Reklama

Na ten wieczór czekałam miesiącami. Sukienka wisiała wyprasowana na drzwiach szafy, a ja czułam to przyjemne mrowienie w brzuchu, myśląc o niespodziance, którą Daniel zapowiadał od tygodni. Byłam pewna, że nasze małżeństwo przeżywa renesans. Byłam pewna, że po latach starania się o dziecko, ten wieczór będzie nowym początkiem.

Czekałam na ten wieczór

Nasze życie było jak precyzyjnie zaprojektowany apartament, w którym mieszkaliśmy. Tamtego lutego wszystko wydawało się idealne. Daniel w końcu przestał spędzać noce w biurze. Przez ostatnie dwa tygodnie był inny – bardziej obecny, czuły. Przynosił mi rano kawę do łóżka, masował mi stopy, gdy wracałam po dwunastu godzinach w biurze.

– Te Walentynki będą inne – szeptał mi do ucha dwa. – Chcę ci podziękować za to, że ze mną wytrzymujesz. Zarezerwowałem stolik.

Wiedziałam, że to nie jest zwykła randka. Moja wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach. Może w końcu zgodzi się na ten długi urlop na Malediwach? Ale w tej całej euforii wątek poboczny mojego życia zżerał mnie od środka. Od trzech lat staraliśmy się o dziecko. Bezskutecznie. Wyniki badań były niejednoznaczne, lekarze rozkładali ręce, sugerując stres i tempo życia. Daniel zawsze podchodził do tego ze stoickim spokojem. „Mamy czas, Kochanie”, mówił, gdy kolejny test pokazywał jedną kreskę. Jego spokój brałam za wsparcie.

Wtorek, 14 lutego. Walentynki. Wyszłam z pracy wcześniej, co w moim przypadku oznaczało godzinę 16. Miasto stało w korkach, wszędzie biegały pary z balonami w kształcie serc i bukietami róż, które jutro wylądują w śmietnikach. Czułam się częścią tego festiwalu miłości i kiczu, i o dziwo – wcale mi to nie przeszkadzało.

Byłam podekscytowana

Wróciłam do domu, żeby się przygotować. Daniel miał przyjechać po 18 prosto z pracy, wziąć szybki prysznic i zabrać mnie do raju. Weszłam do naszego mieszkania, rzuciłam torebkę na szafkę i od razu skierowałam się do łazienki. Miałam dwie godziny na zrobienie się na bóstwo.

Podczas gdy nakładałam maseczkę z alg, zadzwoniła moja teściowa. To typ kobiety, która zawsze ma idealnie ułożone włosy i uważa, że jej syn jest darem niebios dla ludzkości, a ja jestem jedynie jego dodatkiem.

– Maju, kochanie – jej głos był dziwnie wysoki, rozedrgany. – Czy Daniel jest już w domu?

– Nie, będzie za godzinę. Coś się stało?

– Nie, nie… Tylko chciałam mu życzyć udanego wieczoru. I tobie też, oczywiście. Słuchaj, może nie powinniście dziś nigdzie wychodzić? Tyle ludzi, grypa szaleje… Może lepiej zostać w domu, zamówić coś dobrego?

– Mamy rezerwację. Nie odwołamy tego z powodu grypy.

– Oczywiście, oczywiście. Tylko… dbajcie o siebie. I powiedz Danielowi, żeby do mnie oddzwonił. Koniecznie. To pilne.

Nic nie podejrzewałam

Rozłączyła się, zanim zdążyłam zapytać o co chodzi. Zignorowałam to. Teściowa zawsze dramatyzowała. Uznałam, że pewnie znowu pokłóciła się z sąsiadką o miejsce parkingowe albo jej jamnik dostał niestrawności.

Daniel wpadł do domu o 18:15. Był zdyszany, nerwowy, ale wyglądał obłędnie w granatowym garniturze. Pocałował mnie w policzek – szybko, niemal mechanicznie – i rzucił, że musi tylko zmyć z siebie zmęczenie.

– Wyglądasz zjawiskowo – rzucił przez ramię, biegnąc do łazienki.

Zostałam w sypialni, dopinając kolczyk. Czułam się piękna. Chciałam sprawdzić godzinę, ale mój telefon został w salonie. Na szafce nocnej leżał tablet Daniela. Podniosłam go, żeby sprawdzić, ile nam zostało do wyjścia do restauracji. Ekran się podświetlił. Nie był zablokowany. I wtedy to zobaczyłam.

Dosłownie zamarłam

To nie był e-mail z pracy. To nie była wiadomość od kumpla. To była otwarta aplikacja ze zdjęciami. Najwyraźniej Daniel robił porządki w plikach albo ktoś mu coś przesłał, a on zapomniał zamknąć kartę. Na ekranie widniało zdjęcie. Nie byliśmy to my.

Na zdjęciu był mały chłopiec. Miał może trzy lata. Burza ciemnych loków, wielkie brązowe oczy i ten charakterystyczny, krzywy uśmiech, który widziałam codziennie rano po drugiej stronie stołu. Uśmiech mojego męża. Chłopiec trzymał w rączkach krzywo wycięte, papierowe serce z napisem zrobionym czerwoną kredką: „Dla Taty. Kocham Cię, Leoś”.

Czas się zatrzymał. Słyszałam szum wody pod prysznicem, słyszałam bicie własnego serca, które nagle przyspieszyło do granic możliwości. Moje ręce zaczęły drżeć. Przesunęłam palcem po ekranie. Kolejne zdjęcie. Daniel trzymający tego chłopca na barana. Data: zeszły tydzień. Lokalizacja: park na drugim końcu miasta. Wtedy, gdy rzekomo był na delegacji w Poznaniu. Kolejne zdjęcie. Kobieta. Blondynka, o delikatnej, nieco smutnej urodzie. Stoi obok Daniela, trzymając go za rękę. Wyglądają jak rodzina. Wyglądają na szczęśliwych. Data zdjęcia: trzy lata temu.

Miał syna

Mój mózg próbował znaleźć racjonalne wytłumaczenie. Może to chrześniak? Może to syn kuzyna, o którym nie wiedziałam? Ale genetyka nie kłamie. Te oczy, ten kształt nosa, ten dołeczek w brodzie. To była miniatura Daniela. I data. Trzy lata. Dokładnie wtedy, kiedy my zaczęliśmy starania o dziecko. Kiedy ja płakałam w łazience po kolejnym negatywnym teście, on miał już syna.

Woda w łazience przestała szumieć. Wiedziałam, że mam minuty, może sekundy. Powinnam uciec? Powinnam rzucić tym tabletem o ścianę? Zrobiłam coś gorszego. Usiadłam na krawędzi łóżka, położyłam tablet na kolanach i czekałam. Daniel wszedł do sypialni, wycierając włosy ręcznikiem.

– Gotowa, kochanie? Taksówka będzie za pięć min… – urwał w pół słowa, gdy zobaczył moją twarz. A potem jego wzrok powędrował na tablet na moich kolanach.

Zobaczyłam mikrosekundowy moment paniki, zanim maska profesjonalisty wróciła na miejsce, ale to już był Daniel-kłamca, który został przyłapany.

– Nie powinnaś… – zaczął, robiąc krok w moją stronę.

– Nie podchodź – mój głos był tak zimny, że sama się go przestraszyłam. – Kim jest Leoś?

Nie zaprzeczał

Daniel westchnął. Nie próbował wmawiać mi, że to photoshop. Po prostu opuścił ramiona, jakby zeszło z niego powietrze.

– Ma prawie cztery lata – powiedział cicho.

– Cztery lata… – powtórzyłam. – Cztery lata temu braliśmy kredyt na ten apartament. Cztery lata temu mówiłeś mi, że jesteśmy jednością. Z kim? Z tą kobietą?

– To była Agata – powiedział, siadając na fotelu naprzeciwko. – Pamiętasz ten kryzys pięć lat temu, kiedy wyprowadziłem się na dwa miesiące?

– Pamiętam – syknęłam. – Mówiłeś, że potrzebujesz przestrzeni i musisz przemyśleć priorytety.

– Poznałem ją wtedy. To był romans. Krótki, intensywny. Kiedy do ciebie wróciłem, myślałem, że to koniec, że to zamknięty rozdział, ale rok później ona zadzwoniła. Powiedziała, że ma syna. Mojego syna.

Siedziałam tam, w mojej walentynkowej sukience i czułam, jak kawałek po kawałku umieram.

– I nie powiedziałeś mi – to nie było pytanie.

– Bałem się – podniósł wzrok. Jego oczy były wilgotne. – Bałem się, że cię stracę. Że jeśli dowiesz się o dziecku, odejdziesz, a potem zaczęliśmy się starać o nasze dziecko. Widziałem, jak cierpisz przy każdej nieudanej próbie. Jak mogłem ci wtedy powiedzieć: „Słuchaj, ja już mam syna, więc presja jest mniejsza”? To by cię zabiło.

Nic mi nie powiedział

– Więc wolałeś żyć w dwóch domach? – wstałam. Adrenalina zaczęła działać. – Wolałeś kłamać mi w żywe oczy, jeżdżąc do Poznania, do Wrocławia, na te wszystkie „konferencje”?

– Nie jestem z nią – powiedział szybko. – Płacę alimenty, odwiedzam Leosia. On potrzebuje ojca. Agata tylko wychowuje mojego syna. Między nami nic nie ma.

– Nic nie ma? – roześmiałam się histerycznie, podnosząc tablet. – Widziałam zdjęcie z zeszłego tygodnia. Wyglądacie jak reklama płatków śniadaniowych!

Wtedy zadzwonił jego telefon. Leżał na komodzie. Spojrzałam na ekran. „Mama”. Wspomnienie dziwnej rozmowy z teściową sprzed godziny uderzyło we mnie z siłą pociągu towarowego.

– Twoja matka wiedziała? – zapytałam cicho.

Daniel milczał.

– Twoja matka wiedziała?! – wrzasnęłam tak głośno, że aż zdarłam gardło.

– Ona poznała Leosia rok temu. Przypadkiem. Zobaczyła nas w parku.

– I nic mi nie powiedziała. Te wszystkie niedzielne obiadki. Te uśmieszki, te rozmowy o tym, że „może Bóg tak chciał, że nie macie dzieci”. Ona wiedziała, że ma wnuka.

To bolało bardziej niż zdrada. Cała ta sieć kłamstw. Mój mąż, moja teściowa. Wszyscy grali w teatrze, w którym ja byłam jedynym widzem, nieświadomym, że scena jest ustawiona.

Nie płakałam

Weszłam w tryb zadaniowy. To chyba mechanizm obronny, który wyrobiłam sobie w korporacji. Kiedy projekt się wali, nie płaczesz, tylko minimalizujesz straty. Otworzyłam szafę i wyciągnęłam największą walizkę.

– Proszę, porozmawiajmy. Nie rób tego dzisiaj. Jest noc, są Walentynki – Daniel stał w progu sypialni, bezradny jak mały chłopiec.

– Nie waż się wymawiać słowa „Walentynki” – warknęłam, wrzucając do walizki bieliznę, kosmetyczkę i kilka swetrów.

– Kocham cię. Leoś niczego nie zmienia w tym, co czuję do ciebie – próbował mnie dotknąć.

Odsunęłam się, jakby parzył.

– Leoś zmienia wszystko. On jest żywym dowodem na to, że nasza relacja od pięciu lat jest fikcją. Że budowałeś nasze życie na bagnie. Jak mam ci zaufać? Jak mam położyć się z tobą do łóżka, wiedząc, że masz drugie życie, o którym milczałeś?

Zapięłam walizkę. Była ciężka, ale niosłam ją sama. Daniel próbował mi pomóc, ale rzuciłam mu takie spojrzenie, że cofnął się pod ścianę.

Oszukał mnie

Zanim wyszłam, zdjęłam z palca obrączkę. Białe złoto z małym diamentem. Symbol wieczności. Położyłam ją na szafce w przedpokoju.

– Dokąd idziesz? – zapytał łamiącym się głosem.

– Tam, gdzie nie ma kłamstw – odpowiedziałam.

Zatrzasnęłam drzwi. Zostawiłam za sobą mężczyznę, którego kochałam ponad życie. Nie pojechałam do rodziców – zadawaliby zbyt wiele pytań. Nie pojechałam do przyjaciółki – chciała spędzić wieczór z narzeczonym. Pojechałam do pierwszego lepszego hotelu w centrum. Roiło się tam od par. Kobiety z różami, mężczyźni w garniturach. Ja wyglądałam jak uciekająca panna młoda z taniego filmu.

Wzięłam pokój. Usiadłam na podłodze, oparłam się o łóżko i w końcu pozwoliłam sobie pęknąć. Płakałam za Danielem. Płakałam za tym małym chłopcem, Leosiem, który nie był niczemu winien, a stał się narzędziem zniszczenia mojego świata. Płakałam za dzieckiem, którego my nigdy nie mieliśmy.

Czułam się oszukana na każdym poziomie. Nie chodziło tylko o to, że mnie zdradził. Chodziło o intymność bycia rodzicem, którą on przeżywał z kimś innym, podczas gdy ja modliłam się o cud. On wiedział, jak to jest usłyszeć słowo „tata”. Wiedział, jak pachnie główka niemowlaka. Ukradł mi te doświadczenia, nie dzieląc się prawdą.

Zaczęłam od nowa

Napisałam do Daniela tylko jedną wiadomość: „Nie szukaj mnie. Skontaktuje się z tobą mój prawnik. I podziękuj matce za dyskrecję”. Zablokowałam go. Wyprowadziłam się na stałe. Wynajęłam mieszkanie – mniejsze, ale moje. Jesteśmy w trakcie rozwodu. Daniel walczy. Przysyła kwiaty, listy, próbuje mediacji. Twierdzi, że zerwał kontakty z Agatą, poza kwestiami dotyczącymi syna, że chce to naprawić. Że Leoś mógłby mnie poznać, że moglibyśmy być rodziną.

Ale ja nie potrafię. Widziałam zdjęcie Leosia jeszcze raz, w aktach sprawy rozwodowej. To śliczny chłopiec, ale za każdym razem, gdy na niego patrzę, widzę pięć lat kłamstw. Widzę każdą chwilę, w której Daniel patrzył mi w oczy i milczał, mając w kieszeni telefon ze zdjęciami swojego syna.

Zdrada to nie tylko sypianie z kimś innym. Zdrada to budowanie alternatywnej rzeczywistości i zapraszanie cię do życia w niej, nie dając ci mapy. W te Walentynki straciłam męża. I choć wciąż budzę się w nocy, szukając ręką jego obok, wiem, że lepiej jest spać samej w zimnej pościeli, niż ogrzewać się przy ognisku zbudowanym z kłamstw.

Maja, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama