„Wnuki odwiedzają mnie tylko w Dzień Dziadka, by wyczyścić mój portfel do zera. Przez resztę dni siedzę sam jak palec”
„Ale 22 stycznia... to jedyny dzień, na który czekam. Dzień Dziadka. Może nie z powodu prezentów czy życzeń, bo te od lat są coraz bardziej zdawkowe. Chodzi o obecność. Żywego człowieka w mieszkaniu. Dźwięk kroków, śmiech Tomka i Julki, nawet jeśli trochę wymuszony – to wszystko wprowadza choć na chwilę życie w te martwe cztery ściany”.

- Redakcja
Nie lubię stycznia. Ani tego przenikliwego zimna, ani szarych dni, kiedy człowiek budzi się i zasypia w ciemności. Ale 22 stycznia... to jedyny dzień, na który czekam. Dzień Dziadka. Może nie z powodu prezentów czy życzeń, bo te od lat są coraz bardziej zdawkowe. Chodzi o obecność. Żywego człowieka w mieszkaniu. Dźwięk kroków, śmiech Tomka i Julki, nawet jeśli trochę wymuszony – to wszystko wprowadza choć na chwilę życie w te martwe cztery ściany. Kiedyś to mieszkanie tętniło śmiechem. Ewa krzątała się po kuchni, w tle grało radio, dzieciaki biegały po korytarzach, trzaskając drzwiami. Pamiętam, jak narzekałem na hałas. Dziś dałbym wszystko, żeby znów usłyszeć te przeklęte trzaskające drzwi.
Zdjęcia na półkach pokrywa kurz. Czasem przecieram je, ale nie po to, żeby ładnie wyglądały. Raczej żeby zobaczyć twarze tych, których już nie ma... i tych, którzy wciąż są, ale jakby ich nie było. Wnuki. Tomek i Julia. Kiedyś dopytywali o wszystko – "Dziadku, jak się masz?", "Dziadku, jak poznałeś babcię?", a dziś...? Dziś wpadają tylko raz w roku. Z prezentem z promocji, uśmiechem, który nie sięga oczu i pytaniem zadanym niby mimochodem: "Dziadku, masz może parę złotych na kino?". A ja? Ja zawsze daję. Bo to mój jedyny kontakt z nimi. Może jak nie dam, to przestaną przychodzić. A wtedy zostanie mi już tylko cisza. Ale w tym roku... coś się zmieniło. Coś we mnie pękło.
Wszystkiego najlepszego, dziadku!
Zadzwonili punktualnie, o piętnastej. Jak zawsze. Jakby mieli ustawiony budzik. Zdążyłem tylko poprawić kołnierzyk koszuli i schować stary, poplamiony koc z fotela. Julia uśmiechnęła się szeroko, wręczając mi torbę.
– Wszystkiego najlepszego, dziadku! – powiedziała, a Tomek dodał: – Dużo zdrowia, nie? Bo to najważniejsze.
W torbie był zestaw do kąpieli – żel pod prysznic i gąbka w kształcie serduszka. Urocze. Albo i nie. Posadziłem ich w salonie, podałem herbatę i ciasteczka, które kupiłem dzień wcześniej. Milczeli chwilę, rozglądając się po pokoju, jakby byli tu po raz pierwszy, choć przecież te ściany widzieli od urodzenia.
– Jak w szkole? – zagaiłem.
– Spoko – odburknął Tomek. – Z matmy trochę lipa, ale ogólnie git.
– A u ciebie, Julia?
– Też ok. Tylko nudy, wiadomo. Ciągle to samo.
Zachciało mi się mówić. Ale zanim zdążyłem rozwinąć jakiś temat, Tomek sięgnął po telefon. Julia spojrzała na niego, potem na mnie, i rzuciła:
– Dziadku, a… miałbyś może trochę kasy? Chcieliśmy iść do kina, jeszcze coś zjeść, bo w sumie nie jedliśmy nic od rana.
Skinąłem głową.
– Oczywiście. Ale może najpierw pogadamy chwilę? Opowiem wam coś ciekawego… Wiecie, kiedyś…
– Spoko, dziadku – przerwał mi Tomek, nie odrywając wzroku od ekranu. – Ale możesz mówić. My słuchamy.
I wtedy to poczułem. Że nie przyszli do mnie. Przyszli po coś.
Przychodzą, bo muszą
Po ich wyjściu mieszkanie znów ucichło. Nawet zegar na ścianie tykał z jakimś dziwnym echem, jakby sam nie wiedział, po co jeszcze odmierza czas. Usiadłem na kanapie z tą gąbką-serduszkiem w dłoni i wpatrywałem się w telefon. Kilka razy przesuwałem palcem po ekranie, zanim odważyłem się zadzwonić.
– Tato? – odebrała Agnieszka, moja córka, po kilku sygnałach. W tle słyszałem klikanie klawiatury, jakby pisała coś na komputerze.
– Chciałem tylko… zapytać – zacząłem, z trudem dobierając słowa. – Czy z Tomkiem i Julią… wszystko w porządku?
– W jakim sensie? – zapytała ostrożnie.
– No… Takie mam wrażenie, że przychodzą, bo muszą. Jakby… nie było w tym chęci. Tylko obowiązek. I… zawsze o coś proszą. O pieniądze. Nawet się już nie kryją.
Agę zamilkła na chwilę.
– Tato, przestań dramatyzować. Mają po kilkanaście lat. Takie są dzieciaki. Wiesz, jak teraz wszystko drogie? Kiedyś też nam dawałeś parę złotych i się nie burzyłeś.
– Ale wtedy... inaczej się to czuło. One przychodzą tylko raz w roku.
– Tato, ciesz się, że w ogóle przychodzą – powiedziała twardo. – Są zajęci, mają szkołę, życie. A ty… no wiesz. Masz już swoje lata.
Zacisnąłem usta.
– Czyli mam się pogodzić, że jestem tylko przystankiem? Bankomatem na Dzień Dziadka?
– Oj, przestań. Robisz z igły widły – rzuciła i dodała: – Muszę kończyć, mam jeszcze spotkanie online. Pa!
Zostałem z głuchym sygnałem w uszach i cichym westchnieniem, które uciekło mi z piersi. Poczułem się stary. Nieznośnie stary. I bardzo samotny.
Takie czasy, co zrobić
Nie mogłem spać. Kręciłem się po mieszkaniu, jakbym czegoś szukał. O drugiej w nocy wstałem i zacząłem przeglądać stare zdjęcia – Ewa w kuchni, dzieci przy choince, ja w śmiesznym swetrze z reniferem. Nie pozostało mi nic prócz miłych wspomnień z dawnych lat.
– Jak ten czas szybko leci – powiedziałem do siebie na głos.
Widziałem, że te chwile już nie wrócą. Ale ciągle miałem nadzieję, że może coś się zmieni, że wnuki zaczną widzieć we mnie coś więcej niż tylko bankomat. Że wpadną, zapytają co u mnie słychać nie tylko w Dzień Dziadka, ale i bez powodu. Wyszedłem na chwilę się przewietrzyć. Na klatce spotkałem Mariana z drugiego piętra.
– I co tam Waldek, świętujesz Dzień Dziadka?
– A tam, takie świętowanie. Wnuki przyszły na chwilę, złożyły życzenia na szybko, zabrały mi ostatnią kasę i tyle ich widziałem.
– Tak to jest dziś z tymi młodymi. Moje nawet nie przyjechały, tylko życzenia wysłały smsem, jakby to załatwiło całą sprawę. Wiecznie w biegu, wiecznie z telefonem w rękach– mówił Marian.
Po czym dodał, kiwając głową:
– Takie czasy, takie czasy, co zrobić.
Nie odpowiedziałem. Bo w sumie nie było nic już więcej do dodania.
Może innym razem
Postanowiłem, że w przyszłym roku ich już nie zaproszę. Ale wieczorem, jak co roku, wyjąłem z szuflady stare zdjęcia – Julia jako niemowlak, Tomek w pierwszej klasie, wszyscy razem na plaży w Ustce. Trzymałem je w dłoni, jakby jeszcze coś mogły naprawić. Zamiast odsunąć się od nich – postanowiłem spróbować inaczej. Nie mówić nic. Nie wypominać. Ale zmienić zasady gry. Kiedy zadzwonili tydzień później, że wpadną na chwilkę „bo są w okolicy”, przygotowałem dla nich coś innego niż zwykle. Zamiast pieniędzy – położyłem na stole stare albumy, listy od babci Ewy i inne rodzinne pamiątki.
– Dziadku, co to? – Julia spojrzała na pudło z pamiątkami z mieszanką zaciekawienia i niechęci.
– To wasza babcia. Tu, jak śpiewa. A to list, który napisała, jak się pokłóciliśmy. Mieliście ją poznać lepiej. Teraz możecie – uśmiechnąłem się lekko.
– Dziadku, fajne to… ale my zaraz musimy iść. Tomek miał coś do załatwienia… prawda?
– Mhm – burknął Tomek. – A tak w ogóle… nie miałbyś może… no wiesz. Parę złotych?
– Dziś nie mam. Może innym razem – odpowiedziałem spokojnie, patrząc im w oczy.
Julia lekko się zarumieniła. Tomek spuścił wzrok.
– Spoko. Jasne. Nic się nie dzieje – rzucił szybko.
Wyszli szybciej niż zwykle. Bez dodatkowych słów. Bez uścisków. Ale tym razem... nie czułem się wykorzystany. Czułem coś, co dawno do mnie nie zaglądało – spokój.
Może właśnie na tym polega starość
Minęły dwa tygodnie. Telefon milczał. Wnuki się nie odzywały. Agnieszka nie zadzwoniła. W radiu grali wesołe piosenki, a ja siedziałem przy kuchennym stole i gapiłem się w parującą herbatę. Już nawet nie udawałem, że ją piję. Nie chciałem być smutny. Próbowałem zająć się krzyżówką, posprzątałem szafki w przedpokoju, nawet zadzwoniłem do sąsiada, żeby zapytać, czy nie potrzeba mu czegoś z zakupów. Ale to było jak rozmowa z zamkniętymi drzwiami. Krótkie „nie, dziękuję” i koniec.
Wieczorem rozmyślałem, siedząc w fotelu. Pomyślałem, że moje wnuki nie są złe, po prostu nikt ich nie nauczył, jak być bezinteresownym. Próbowałem je zrozumieć, ale... czasem nie mam już siły. Pamiętam, jak moja żona mówiła, że najtrudniej to nauczyć się nie oczekiwać. Może właśnie na tym polega starość. Że człowiek musi się nauczyć być dla siebie sam. Ale wciąż nie umiem. Wciąż czekam. Otarłem oczy, wstałem i nastawiłem czajnik. Herbata. Zawsze nastawiam dwie. Jedna dla mnie, druga... na wszelki wypadek. Może przyjdą. Nie dziś. Może nie jutro. Ale może w końcu... dla mnie, nie dla pieniędzy.
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dzień Dziadka miałem spędzić samotnie z książką. Nie sądziłem, że tego tego dnia to ja zostanę czyimś bohaterem”
- „Dzień Dziadka był dla mnie przykrym obowiązkiem. Wszystko się zmieniło, gdy przyszli z prośbą o błogosławieństwo”
- „Upiekłam sernik na Dzień Babci, ale nikt nie przyszedł. Wieczorem nadeszły jednak wieści, po których drżałam jak osika”