blisko siebie, pochyleni nad czymś, co trzymała w dłoniach.

– O, Mateusz – powiedziała Krysia, jakby mnie nieco zaskoczyła moja obecność. – Radosław pokazał mi, jak ustawić zawias, żeby się nie klinował.

– To nic takiego – dodał on z uśmiechem. – Drobnostka.

Drobnostka. Właśnie takich drobnostek jej odmawiałem. Skinąłem głową, rzuciłem coś bez znaczenia i poszedłem na górę. Dopiero w mieszkaniu dotarło do mnie, że poczułem coś więcej niż zazdrość. Poczułem wstyd. Radosław był dostępny. Gdy Krysia czegoś potrzebowała, on nie mówił „jutro” ani „nie teraz”. Słuchał, tłumaczył, żartował. Ja byłem zmęczony. Zawsze zmęczony. Coraz częściej łapałem się na porównaniach, choć bardzo tego nie chciałem.

– Znowu byłaś u sąsiada? – zapytałem pewnego wieczoru, udając obojętność.

– Tak. Pomagał mi z półką w piwnicy – odpowiedziała spokojnie.

– Często ci pomaga.

Spojrzała na mnie uważnie.

– Zawsze wtedy, gdy proszę.

To zdanie utkwiło mi w głowie jak drzazga. Nie było w nim pretensji. Był fakt. Goły i bolesny. Nagle zrozumiałem, że Radosław nie robi nic nadzwyczajnego. Robi tylko to, czego ja nie robiłem. I nie dlatego, że nie umiałem, ale dlatego, że mi się nie chciało.

Złość mieszała się we mnie z poczuciem winy. Najłatwiej byłoby uznać go za zagrożenie, wroga, kogoś, kto wchodzi w nie swoje życie. Tylko że prawda była inna. To ja zrobiłem mu miejsce. Ja otworzyłem drzwi, odsyłając Krysię piętro niżej, raz za razem. Patrząc w lustro w łazience, widziałem zmęczonego faceta, który wymagał zrozumienia, ale sam go nie dawał. I po raz pierwszy dotarło do mnie, że jeśli coś się rozpadnie, nie będę mógł powiedzieć, że stało się to nagle i nie wiem dlaczego.

Walentynki jako punkt zwrotny

Zbliżały się walentynki, a ja, zamiast czuć ekscytację, czułem strach. Kiedyś były to dni pełne drobnych gestów, wspólnych chwil, małych niespodzianek. Dla Krysi to był zawsze wyjątkowy czas, moment, w którym miała nadzieję na coś więcej. Dla mnie stał się tylko kolejnym przypomnieniem o tym, jak bardzo oddaliłem się od tego, co kiedyś uważałem za ważne.

Pamiętam, jak tego dnia Krysia zadała pytanie, które zupełnie mnie zaskoczyło. Stała w drzwiach sypialni, z kubkiem herbaty w dłoni, patrzyła na mnie spokojnie, ale widziałem, że coś w jej oczach się zmienia.

Co z walentynkami? – zapytała cicho, bez żadnej wyraźnej emocji w głosie.

W tamtej chwili poczułem się, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. To nie była zwykła prośba o prezent, o romantyzm. To było pytanie, które uderzało w samo sedno. Czego właściwie oczekiwała? Jakie było moje miejsce w jej świecie? Zamiast odpowiedzieć, patrzyłem na nią, próbując zrozumieć, co się stało z tą dziewczyną, którą kiedyś znałem. Czułem, że się wycofała, że nie chce już czekać na coś, co nigdy nie nadchodziło.

– Co z walentynkami? – powtórzyła, jakby nie oczekiwała odpowiedzi. Może po prostu chciała, żebym dostrzegł, że kiedyś była to nasza tradycja, nasz moment, a teraz… wszystko stało się martwe.

Wtedy dotarło do mnie, że nie chodziło jej o prezent. Nie chodziło o to, żeby znowu wyjść na romantyczną kolację czy dostać bukiet kwiatów. Chodziło o mnie. O moją obecność. O to, że kiedyś starałem się, starałem się dla nas, a teraz wszystko to zostało zastąpione przez moją rutynę i milczenie.

Zamurowało mnie. Zamiast odpowiedzieć, patrzyłem na nią bez słowa, a w głowie powtarzały się tylko dwa pytania: „Dlaczego nie zauważyłem, co się dzieje?” i „Czy już nie jest za późno?”. Dzięki jej pytaniu zrozumiałem, że Krysia nauczyła się czegoś, czego nigdy nie chciałem zobaczyć. Nauczyła się, że nie może na mnie liczyć. Nauczyła się żyć bez mojej bliskości. I może to była jedna z najcięższych lekcji, jaką mi dała.

To nie sąsiad był zagrożeniem, tylko ja

To nie Radosław był zagrożeniem. To nie on odebrał mi żonę. To ja, swoją obojętnością i biernością, oddałem ją komuś innemu. Zrozumiałem, że największym zagrożeniem dla mojego małżeństwa byłem ja sam. Moje milczenie, moje niechęć do rozmowy, moje zmęczenie, które było tylko wymówką. Gdybym bardziej się starał, gdybym przestał się usprawiedliwiać, wszystko mogło wyglądać inaczej.

Poczułem strach. Strach przed tym, że mogłem stracić coś, co było dla mnie oczywiste, dopiero gdy zaczęło wymykać mi się z rąk. Bo miłość, której nie pielęgnuje się codziennie, z czasem po prostu umiera. Nie czekałem na żadną decyzję Krysi, nie czekałem na żadną dramatyczną scenę. Czułem tylko ciężar odpowiedzialności za to, co się stało.

Dopiero teraz zaczynałem rozumieć, że miłość nie jest czymś, co się ma na zawsze, tylko czymś, o co trzeba codziennie walczyć. To nie są tylko kwiaty na walentynki, to momenty, gesty, rozmowy. To obecność, którą trzeba dawać, a nie tylko przyjmować. Zrozumiałem, że nie mogę tego naprawić w jednej chwili, w jednym geście. Jednak mogę zacząć od teraz. Może to już za późno, może Krysia już nie będzie wierzyć w moje zmiany. Ale to nie ma znaczenia. Ja muszę to zrobić. Dla nas, dla niej, dla siebie.

Muszę spróbować

W walentynki postanowiłem, że nie tylko kupię jej bukiet, ale zrobię coś więcej – nie jako jednorazowy gest, ale jako symbol zmiany. Kiedy wróciła do domu, miałem dla niej coś, czego nie miała od dawna: obecność. W tej ciszy, którą tak długo ignorowałem, zrozumiałem, że to nie ona była obok mnie obojętna. To ja nie byłem obok niej.

I choć nie wiedziałem, czy będzie już za późno, postanowiłem spróbować. Może to tylko początek. Może walentynki niczego nie zmienią. Ale już teraz wiedziałem jedno: muszę podjąć wysiłek, by naprawić to, co zniszczyłem.

Mateusz, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama