„Wnuczka zapomniała złożyć mi życzenia na Dzień Babci. O tym, kiedy przychodzi emerytura, pamięta doskonale”
„Każdego roku moja wnuczka na Dzień Babci dzwoniła lub wpadała z czekoladkami. Tym razem było inaczej. Cisza bolała bardziej niż reumatyzm. Minuty zmieniały się w godziny, a ja coraz bardziej rozumiałam, że ten dzień niczym się nie różni od innych – jestem sama. I że chyba faktycznie ważna bywam tylko wtedy, kiedy trzeba mi coś zabrać”.

- Redakcja
W Dzień Babci czekałam. Wstałam wcześniej niż zwykle, mimo że to sobota. Zrobiłam sobie herbatę, założyłam ciepły sweter i usiadłam w fotelu przy oknie. Lubię tak – z książką w ręku, z nadzieją, że za chwilę zadzwoni telefon.
Nawet głupiego serduszka
Zegar w kuchni wybił dziesiątą. Pomyślałam, że może śpi. Młodzi teraz późno wstają w weekendy. O jedenastej przypomniałam sobie, że może wyjechała gdzieś z chłopakiem – przecież często to robi. O dwunastej... już wiedziałam. Siedziałam przy stole, patrząc na ekran telefonu, który pozostał czarny. Żadnej wiadomości, żadnego „wszystkiego najlepszego babciu”. Nawet głupiego serduszka.
Poszłam do kuchni, wzięłam talerz i zaczęłam robić sobie obiad. Tak jak każdego dnia. Bez święta, bez okazji. Ziemniaki, jajko sadzone i ogórek kiszony. Mój zestaw awaryjny. Przez chwilę jeszcze łudziłam się, że może po południu, może zaraz coś się wydarzy. Może pomyliła datę?
Po obiedzie usiadłam znowu w fotelu. Miałam do niej zadzwonić. Już prawie to zrobiłam. Przewinęłam listę kontaktów, dotknęłam ekranu... i co? I zrezygnowałam. Pomyślałam, że jeśli pamięta – to zadzwoni. A jeśli nie pamięta – to może nie chce pamiętać.
Wcale nie chciałam kwiatów. Ani prezentów. Chciałam tylko usłyszeć „babciu”. Jedno słowo. Tyle wystarczyło.
– I nawet tego było za dużo – powiedziałam na głos sama do siebie.
Zawsze byłam
Kiedyś dzwoniła często. – Babciu, a mogłabyś przelać mi dwie stówki? Bo nie wyrabiam do wypłaty – prosiła, a ja się nigdy nie pytałam, na co dokładnie. Czasem mówiła, że to na książki na studia, czasem, że telefon jej się rozładował i musi nowy kupić. Bywało, że w środku nocy dostawałam wiadomość: „przepraszam, że tak późno, jesteś jeszcze na nogach?”. A ja zawsze byłam.
Zawsze gotowa. Zawsze dostępna. Odbierałam telefony, przelewałam pieniądze, gotowałam jej rosół, kiedy mówiła, że chora. Kiedyś nawet przyszła z wielką torbą prania, bo pralka jej się popsuła. Została wtedy na noc. Zrobiłam jej naleśniki i przykryłam kocem, jak za dawnych lat.
Pamiętam, jak raz powiedziała: „babciu, ty to jesteś taka kochana, ja nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła”. Łzy mi wtedy stanęły w oczach. Bo pomyślałam – może jednak nie jestem jej obojętna. Może jeszcze coś dla niej znaczę.
Teraz wiem, że wtedy czegoś potrzebowała. I dlatego była „kochana”. Dlatego pamiętała, dzwoniła, przychodziła. Nie dlatego, że chciała być ze mną. Tylko dlatego, że coś ode mnie chciała.
I tak się zastanawiam – może to ja wychowałam ją na taką osobę?
Gorzka rozmowa
Dwa dni później nie wytrzymałam. Włączyłam telefon i wybrałam jej numer. Odebrała po trzecim sygnale.
– O, babciu, hej! – powiedziała radośnie, jakby nigdy nic się nie stało.
– Dzień dobry, Martynko. Myślałam, że zapomniałaś o mnie – powiedziałam spokojnie, ale głos mi zadrżał.
– Zapomniałam? Ojej... No tak, Dzień Babci był w sobotę... Przepraszam, jakoś mi to umknęło. Tyle się działo, tyle rzeczy na głowie...
Nie skomentowałam. Milczałam. Cisza zrobiła się nieznośna.
– Babciu, nie gniewasz się? Wiesz, że cię kocham, tylko... no, czasem człowiek się zagubi.
– Rozumiem – powiedziałam sucho. – Tak tylko zadzwoniłam, żeby sprawdzić, czy wszystko u ciebie dobrze.
– Tak, tak, wszystko w porządku. A u ciebie?
– U mnie jak zwykle. Cicho. Samotnie. Normalnie.
– To dobrze... Znaczy nie to, że samotnie, tylko... no dobra, babciu, oddzwonię później, bo jestem właśnie na uczelni, dobra?
– Jasne, Martynko. Rób, co musisz.
Rozłączyła się. I już nie oddzwoniła. Patrzyłam w ekran, dopóki nie zgasł. A potem długo jeszcze siedziałam w ciszy. Nawet radio wyłączyłam.
Prośba o pieniądze zamiast życzeń
Cztery dni później dostałam wiadomość. Jedno zdanie: „Babciu, pożyczyłabyś mi trzy stówki do końca miesiąca? Oddam!”. Nie było „co u ciebie?”, nie było „przepraszam, że nie zadzwoniłam w Dzień Babci”, nie było nawet głupiego „hej”. Tylko ta prośba. Pożyczka. Znów. Jak zwykle. Niby nic nowego, a jednak coś we mnie się zatrzymało.
Nie odpisałam od razu. Przeczytałam wiadomość kilka razy. Siedziałam przy stole z telefonem w ręku, a w głowie miałam tylko jedno pytanie: czy ja naprawdę jestem dla niej tylko bankomatem?
Wiedziałam, że jak nie dam, to się obrazi. Albo zamilknie na dłużej. A jak dam, to tylko potwierdzę, że może mnie tak traktować. W końcu odpisałam: „Nie tym razem. Przepraszam”. Odpowiedzi nie było. Cisza.
Wieczorem patrzyłam w sufit i czułam, że coś we mnie się przesunęło. Jakaś granica. Coś się skończyło. Może właśnie to „babciu, ratuj”, które przez lata uważałam za dowód miłości, wcale nim nie było? Może ja byłam jej tylko wygodna, użyteczna. Nigdy bliska.
Trzeba się szanować
Następnego dnia obudziłam się dziwnie spokojna. Jakby ta cisza po mojej odmowie była czymś, co wreszcie pasowało do układanki. Zrobiłam śniadanie, poszłam po zakupy, wróciłam i zauważyłam, że już nie zerkałam co chwilę na telefon. To było nowe. Przez lata żyłam w gotowości, jak strażak, który czeka na sygnał. Tylko że mój alarm zawsze oznaczał cudze potrzeby.
W południe zadzwoniła moja córka, Danuta. Zapytała, co u mnie, i jak zawsze mówiła szybko, jakby miała włączony wewnętrzny zegar.
– Mamo, Martynka mówiła, że się na nią obraziłaś. O co poszło?
– Nie obraziłam się – odpowiedziałam. – Po prostu nie wysłałam pieniędzy.
Zapadła chwila ciszy, a potem usłyszałam westchnienie.
– Mamo, przecież ona jest młoda. Nie myśli. Ty zawsze byłaś dla niej wsparciem.
– Wsparciem, tak. Tylko że ja też jestem człowiekiem – powiedziałam. – Chciałam życzeń, a dostałam rachunek.
Danuta nie odpowiedziała od razu. Poczułam, że wcale nie chce tego słuchać. Jakby mój ból był niewygodny.
– Dobrze, mamo… Pogadamy później – ucięła.
Odłożyłam telefon i zrozumiałam, że nawet własne dziecko przyzwyczaiło się do tego, że ja „daję”. Nie chcę już tak. Nie dlatego, że przestałam kochać. Tylko dlatego, że zaczęłam szanować siebie.
Nie jestem już tylko „babcią bankomatem”
Minęły trzy tygodnie. Martynka nie zadzwoniła, nie napisała. Wcześniej taka cisza by mnie zabiła. Teraz… bolała, ale inaczej. Jak rana, która wreszcie zaczyna się goić. Nadal bolało, ale już nie krwawiła.
Pewnego popołudnia poszłam na spacer. Śnieg skrzypiał pod butami, słońce było nisko, ale świeciło pięknie. W sklepie warzywnym ekspedientka zapytała:
– Wszystko w porządku, pani Jadwigo? Bo ostatnio jakoś pani nie widziałam.
Uśmiechnęłam się. To był pierwszy raz od dawna, kiedy ktoś zapytał z troską. Kupiłam mandarynki. I drożdżówkę – taką, jaką lubiłam, ale której zawsze sobie odmawiałam, „bo może wnuczka przyjdzie i będzie chciała”.
Nie przyszła. I chyba już nie czekałam. Po powrocie do domu zrobiłam herbatę, usiadłam w fotelu i otworzyłam stary album. Martynka na zdjęciu miała może sześć lat. Siedziała u mnie na kolanach, a ja trzymałam ją mocno. Taką ją pamiętam najlepiej. Tą, która tuliła się bezinteresownie.
Może jeszcze zadzwoni. Może kiedyś zrozumie. Ale ja już nie będę prosić. Nie będę wypatrywać. Nie jestem skarbonką. Nie jestem opcją awaryjną. Jestem babcią. I to powinno wystarczyć.
Jadwiga, 72 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Tego Dnia Babci nigdy nie zapomnę. Gdy wnuk wykrzyczał mi w twarz to 1 zdanie, szczęka opadła mi do samej ziemi”
- „Wykupiłam tanio ferie w Białce Tatrzańskiej i myślałam, że jestem królową okazji. Niestety dałam się zrobić w balona”
- „Pojechałam na ferie z rodziną, by trochę odpocząć. Nie sądziłam, że przez cały wyjazd będę robić za ich służącą”