Reklama

Mam na imię Zofia i przez całe życie trzymałam się jednej zasady: ziemia to nie tylko własność, ale pamięć. Po mężu zostały mi dwa hektary pola za wsią, kawałek sadu i stary dom, w którym do dziś skrzypią schody tak samo jak wtedy, gdy dzieci były małe. Myślałam, że rodzina będzie o to dbać, że wnuki kiedyś zrozumieją. Zamiast tego zaczęłam czuć na karku ich cierpliwość, zbyt uważne spojrzenia i to dziwne podniecenie, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy mówiłam o zdrowiu.

To było podejrzane

Przez lata pamiętali o mnie głównie na Dzień Babci. Wtedy dzwonili, przyjeżdżali z laurką lub kwiatami, zrobili zdjęcie „z babcią” i znikali. A teraz nagle zaczęli wpadać częściej, odkąd przekroczyłam siedemdziesiątkę. Niby nic wielkiego, ot, starość, ale oni jakby dostali znak, że trzeba się pojawić.

Przywozili ciasta z marketu, zgrzewkę wody i udawali troskę tak gorliwie, że robiło mi się głupio, że kiedyś narzekałam na samotność. Siedzieli w kuchni, pili herbatę i patrzyli, jak kroję chleb, jakbym była figurą w muzeum, którą można oglądać tylko do czasu. Najstarszy, Olek, mówił najwięcej. Opowiadał o pracy, o cenach mieszkań, o tym, jak trudno się dorobić. I zawsze, prędzej lub później, schodził na moją ziemię, niby przypadkiem.

– Babciu, to pole za lasem dalej stoi puste?

– Stoi, a co ma robić?

– Nic, nic, tylko pytam. To teraz podobno złoto. Ludzie kupują, budują domy, inwestują.

Uśmiechnęłam się, ale w środku poczułam ukłucie. Mówili o mojej ziemi tak, jakby już była niczyja. Najmłodsza, Daria, skubała paznokieć i raz po raz zerkała na mnie, jakby chciała sprawdzić, ile jeszcze mam siły.

– Najważniejsze, żebyś żyła długo, babciu – dodała słodko.

To „długo” zabrzmiało jak obowiązek.

Byłam dla nich przeszkodą

Tamtego dnia wracałam ze sklepu wolniej niż zwykle. Torba ciążyła, nogi miałam jak z waty. I wtedy usłyszałam głosy przy płocie. Olek stał z jakimś mężczyzną w eleganckiej kurtce, a obok kręciła się Daria. Udawali, że oglądają jabłonie, ale rozmowa była zbyt konkretna jak na zwykłe „dzień dobry”.

– Wystarczy, że babcia podpisze, a my wszystko załatwimy – powiedział Olek.

– Babcia? – mężczyzna uniósł brwi. – Właścicielką jest starsza pani?

– Tak, ale ona już… no wiesz… ma swoje lata.

– Trzeba działać, póki ma siłę – rzuciła Daria i roześmiała się krótko.

Stanęłam w miejscu. Pomyślałam, że może źle usłyszałam, że to jakiś żart. Podniosłam torbę wyżej, żeby nie było widać, jak trzęsą mi się ręce. Weszłam na podwórko, a oni momentalnie ucichli.

– O, babciu, jesteś – Olek był aż za wesoły. – To Igor, znajomy. Interesuje się ziemią w okolicy.

– To nie targ, żeby pan tu stał i się interesował – odpowiedziałam spokojnie.

Igor próbował się uśmiechnąć, ale miał w oczach ten błysk, jak u ludzi, którzy czują zysk, zanim jeszcze zdążą go policzyć.

– Proszę się nie gniewać, ja tylko oglądam. Takie czasy – powiedział.

Wnuki zaczęły przekonywać, że chodzi o przyszłość, że „dla wszystkich będzie lepiej”.

– Babciu, ty i tak tu sama… a my moglibyśmy z tego żyć – wyrwało się Darii.

Wtedy już wiedziałam, że nie chodziło o to, żebym żyła długo. Chodziło o to, żebym wreszcie przestała przeszkadzać.

Zależało im tylko na jednym

Wieczorem siedziałam sama w kuchni. Zegar tykał głośniej niż zwykle, czajnik syczał, jakby też chciał coś powiedzieć. Wzięłam z szuflady dokumenty: akt własności, testament po mężu, papiery, których bałam się dotykać. Położyłam je na stole i patrzyłam na litery, jakby mogły mi odpowiedzieć na jedno pytanie: kiedy rodzina stała się obca.

Następnego dnia wnuki wróciły w komplecie. Przyjechała też ich matka, moja córka, Ewa. Wniosła do domu zapach perfum i pośpiechu, taki sam jak zawsze, gdy wpadała „na chwilę”.

– Mamo, musimy pogadać – zaczęła bez wstępu.

– Widzę – odparłam.

Olek wyjął teczkę. Daria położyła na stole długopis, jakby to była ceremonia.

– Babciu, to tylko formalność. Uporządkujemy sprawy, żeby potem nie było kłopotów – powiedział Olek.

– Potem, czyli kiedy? – zapytałam.

– No… w przyszłości.

Ewa siedziała cicho, a jej milczenie bolało bardziej niż krzyk.

– Mamo, ty jesteś uparta. Tyle razy mówiłam, żebyś przepisała coś wcześniej. Po co ci to wszystko? – rzuciła w końcu.

Poczułam, jak robi mi się gorąco.

– Po co mi to? Żebyście mogli dłużej czekać. Żebyście liczyli dni – powiedziałam.

Daria przewróciła oczami.

– Babciu, przesadzasz. Nikt nie czeka na to, aż… no wiesz…

Nie dokończyła, a jednak słowo zawisło między nami jak dym. Wstałam wolno i zabrałam dokumenty spod ich rąk.

To nie jest wasze. Jeszcze nie.

Olek uderzył dłonią w stół.

– To kiedy będzie?. Jak będziesz miała dziewięćdziesiątkę? My też chcemy żyć.

Patrzyłam na niego i nie widziałam wnuka. Widziałam obcego faceta, który przyszedł po działkę, tylko miał moją krew.

Nie traktowali mnie jak człowieka

Po tamtej kłótni przestali dzwonić. Cisza była tak nagła, że aż bolała, bo przypomniała mi wszystkie dawne niedziele, gdy nikt nie przyjeżdżał. Minęły dwa tygodnie, zanim Ewa znów się pojawiła. Nie weszła do kuchni, stanęła w progu, jakby bała się, że w tym domu coś ją ubrudzi.

– Mamo… dzieci są rozczarowane – zaczęła.

– Nie dzieci. Ludzie, którzy chcą mnie wymazać ze swojego życia – odpowiedziałam.

Ewa westchnęła, jak zawsze, gdy nie miała argumentu.

– Ty już nie rozumiesz dzisiejszego życia. Oni mają kredyty, wynajem, wszystko drogie. Ta ziemia mogłaby im pomóc.

– Pomóc, czyli dać im pretekst, żeby o mnie nie pamiętać. Bo jak ziemia pójdzie, to i babcia przestanie się liczyć – odparłam.

Wtedy Ewa powiedziała zdanie, które chodziło za mną po nocach.

– Mamo, ty zawsze musisz mieć nad wszystkim kontrolę. Ale nie będziesz żyć wiecznie.

Zabrakło mi powietrza. Zrozumiałam, że w ich głowach ja już byłam czymś, co trzeba „załatwić”. Jak stary mebel, który zajmuje miejsce.

– Wiesz, co jest najgorsze – powiedziałam cicho. – Że ja bym wam pomogła, gdybyście przyszli jak rodzina. Gdybyście powiedzieli prawdę.

Ewa spuściła wzrok.

– Oni nie chcą czekać, mamo. Każdy chce mieć coś swojego, zanim będzie za późno.

Uśmiechnęłam się krzywo.

– Za późno jest wtedy, gdy przestaje się dostrzegać drugiego człowieka.

Po jej wyjściu długo siedziałam przy oknie. W ciemności widziałam odbicie swojej twarzy: starej, ale wciąż obecnej. I pomyślałam, że może to ja muszę zrobić pierwszy ruch, zanim oni zrobią go za mnie.

To była bolesna decyzja

Zadzwoniłam do notariusza w mieście. Nigdy wcześniej tam nie byłam, a jednak w gabinecie poczułam spokój. Jakby wszystko miało swoje miejsce: dokumenty, pieczątki, chłodne arkusze papieru. Wysunęłam z torebki akt własności i powiedziałam jasno, czego chcę.

– Chcę zabezpieczyć ziemię tak, żeby nikt jej nie sprzedał, dopóki ja tak postanowię. Nawet po mojej śmierci, jeśli trzeba.

Notariusz spojrzał na mnie uważnie, jak na kogoś, kto przyszedł po ratunek.

– Może pani ustanowić zapis. Może pani przekazać ziemię w darowiźnie z warunkami. Może pani też wydzierżawić ją komuś zaufanemu, a pieniądze przeznaczyć na konkretny cel.

Wtedy przypomniałam sobie o małej świetlicy w naszej gminie, gdzie dzieci odrabiają lekcje, bo rodzice pracują do późna. Przypomniałam sobie też, jak kiedyś gotowałam zupę dla sąsiadki, gdy została wdową. Ziemia mogła żyć dalej i nie musiała stać się nagrodą dla wnuków.

Podpisałam dokumenty drżącą ręką. Nie dlatego, że bałam się decyzji, tylko dlatego, że czułam żałobę po tym, co powinna była dać mi rodzina.

Kiedy wnuki się dowiedziały, przyszły wściekłe jak burza.

– Babciu, to nie fair – krzyczał Olek.

– Fair było wtedy, gdy przychodziliście do mnie z sercem na dłoni, a nie po to, żeby sprawdzać, co da się ze mnie wycisnąć – odpowiedziałam.

Daria płakała, ale w jej łzach było więcej złości niż żalu. Ewa stała z boku, jakby pierwszy raz zrozumiała, że nie da się być neutralnym.

Coś po mnie zostanie

Zostałam sama, jak bywało już wcześniej, tylko ta samotność miała teraz inne znaczenie. Przestała być karą, a stała się wyborem. Wnuki przestały dzwonić całkiem. Na święta przyszła krótka wiadomość, bez ciepła, bez „kochamy”. Tylko zimna uprzejmość.

Bolało mnie to, nie będę udawać. Były noce, gdy śniły mi się małe rączki Oleka, jeszcze z czasów, gdy prosił o kanapkę. Budziłam się z uczuciem, że coś mi zabrano, choć w domu niczego nie brakowało.

Wiosną podpisałam umowę dzierżawy z młodym rolnikiem z sąsiedniej wsi. Nie dawał wielkich pieniędzy, ale obiecał, że ziemia będzie uprawiana, a sad nie zarośnie chwastem. Dochód przeznaczałam na świetlicę: na książki, na obiady dla dzieci. Nie po to, żeby komuś zrobić na złość. Chciałam, żeby coś po mnie zostało i żeby nie dało się tego sprzedać przy pierwszej okazji.

Gdy szłam skrajem pola, czułam wiatr pachnący tak samo jak wtedy, gdy byłam młoda. Ziemia nie pytała, ile jestem warta. Ziemia nie liczyła dni, po prostu trwała. I zrozumiałam, że największą wolnością jest to, że mogę odejść, nie dając się nikomu pośpieszać.

Zofia, 74 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama