„Wnuki wpadły na Dzień Babci, ale tylko po pieniądze, bo przecież im się należy. Myślą, że jestem studnią bez dna”
„Dzieci się wyprowadziły, wnuki podrosły, a ja… cóż, ja zostałam. Oni mają swoje życie – i dobrze. Nie narzekam. Tylko czasem łapię się na tym, że czuję się samotna. Bo przychodzą tylko wtedy, gdy potrzebują pieniędzy”.

- Redakcja
Nie jestem zgorzkniała. Przynajmniej tak sobie powtarzam. Zawsze byłam raczej pogodna – jak trzeba było, to się śmiałam, jak trzeba było, to płakałam. Nie dramatyzuję z byle powodu. Potrafię się cieszyć drobiazgami: ładnym kubkiem, ładną pogodą, że nogi nie bolą jak wczoraj. Nauczyłam się tego w ciszy, kiedy nikogo już nie trzeba było ubierać, odprowadzać, pilnować. Dzieci się wyprowadziły, wnuki podrosły, a ja… cóż, ja zostałam. Oni mają swoje życie – i dobrze. Nie narzekam. Tylko czasem łapię się na tym, że czuję się samotna. Bo przychodzą tylko wtedy, gdy potrzebują pieniędzy.
Nie odpowiedziałam od razu
Usłyszałam dzwonek do drzwi dokładnie o 16:05. Podeszłam powoli, nie z ciekawości, tylko żeby nie wzbudzać podejrzeń, że czekałam na ich przy oknie. A przecież czekałam. Chociaż sama sobie tego nie chciałam przyznać.
– Babciu! – wrzasnęła najpierw młodsza wnuczka, ledwo zdążyłam przekręcić zamek. – Wszystkiego najlepszego! – rzuciła się na mnie z impetem, który niemal powalił mnie na podłogę.
Za nią wlazł jej brat, jakby miał pod nogami czerwony dywan. Ręce w kieszeniach, kurtka rozpięta, w ustach guma.
– Siema, babciu – rzucił, cmokając mnie w policzek tak od niechcenia.
– No witajcie – powiedziałam, cofając się w głąb mieszkania. – Miło, że pamiętaliście.
– A jakże – powiedział chłopak, rozglądając się po kuchni. – Jest coś do jedzenia?
– Upiekłam ciasto – rzuciłam, jakby to była oczywista oczywistość. – Sernik, taki jak lubicie.
– Ooo, sztos – ucieszyła się wnuczka. – A masz może jakiś sok? Te, co zawsze kupujesz, babciu?
– Mam. Chcecie, to sobie nalejcie. Szklanki tam, gdzie były.
Zabrali się za ciasto. Patrzyłam na nich i próbowałam zgadnąć, po ilu minutach padnie to pytanie. To jedno, które pada zawsze.
– Babciu... – zaczęła wnuczka, z pełną buzią – a masz może... trochę gotówki?
Nie odpowiedziałam od razu. Spojrzałam na zegarek. Szesnaście dwadzieścia jeden. Czyli dłużej niż ostatnio.
Wyciągnęłam wnioski
– A na co wam ta „trochę gotówki”? – zapytałam, krzyżując ręce na piersi.
Mówiłam spokojnie, ale z lekkim uśmiechem, który, jak wiem, ich lekko drażnił.
– Nooo… – zaczęła wnuczka, przeciągając słowo jak stara kaseta magnetofonowa. – Ja bym chciała buty. Takie fajne, modne. Mama mówi, że teraz nie ma kasy.
– Aha – kiwnęłam głową. – A ty? – spojrzałam na wnuka, który właśnie kończył trzeci kawałek sernika.
– Ja? Na nic konkretnego – wzruszył ramionami. – Może coś do kompa. Może jakieś wyjście z ekipą. No wiesz, babciu. Tak po prostu.
– Tak po prostu – powtórzyłam, jakby to było imię świętego.
– Przecież i tak masz, nie? – rzucił chłopak z taką nonszalancją, że aż mnie zatkało.
– No właśnie – dodała siostra. – Ty i tak już sobie nic nie kupujesz, a my młodzi jesteśmy, to wydatków mamy sporo.
Usiadłam przy stole. Powoli, bez pośpiechu, jakbym miała zaraz wygłosić mowę z balkonu papieskiego.
– Czyli rozumiem, że przyszliście na Dzień Babci… nie z życzeniami, nie żeby spędzić trochę czasu… tylko z wyciągniętą ręką?
– Nie, no coś ty, babciu! – wnuczka zrobiła wielkie oczy. – Przyszliśmy, bo cię kochamy!
– Tak bardzo, że nawet kartki nie przynieśliście – mruknęłam. – A może chociaż kwiatka?
– Babciu, nie przesadzaj… – jęknął chłopak. – Przecież wiadomo, że się nie obrażasz.
– Masz rację – uśmiechnęłam się krzywo. – Nie obrażam się. Tylko obserwuję. I wyciągam wnioski.
Zamilkli.
Byłam szczera do bólu
Wzięłam filiżankę z herbatą i upiłam łyk. Wnuczka zerkała na brata, jakby to on miał teraz rozładować napięcie. Ten jednak tylko wzruszył ramionami.
– My po prostu… wiesz, czasy są ciężkie – zaczęła znów, kręcąc palcem po talerzyku. – Mama mówi, że wszystko drożeje, tata tylko wzdycha, no to my tak sobie pomyśleliśmy…
– Że babcia to nie człowiek, tylko bankomat na dwóch nogach? – weszłam jej w słowo. – Wystarczy wcisnąć guzik i lecą stówki?
– Oj, babciu… – jęknął wnuk, w końcu się wtrącając. – Nie o to chodzi. Wiemy, że masz emeryturę. A poza tym, nie oszukujmy się – niczego ci nie brakuje.
– Ciekawe skąd to wiesz – prychnęłam. – Może robisz mi przelewy i nie zauważyłam?
– No nie, ale... masz wszystko: mieszkanie, telewizor, nawet samochód.
– Samochód, który jeździ raz na dwa miesiące i którego nawet nie umiesz odpalić – rzuciłam ostro. – A co do reszty – tak, mam. Mam też trochę rozumu. Pamiętam, że jak byliście mali, to przytulaliście się bez interesu. Prezenty robiliście własnoręcznie. A teraz? Nawet kartki nie wydrukowaliście z internetu.
– Babciu… – zaczęła dziewczyna, ale machnęłam ręką.
– Dobrze. Daję wam po pięćdziesiąt złotych. I nie, nie dlatego, że „wam się należy”. Tylko dlatego, że dzisiaj moje święto, a wy przyszliście. Tylko nie wiem, czy z własnej woli, czy bo mama przypomniała.
Spojrzeli po sobie z miną winowajców.
Spojrzeli na mnie zaskoczeni
Wyjęłam dwie zmięte pięćdziesiątki z portfela i położyłam na stole. Oboje sięgnęli po nie niemal równocześnie.
– Dzięki, babciu – mruknęła dziewczyna. – Jesteś kochana, naprawdę.
– Mhm – potwierdził wnuk, już chowając banknot do kieszeni. – Jesteś najlepsza.
– No jasne – uśmiechnęłam się. – Najlepsza w dawaniu pieniędzy. Ciekawe, co byście powiedzieli, gdybym wam kiedyś dała coś innego. Na przykład książkę. Albo… ścierkę do kuchni. Też bym była „kochana”?
– Oj babciu, nie dramatyzuj – jęknął chłopak. – Serio. Po co tak się nakręcasz?
– Może dlatego, że człowiek ma czas, żeby pomyśleć – odpowiedziałam sucho. – A jak człowiek myśli, to zaczyna zauważać. Kto go odwiedza tylko wtedy, gdy coś chce. Kto dzwoni, gdy trzeba, a kto tylko wtedy, gdy przypomni sobie, że istnieję.
– No nie mów tak… – wnuczka zrobiła minę, jakby zaraz miała się rozpłakać. – Przecież przychodzimy. Przecież jesteśmy.
– Jesteście. Dwadzieścia minut. W międzyczasie zjedliście pół sernika i dostaliście po pięć dych. Czyli bilans całkiem niezły.
– Dobra… może trochę przesadziliśmy – przyznał wnuk, przeczesując włosy dłonią. – Tylko to nie o kasę chodzi. Po prostu… jesteśmy młodzi, no. Młodzież potrzebuje gotówki. Ty też kiedyś byłaś młoda, nie?
– Tak – przytaknęłam. – Tylko że wtedy człowiek miał też trochę przyzwoitości. A wy… hmm. Was to jeszcze chyba nie dotyczy.
Spojrzeli na mnie zaskoczeni. Jakby pierwszy raz ktoś powiedział im wprost, że może jednak nie są takimi świętoszkami, za jakich się uważają.
Powiedziałam, co myślę
– Babciu… – zaczęła znów wnuczka, próbując ratować sytuację. – Ty chyba myślisz, że my tacy jesteśmy… no wiesz… wyrachowani.
– A nie jesteście? – zapytałam, opierając się wygodniej na krześle. – Bo wiesz, jak człowiek przychodzi z pustymi rękami, ale z wyciągniętą dłonią po coś, to wygląda to najlepiej.
– Oj przestań – jęknął chłopak. – Przecież nie o to chodzi. My się cieszymy, że cię widzimy!
– Cieszycie się? – uniosłam brew. – To może zapytacie, co u mnie? Jak się czuję?
Zrobiło się cicho. Nawet lodówka przestała buczeć, jakby i ona chciała posłuchać tej niezręcznej rozmowy. Wnuk pokasływał, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział co. W końcu wnuczka się odezwała.
– Babciu… przepraszamy. Naprawdę. Nie wiedzieliśmy, że tak się czujesz. Gdybyśmy… gdybyś powiedziała...
– Człowiek nie powinien prosić, żeby go ktoś zauważył – przerwałam jej łagodnie. – Ale wiecie co? Jest jeszcze czas, żebyście się nauczyli. Bo nie zawsze będzie tak, że ja otworzę drzwi.
Spojrzeli po sobie. Pierwszy raz dzisiaj bez głupich uśmieszków.
Uśmiechnęłam się lekko
– Babciu… – odezwał się wnuk ciszej niż zwykle. – Masz rację. Zachowaliśmy się jak… no, jak dzieciaki.
– Bo jesteście dzieciakami – odparłam, tym razem łagodniej. – I właśnie dlatego jeszcze wam wybaczam. Jeszcze.
Wnuczka spuściła głowę i zaczęła skubać rękaw bluzy. Widziałam, że się zbiera do czegoś.
– Może… może następnym razem upiekę dla ciebie ciasto? – zapytała cicho. – Albo... po prostu przyjdziemy wcześniej. Tak bez okazji.
– Bez pięćdziesiątki w zamian? – zapytałam z przekąsem.
– No... – zająknęła się. – No właśnie tak.
Wnuk wstał pierwszy i bez słowa zaczął zbierać talerzyki ze stołu. No proszę, jednak potrafi. Wzięłam kubki i poszłam za nim do zlewu.
– Babciu, serio. Przepraszam za to wszystko – mruknął. – Czasem nie wiem, jak się zachować, ale się uczę.
– Okej – przytaknęłam. – Tylko pamiętaj, że kiedyś mnie zabraknie.
Nie odpowiedział. Tylko wyciągnął rękę i lekko ścisnął moją dłoń. Gdyby był młodszy, pewnie by się popłakał. Teraz tylko zakaszlał i spojrzał przez okno.
– Dobra, idziemy – powiedział. – Dzięki za sernik. I... za cierpliwość.
– I za lekcję – dodała wnuczka. – Następnym razem przyniosę tulipany. Wiem, że lubisz.
Uśmiechnęłam się lekko.
– Tulipany, ciepłe skarpetki, telefon raz w tygodniu. Wcale nie trzeba wiele, żeby babcia była szczęśliwa.
Pomachali mi z klatki schodowej. Zamknęłam drzwi i westchnęłam.
– A może jeszcze coś z nich będzie – mruknęłam do siebie i nalałam sobie nową herbatę.
Halina, 76 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałam na ferie sama, by wypocząć. Przypadkowe spotkanie zimą rozgrzało mnie bardziej niż niejeden letni romans”
- „Na nasz zimowy wyjazd do Pragi mąż zabrał pasażera na gapę. Kto by pomyślał, że zaprzyjaźnię się z jego kochanką”
- „Laurka od wnuków na Dzień Babci pokazała mi, kim dla nich jestem. Liczą tylko na koperty i robią ze mnie bankomat”