„Wnuczka nie złożyła mi życzeń na Dzień Babci. Smarkula może zapomnieć o dodatkowym kieszonkowym”
„Usiadłam z powrotem do stołu, popatrzyłam na portfel. W środku miałam odłożoną stówkę, specjalnie dla Zosi. Jak co miesiąc. Pociągnęłam łyk zimnej już kawy, a potem wzięłam banknot, złożyłam na pół i wsunęłam z powrotem do portmonetki”.

- Redakcja
Zawsze byłam babcią z tych nowoczesnych. Włosy farbowane na chłodny blond, paznokcie żelowe co trzy tygodnie i smartfon z większym ekranem niż u mojego zięcia. Słowem: żadna tam starowinka w fartuchu i bamboszach, tylko kobieta z klasą. Mam swoje lata, nie przeczę, ale żyję pełnią życia. A że emeryturę mam dobrą, bo całe życie byłam księgową w solidnej firmie, to i wnuczka nie narzekała. Każda okazja była dobra, żeby wpadła na obiad i dostała „na drobne wydatki” – chociaż dobrze wiem, że te „drobne wydatki” to potem lody, hamburgery i kolejne bzdety kupione przez internet. Nie żałowałam jej nigdy. W końcu co babci zależy – niech ma, niech pamięta, że babcia była hojna i obecna. Jak to się mówi, wszystko ma swoje granice.
Byłam zła
Rano zrobiłam sobie kawę, usiadłam przy stole i spojrzałam na kalendarz. Dwudziesty pierwszy stycznia, Dzień Babci. Czekałam. Może rano jeszcze śpi. O dziesiątej włączyłam telewizor, wyciszyłam dźwięk i czekałam dalej. Do południa zdążyłam już sprawdzić, czy mam zasięg w telefonie. Miałam. Internet też działał.
– Pewnie jej się przypomni wieczorem – powiedziałam głośno sama do siebie, ale czułam, że wcale w to nie wierzę.
Córka zadzwoniła późnym popołudniem.
– Mamo, wszystkiego najlepszego! – wykrzyknęła. – Wpadniemy jutro, dobrze? Zosia ma dziś korepetycje z matmy, nie wyrobi się...
– Jasne, jasne – burknęłam. – A telefonik to jej nie działa?
– No przecież mówiłam, że zaraz jedzie na te korepetycje, cały dzień zabiegana...
– Niech się nie martwi, nie będzie musiała przerywać nauki. Już nie musi dzwonić – mruknęłam.
– Oj mamo, nie bądź dziecinna. Przypomni sobie, zobaczysz, zaraz zadzwoni.
– Już nie musi. Naprawdę. – Rozłączyłam się, zanim zdążyła coś odpowiedzieć.
Usiadłam z powrotem do stołu, popatrzyłam na portfel. W środku miałam odłożoną stówkę, specjalnie dla Zosi. Jak co miesiąc. Pociągnęłam łyk zimnej już kawy, a potem wzięłam banknot, złożyłam na pół i wsunęłam z powrotem do portmonetki.
– Nie zasłużyłaś, smarkulo – powiedziałam cicho.
Spojrzałam jej prosto w oczy
Na drugi dzień przyszły. Córka z torbą ciastek z piekarni i Zosia z nosem w telefonie. Nawet się nie przywitała, tylko wlazła, burknęła „cześć” i usiadła na kanapie.
– Schowaj ten telefon, jesteśmy u babci – szepnęła jej matka, podając mi torebkę z ciastkami.
– Dziękuję – powiedziałam bez większego entuzjazmu. – Cukru nie jem od świąt, ale może sąsiadka się ucieszy.
Zosia zerknęła na mnie spod rzęs, ale nic nie powiedziała. Czekałam. Ani kwiatka, ani laurki, ani chociaż tego durnego „wszystkiego najlepszego”. Po pięciu minutach wstałam i zaczęłam sprzątać kuchenny blat, mimo że był czysty.
– Mamo, siadaj, przyszłyśmy cię odwiedzić, a ty znowu biegasz jak po rozżarzonych węglach – powiedziała córka.
– Jakbyście przyszły mnie odwiedzić, to byście przyszły wczoraj. – Nie patrzyłam na nie. – Albo chociaż zadzwoniły. Zwłaszcza ty, Zosieńko. No, chyba że coś ci się stało z rączkami.
– Babciu, przestań, przecież miałam korepetycje, mama ci mówiła... – Zosia uniosła wzrok znad telefonu i westchnęła teatralnie.
– A telefon to ci się w kieszeni zablokował? – Spojrzałam jej prosto w oczy. – Czy po prostu już nie jestem warta tych trzech sekund, żeby napisać SMS-a?
Zapadła cisza. Taka, co ciąży w powietrzu jak chmura burzowa przed gradem.
– No dobrze – powiedziałam po chwili. – Nie ma sprawy. Przynajmniej wiem, na czym stoję. I z kieszonkowym też będzie jak z życzeniami – nie zapomnę. Tylko pominę.
Postwiłam granicę
– Babciu, no błagam, tylko nie rób scen – warknęła Zosia, krzyżując ręce na piersi. – Przecież to tylko jeden dzień. Nie miałam czasu.
– To nie był „jeden dzień”, tylko mój dzień – odpowiedziałam chłodno. – A ty jesteś moją jedyną wnuczką. Kiedyś pamiętałaś, rysowałaś laurki, przynosiłaś kwiatki. Teraz co? Ani słowa. Za to rękę do pieniędzy masz wyćwiczoną jak zawodowy akrobata.
– Mamo, może już wystarczy – córka próbowała wkroczyć z misją pokojową. – To tylko głupie życzenia, nie obrażaj się tak.
– Dla mnie nie są głupie – odparłam. – Głupie to jest traktowanie babci jak bankomatu. Dzień dobry, PIN, wypłata, do widzenia. Bez emocji, bez wdzięczności. A przecież nie muszę jej nic dawać.
– Naprawdę nie rozumiem, po co ta cała afera – burknęła Zosia. – Przecież i tak pewnie mi dasz te pieniądze. Jak zawsze.
– O nie, kochanieńka – uśmiechnęłam się słodko. – Teraz to już nie „jak zawsze”. Przewidywalność to największy błąd w wychowaniu.
Zosia spojrzała na matkę, a potem na mnie.
– Czyli nie dasz mi kieszonkowego?
– Zgadza się. W tym miesiącu ani grosza. A w przyszłym zobaczymy, czy pamięć ci się poprawi.
– No pięknie – mruknęła. – Za jedno zapomnienie od razu kara jak za morderstwo.
– Nie kara, tylko konsekwencja. Mówili o tym w szkole? Jeśli nie, to masz teraz praktyczne zajęcia z życia.
Miałam dość
Zosia siedziała na kanapie i patrzyła w sufit, jakby miał jej udzielić jakiegoś natchnienia. Córka spoglądała raz na nią, raz na mnie, coraz bardziej spięta.
– Mamo, naprawdę musisz się tak wściekać? – zapytała cicho. – Przecież Zosia ma teraz taki trudny czas, szkoła, dojrzewanie, hormony...
– Nie wiedziałam, że hormony zwalniają z pisania życzeń – prychnęłam.
– To nie o to chodzi... – próbowała dalej.
– To może powiedz mi, o co chodzi? Bo widzę tylko, że przez całe lata dawałam od serca. Czas, pieniądze, prezenty, a teraz nie zasługuję nawet na jedno słowo. Serio? Nie kupuję tego.
Zosia wstała z kanapy z miną obrażonej księżniczki.
– To ja idę, nie będę słuchać tego gadania. Przyszłyśmy z wizytą, a ty się zachowujesz, jakbyśmy ci psa potrąciły. Nara.
– Zosia! – krzyknęła jej matka. – Wracaj tu natychmiast!
– Niech idzie – machnęłam ręką. – Na siłę nikt nie musi tu siedzieć. Ja też nie zamierzam udawać, że wszystko gra.
Drzwi trzasnęły. Córka złapała się za głowę.
– Naprawdę musiałaś to aż tak eskalować?
– Eskalować?! To ja siedziałam tu jak idiotka cały dzień, czekając na choćby SMS-a. I zamiast przeprosin usłyszałam, że „i tak mi dasz pieniądze”. Wiesz co? Mam dość.
Córka milczała dłuższą chwilę. Potem spuściła głowę.
– Masz rację. Chyba trochę ją rozpuściliśmy.
– Trochę? Ona już się pieni jak mleko zostawione na gazie.
Złamałam się
Minął tydzień. Nikt nie dzwonił, nikt nie pisał. Cisza aż brzęczała w uszach. Przyznam, że przez pierwsze dwa dni siedziałam w oknie. Potem mi przeszło. Aż tu nagle – dzwonek do drzwi.
– Dzień dobry – powiedziała Zosia, stojąc w progu z... bukietem tulipanów.
Zakrztusiłam się ze zdziwienia.
– O, popatrzcie państwo. Żyjesz.
– Babciu, ja... no, przepraszam. Serio. Nie miałam zamiaru cię zranić. Po prostu jakoś... wypadło mi z głowy.
– Aha. Czyli to tylko babcia – pokiwałam głową. – Gdyby to było spotkanie z koleżankami, to byś pamiętała, co?
– Babciu, no przestań – przewróciła oczami. – Przyszłam z przeprosinami. I kwiatkami. Sama kupiłam. Z własnych.
Zmierzyłam ją wzrokiem. Faktycznie – kurtka nie najnowsza, buty nieświeże. Może rzeczywiście.
– Siadaj – powiedziałam. – Herbaty zaparzę.
– Nie chcę herbaty. Chcę, żebyś się nie gniewała.
Usiadłyśmy. Podałam jej herbatniki. Po chwili ciszy Zosia wzięła jeden i zaczęła chrupać.
– Wiesz, babciu... naprawdę cię kocham. Tylko czasem zapominam się zachować jak człowiek.
–No cóż... – westchnęłam. – W takim razie może dam ci jeszcze jedną szansę. Kieszonkowe wraca dopiero w przyszłym miesiącu.
– Sprawiedliwie – uśmiechnęła się. – Jak w życiu.
Wzruszyłam się
Zosia została jeszcze chwilę, potem wstała i mocno mnie przytuliła. Prawdziwie, bez pośpiechu. Nie powiem – wzruszyłam się. Może nie na tyle, żeby od razu biec po portfel, ale... coś mi tam zmiękło w środku.
– To co, babciu? Przyjdę za tydzień? Może zagramy w coś albo razem ugotujemy obiad? – zapytała.
– Możesz przyjść. Tylko bez telefonu przyklejonego do ręki – rzuciłam, udając, że jestem twarda jak beton.
– Słowo – uśmiechnęła się. – A jakbyś mi kiedyś znowu dała tę stówkę...
– Czas pokaże, smarkulo – odparłam, kręcąc głową. – Wszystko zależy od twojego zachowania.
Po jej wyjściu zrobiło się cicho. Inna ta cisza niż tydzień temu. Lżejsza. Usiadłam na kanapie z herbatą i pomyślałam, że może jednak nie wszystko stracone. Może z tego dziecka coś jeszcze będzie. Jak się ją od czasu do czasu sprowadzi na ziemię. Córka zadzwoniła wieczorem.
– Mamo, dziękuję ci. Zosia przyszła do mnie po powrocie i powiedziała, że zrozumiała. I że ma szczęście, że ma taką babcię.
– No proszę – mruknęłam. – Jeszcze trochę, a zostanę bohaterką pokolenia.
– To może dasz jej znowu kieszonkowe?
– Zobaczymy w lutym. Na razie niech się nauczy, że z babcią się nie zadziera.
– Wiedziałam, że ci przejdzie.
– Mi nic nie przeszło. Ja po prostu uczę. Bo jak nie ja, to kto?
I coś mi się zdaje, że to była pierwsza lekcja, której Zosia naprawdę nie zapomni.
Sonia, 69 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Tatrach odnalazłam dawną miłość. Nie sądziłam, że spotkanie po latach rozgrzeje mnie bardziej niż herbata z imbirem”
- „Cały Dzień Babci czekałam na wizytę wnuczki, a dostałam tylko krótki telefon. Nawet nie wie, co dla niej przeszłam”
- „Wnuki pamiętają o mnie na Dzień Babci, a później milczą przez 12 miesięcy. Nauczka czeka na nich w testamencie”