„Wigilię w tym roku spędzam sama, ale nie jest mi żal. Nie byłam matką na medal, więc karpia zjem w samotności”
„Włączyłam radio, żeby nie oszaleć od tej pustki, ale po kilku kolędach je wyłączyłam. Wspomnienia były za głośne. Przy stole, który stał teraz przykryty przypadkowym obrusem, widziałam dzieci śmiejące się z prezentów, widziałam siebie – młodszą, bardziej cierpliwą, mniej zgorzkniałą. Nie płakałam”.

- Redakcja
Wigilia to dla większości czas bliskości, zapachu pierników i dźwięku rozmów przy stole. Dla mnie – w tamtym roku – była tylko ciszą. Siedziałam sama, w mieszkaniu, które kiedyś tętniło życiem. Choinka nie świeciła, bo nie miałam siły jej ubierać. Barszcz wystygł, zanim zdążyłam nalać go do talerza. Mogłabym powiedzieć, że los mnie skrzywdził, że to inni odsunęli się ode mnie, ale prawda jest mniej wygodna. Nikt mnie nie zostawił bez powodu. Każde zamknięte przede mną drzwi były odpowiedzią na moje własne wybory. A teraz... teraz po prostu zbieram ich plony. Sama.
Wigilijna cisza
Tego dnia obudziłam się wcześniej niż zwykle. Ciało pamiętało, że to 24 grudnia. Przez lata Wigilia była dla mnie najważniejszym dniem w roku – wszystko musiało być idealne: czysty obrus, dwanaście potraw, choinka uginająca się od ozdób, a pod nią prezenty, które wybierałam miesiącami, ale tamtego roku nie wstałam, by smażyć karpia. Wstałam tylko po to, żeby zaparzyć sobie herbatę i usiąść z nią w fotelu przy oknie. Śnieg padał cicho, bez wiatru. Patrzyłam na sąsiadów, jak znosili torby do aut, dzieci ubrane w puchowe kombinezony ciągnęły za sobą sanki. Każdy gdzieś jechał, każdy miał dokąd. Ja miałam tylko ciszę i to mieszkanie, które nagle wydawało się za duże, jakby ściany się oddaliły.
Włączyłam radio, żeby nie oszaleć od tej pustki, ale po kilku kolędach je wyłączyłam. Wspomnienia były zbyt głośne. Przy stole, który stał teraz przykryty przypadkowym obrusem, widziałam dzieci śmiejące się z prezentów, widziałam siebie – młodszą, bardziej cierpliwą, mniej zgorzkniałą. Nie płakałam. Po prostu siedziałam w tej ciszy, jakby była moim jedynym towarzyszem. I wcale nie chciałam, żeby ktoś zadzwonił. Może trochę... ale nie miałby po co. Telefon leżał niewzruszony przez cały dzień. Ani jednej wiadomości. Nawet od Ewy, mojej córki. Choć nie – właściwie się nie dziwiłam. Ostatni raz, kiedy do mnie przyszła, wyrzuciłam ją z mieszkania. Bo powiedziała mi coś, czego nie chciałam usłyszeć.
Udawałam, że mnie to nie rusza
Kiedyś to wszystko wyglądało inaczej. Mój dom tętnił życiem. Ewa biegała po korytarzach z kokardą we włosach, a jej młodszy brat próbował ściągnąć bombki z choinki. Mój mąż, Grzegorz, rozkładał się w salonie z gazetą, a ja w kuchni, ubrana w fartuch, doglądałam pieczeni. Kłóciliśmy się, jak każda rodzina, ale święta były święte. Przynajmniej tak myślałam. Zawsze dbałam o to, by wszystko wyglądało idealnie. Ewa mówiła, że bardziej kocham pozory niż ludzi. Złościłam się wtedy na nią. Bo jak można tak powiedzieć? Przecież to dla nich starałam się, żeby każdy detal się zgadzał, żeby niczego nie brakowało. A jednak... może miała rację?
Grzegorz był cierpliwy, aż w końcu mu się znudziło. Odszedł, kiedy dzieci były już prawie dorosłe. Nie zatrzymałam go. Nawet nie zapytałam dlaczego. Uznałam, że jeśli nie docenił tego, co miał, to jego strata. Ale może to ja niczego nie doceniałam? Po rozwodzie kontakty z dziećmi się posypały. Na początku jeszcze przychodziły, na urodziny, na święta, ale z każdym rokiem coraz mniej. Zawsze znalazłam powód, żeby się z nimi pokłócić. Bo Ewa nie podała sałatki tak, jak lubię. Bo Adrian znowu przyprowadził tę swoją dziewczynę, co jadła tylko tofu i wszystko jej przeszkadzało. W końcu przestali przychodzić. A ja... udawałam, że mnie to nie rusza. Powtarzałam, że nie potrzebuję nikogo. A teraz siedziałam sama i w duchu zastanawiałam się, czy ten obrus z plamą po czerwonym winie to już znak, że naprawdę wszystko się skończyło.
Napięcie wisiało w powietrzu
To była tamta Wigilia, dwa lata wcześniej. Jeszcze wtedy Ewa przyszła, choć już widziałam, że z niechęcią. Miała tę swoją nową, obojętną minę, której nie znałam z czasów dzieciństwa. Przyniosła ciasto, ale nie podała go na mojej porcelanie, tylko na jakimś tandetnym talerzu z marketu.
– Możesz to przełożyć na coś normalnego? – zapytałam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.
– Mamo, naprawdę? Zaczynamy od tego?
Milczałam przez chwilę, ale napięcie już wisiało w powietrzu. Przy stole próbowaliśmy zachować pozory. Był barszcz, uszka, nawet karp, ale rozmowa się nie kleiła. Adrian znów nie przyszedł, tłumacząc się pracą, choć wszyscy wiedzieliśmy, że chodziło o coś innego. O mnie. Ewa w końcu nie wytrzymała. Odłożyła widelec i powiedziała spokojnie, lodowatym tonem:
– Wiesz, mamo, ty zawsze miałaś świetny zmysł do krytyki. Tylko jakoś nigdy nie słyszałam, żebyś powiedziała: „przepraszam”. Albo: „cieszę się, że jesteś”.
Spojrzałam na nią jak na obcą osobę. Bo kto to był, ta kobieta z cieniami pod oczami i tonem głosu jak u terapeuty?
– Więc po co przychodzisz, jeśli ci tak źle? – syknęłam.
– Właśnie dlatego to ostatni raz – odpowiedziała i wstała od stołu.
Nie zatrzymałam jej. W głowie miałam tylko jedno, że jak ona śmie niszczyć moją Wigilię? Nie pomyślałam wtedy, że może tylko chciała, żeby ktoś ją usłyszał.
W głowie miałam pustkę
Minął prawie rok od tamtej Wigilii, gdy usłyszałam jej głos ostatni raz. Zadzwoniła we wrześniu. Pamiętam dokładnie – siedziałam wtedy na balkonie z kubkiem kawy i gazetą. Numer wyświetlił się na ekranie, serce mi zadrżało. Nie odbierałam od niej żadnych wiadomości od miesięcy, ale wtedy coś mnie tknęło. Odebrałam.
– Mamo – powiedziała cicho. – Chciałam tylko powiedzieć, że za tydzień wyjeżdżam za granicę. Na dłużej.
– Dokąd? – zapytałam mechanicznie.
– Do Danii. Dostałam pracę w fundacji. Prawdopodobnie zostanę tam na stałe.
Pokręciłam głową, jakby mogła to zobaczyć.
– A Adrian? – spytałam, choć nie miałam prawa pytać.
– On już dawno jest poza twoim zasięgiem. Zresztą nie dzwonię, żeby mówić o nim. Dzwonię, bo nie chcę, żebyś kiedyś powiedziała, że nic nie wiedziałaś.
Milczałam. Co miałam powiedzieć? „Nie jedź”? „Zostań”? W głowie miałam pustkę i jakieś głupie pretensje, które tylko czekały, by się wyrwać.
– Ewa... – zaczęłam.
– Nie musisz nic mówić – przerwała. – Po prostu... żyj dobrze, mamo. Może kiedyś się odezwę.
I się rozłączyła. A ja zostałam z tym telefonem w ręku i uczuciem, jakbym właśnie straciła coś, co jeszcze przed chwilą udawałam, że mnie nie obchodzi.
Nie miałam już złudzeń
Po tamtym telefonie długo nie wychodziłam z domu. Niby nic się nie zmieniło – i tak nie miałam z kim rozmawiać, nikt nie pukał do drzwi, nikt nie dzwonił, ale coś we mnie ucichło jeszcze bardziej. Jakby zgasła ostatnia lampka, która dotąd jeszcze czasem migała. Zbliżały się święta, a ja wiedziałam, że tym razem nie przyjdzie nikt. Nie miałam nawet złudzeń. Karpia nie kupiłam. Zrobiłam tylko jedną zupę, bez większego smaku, bo już nawet gotowanie nie sprawiało mi przyjemności. I tak nikt nie miał tego jeść.
Chodziłam po mieszkaniu w starych kapciach, słuchając własnych kroków. Czasem włączałam telewizor, ale szybko go wyłączałam. Kolędy przypominały mi o wszystkim, czego już nie miałam. O dzieciach, o mężu, o tych Wigiliach, kiedy w całym mieszkaniu pachniało cynamonem, a Ewa z Adrianem śmiali się z moich żartów, nawet tych kiepskich. Pod wieczór usiadłam w kuchni. Patrzyłam na pusty talerz, który kiedyś odkładałam „dla wędrowca”. Teraz był dla mnie. Bo ja byłam tym wędrowcem – nieproszonym, niechcianym, bez domu, choć teoretycznie miałam dach nad głową.
Zadzwonił domofon. Serce zabiło mi szybciej, ale po sekundzie zrozumiałam, że to pewnie sąsiad wraca od rodziny i przez przypadek nacisnął mój numer. Oczywiście, nikt nie wchodził. Wróciłam do fotela i przykryłam się kocem. Patrzyłam w okno, jak śnieg powoli przykrywa chodnik. I myślałam, że może w następnym roku nie będę już miała siły, żeby patrzeć.
Spokój bez przebaczenia
W tę samotną noc, kiedy zegar wybił dwudziestą trzecią, coś we mnie w końcu odpuściło. Nie była to nagła ulga ani wzruszające przebudzenie. To było raczej ciche pogodzenie się z tym, że czasu nie da się cofnąć. Zrozumiałam, że nie mogę oczekiwać, by dzieci wróciły tylko dlatego, że ich potrzebuję. One kiedyś mnie potrzebowały, a ja często byłam zajęta, surowa, wymagająca. Teraz role się odwróciły i musiałam przyjąć to bez łaski, bez oczekiwań.
Siedziałam przy oknie, patrząc, jak ostatnie światła w sąsiednich mieszkaniach gasną jedno po drugim. Ludzie kładli się spać po rodzinnych kolacjach, a ja czułam dziwne ukojenie. Może wreszcie dotarło do mnie, że samotność nie musi być karą. Może była konsekwencją, może ochroną, może przestrzenią, w której mogłam w końcu usłyszeć własne myśli bez złości i bez chęci obrony. Wzięłam do ręki telefon. Nie po to, by zadzwonić, błagać czy przepraszać. Po prostu po to, by sprawdzić godzinę. Zero wiadomości. Zero połączeń. I pierwszy raz od dawna nie poczułam ukłucia.
– Dobrze – wyszeptałam sama do siebie.
Nie planuję naprawiać przeszłości za wszelką cenę. Moje dzieci mają swoje życia, a ja mam swoje cztery ściany, które wcale nie muszą być więzieniem. Mogą być miejscem, w którym nauczę się żyć już nie dla pozorów, ale dla siebie. Jeśli kiedyś zapukają – otworzę. Jeśli nie – też dam radę. Bo czasem spokój przychodzi wtedy, gdy przestajemy oczekiwać przebaczenia, a zaczynamy godzić się z prawdą o sobie.
Irena, 62 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Kupiłam w lumpeksie cudną kreację na andrzejki za jedyne 9 zł. Koleżankom powiedziałam, że jest z włoskiego butiku”
- „6 grudnia przyłapałam męża na zdradzie. W tym samym stroju Świętego Mikołaja chwilę wcześniej dawał dzieciom prezenty”
- „Nie wiem kiedy z żony stałam się służącą męża. Całe życie upływało mi tylko pomiędzy gotowaniem, a sprzątaniem”