„Wpadłam do córki bez zapowiedzi. Przez to, co zobaczyłam, nie wiem, czy zasługuje na miejsce w moim testamencie”
„Miałam w głowie obraz mojej relacji z córką: ciepłej, może nieidealnej, ale szczerej. Wierzyłam, że ucieszy się na mój widok, że usiądziemy przy herbacie i porozmawiamy. Zamiast tego weszłam w rzeczywistość, której się nie spodziewałam. Po tym, co zobaczyłam, nic już nie będzie takie samo. Do dziś nie wiem, czy potrafię jej to wybaczyć”.

- Redakcja
Nie planowałam tego wcześniej, wszystko wydarzyło się spontanicznie. Postanowiłam odwiedzić moją jedyną córkę. Bez telefonu, bez zapowiedzi – chciałam sprawić jej niespodziankę, taką prawdziwą, z serca. Kupiłam drobny upominek, ulubione ciastka i ruszyłam w drogę.
Byłam pewna, że się ucieszy
Wsiadłam do autobusu o ósmej. Jeszcze po drodze kupiłam świeże tulipany i ulubione kruche ciasteczka Oli – te z konfiturą malinową, które zawsze podjadała ukradkiem, gdy była dzieckiem. Uśmiechałam się do swoich myśli, bo wyobrażałam sobie jej minę, kiedy mnie zobaczy. Zawsze narzekała, że zbyt rzadko się widujemy. A ja chciałam tylko zrobić jej radość. Byłam pewna, że się ucieszy.
Droga do jej bloku była znajoma. Znałam każdy zakręt, każdy sklepik po drodze. Ola mieszkała w tym samym miejscu od pięciu lat. Kiedy wysiadłam z autobusu, zbliżała się dziesiąta. Klatka była otwarta, więc weszłam bez problemu i podeszłam pod jej drzwi.
Zadzwoniłam dzwonkiem, raz, potem drugi. Cisza. Przekręciłam klamkę – drzwi były otwarte. W pierwszej chwili się zaniepokoiłam, ale pomyślałam, że może wyszła tylko na chwilę do sklepu. Weszłam więc, wołając głośno:
– Olu, jesteś? To ja, mama!
Zamiast odpowiedzi usłyszałam jedynie stłumione dźwięki z głębi mieszkania. Weszłam dalej, trzymając w rękach kwiaty i ciastka, z sercem bijącym szybciej, niż powinno.
Wszędzie panował bałagan
Drzwi do sypialni były przymknięte. Z wnętrza dochodziły dźwięki – muzyka, śmiech, ktoś coś mówił głośno. Wciąż trzymałam w rękach kwiaty i pudełko z ciastkami, ale uśmiech z twarzy dawno mi zniknął. Zajrzałam do salonu. Wszędzie panował bałagan – talerze z niedojedzonym jedzeniem, porozrzucane ubrania, butelki po winie. Na kanapie spał jakiś facet, W samych skarpetkach i spodniach. Przykryty narzutą. Obok niego leżały damskie buty na obcasie.
Zrobiło mi się gorąco. Znałam swoją córkę jako osobę poukładaną, dbającą o porządek, nieprzyzwyczajoną do chaosu, a już na pewno nie do przyjmowania gości, których nie potrafiłaby przedstawić własnej matce. Podeszłam do drzwi sypialni i zapukałam cicho.
– Ola? – zapytałam, czując, że głos mi się łamie.
W odpowiedzi usłyszałam tylko poruszenie, a po chwili odgłos przekręcania klucza. Drzwi pozostały zamknięte.
– Ola, to ja. Mama. – powiedziałam z trudem, niemal szeptem.
Nastąpiła długa, nienaturalna cisza.
– Mamo, nie teraz... – dobiegło zza drzwi. – Proszę, wyjdź.
Jak nie moja córka
Stałam tam jeszcze przez chwilę, próbując zrozumieć, co się właśnie wydarzyło. Te kilka słów Oli – zimnych, obcych – ciągle brzmiało mi w uszach. Jakby byłam niechcianym gościem. Kimś przypadkowym. Jakby moje przyjście zakłóciło coś ważniejszego. Odłożyłam kwiaty na komodę przy drzwiach, nie chcąc ich już dłużej trzymać. W tym mieszkaniu, w którym jeszcze niedawno czułam się jak u siebie, teraz wszystko wydawało się obce. Zrobiłam krok w stronę wyjścia, ale zatrzymał mnie szept zza drzwi:
– Przepraszam… nie wiedziałam, że przyjedziesz.
Westchnęłam ciężko. Tyle lat starałam się być obecną matką – nie wścibską, nie narzucającą się, ale czułą, kiedy trzeba, i wspierającą, gdy prosiła. Czy naprawdę wystarczyło kilka lat samodzielnego życia, by zapomniała o tym wszystkim? Nie doczekałam się odpowiedzi. Wyszłam. Z klatki zbiegłam szybciej, niż pozwalały mi na to kolana. Zamiast jechać do domu, usiadłam na ławce nieopodal i po prostu patrzyłam przed siebie. Co się dzieje z moją córką?
Do domu wracałam jak przez mgłę. W autobusie ktoś ustąpił mi miejsca, ale nie zauważyłam nawet, kto to był. Siedziałam sztywno, trzymając w dłoni reklamówkę z otwartym pudełkiem ciastek, z których kilka wysypało się na dno torby. Pachniały maliną. Przeszły mi przez głowę różne wspomnienia sprzed lat – laurki z przedszkola, uściski w szkole podstawowej, pierwsze śniadanie, które przygotowała mi na tacy. A teraz? „Idź już”. W głowie rozbrzmiewało mi to zdanie jak echo.
Nie zadzwoniła wieczorem. Nie napisała wiadomości. Nawet nie zapytała, czy dojechałam bezpiecznie. Czekałam do północy, patrząc w telefon. Następnego dnia nie wytrzymałam. Zadzwoniłam. Odebrała po długim czasie.
– Mamo, przepraszam. To był zły moment.
– A kiedy jest dobry moment, żeby zobaczyć się z własną matką?
– Po prostu… to było niezręczne. Byłam z kimś. Nie wiedziałam, jak to rozegrać.
– Nie o to chodzi, Olu. Wiesz o tym. Ty już nie jesteś tą samą dziewczyną, którą wychowałam.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Taka, co nie zapowiada nic dobrego.
„Nie taką córką chcę być”
Spotkałyśmy się tydzień później, w kawiarni niedaleko mojego domu. To ona zaproponowała spotkanie. Przyszła spóźniona, z rozpuszczonymi włosami, w luźnym swetrze, bez makijażu. Usiadła naprzeciwko i przez dłuższą chwilę tylko mieszała łyżeczką herbatę, nie patrząc mi w oczy.
– Nie chciałam cię zranić – powiedziała w końcu. – Ale nie potrafię już być taką córką, jaką chciałabyś mieć.
– A jaką niby chcę mieć? – zapytałam ostrożnie, czując, jak zaciska mi się gardło.
– Spokojną, poukładaną, przewidywalną. Taką, która nie zaprasza znajomych, nie zostawia brudnych naczyń. Chciałabyś mnie mieć w ramce. Zawsze grzeczną, uśmiechniętą i wdzięczną.
– Chciałabym cię mieć obecną. Obecną w moim życiu. Tak jak ja byłam w twoim – odparłam cicho.
Ola pokręciła głową.
– Wiem, że nie jestem ideałem. Ale mam prawo układać sobie życie po swojemu. Nie potrzebuję matki, która się obraża, bo nie dostała laurki.
– Nie laurki oczekiwałam. Tylko szacunku.
To była jedna z tych rozmów, po których nie wiadomo, czy coś zostało uratowane, czy raczej definitywnie zakończone.
Czy ją wydziedziczę?
Wróciłam do domu i zamknęłam za sobą drzwi tak cicho, jak tylko umiałam. Usiedliśmy z mężem przy kuchennym stole. Spojrzał na mnie pytająco, ale nie miałam siły mówić. Wreszcie westchnęłam:
– Nie wiem, czy ją jeszcze rozumiem.
Nie odpowiedział. Wiedział, że to nie pora na słowa. Ola nie zadzwoniła przez kolejne dni. A może i dobrze. Musiałam to wszystko przemyśleć. Może zbyt długo traktowałam ją jak małą dziewczynkę, która zawsze wróci z podrapanym kolanem, przytuli się i powie „przepraszam”. Tymczasem dorosła. Tylko dlaczego ten dorosły świat musiał być aż tak zamknięty przede mną?
Myślałam o testamencie. O tym, co zostawimy naszym dzieciom. Ale wtedy zrozumiałam coś ważniejszego – że prawdziwe dziedzictwo to nie mieszkanie, pieniądze, ani nawet pamiątki rodzinne. To wartości. I jeśli ich nie widać – jeśli córka nie potrafi już okazać szacunku, wdzięczności, bliskości – to znaczy, że gdzieś po drodze coś poszło nie tak. Czy ją wydziedziczę? Może. A może poczekam. Może jeszcze kiedyś zadzwoni, już nie tylko po to, by przeprosić, ale żeby naprawdę się spotkać. Na razie zostawiłam jej wiadomość: „Drzwi do domu są otwarte. Zawsze”.
Barbara, 67 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chłopak z Holandii będzie tatą mojego dziecka. Choć nic o nim nie wiem, wolę to od wiecznej samotności”
- „Żona wylicza mi każdy grosz, ale nie szkoda jej kasy na rzęsy jak wachlarze. Zawsze ważne były tylko jej zachcianki”
- „Obiad na Dzień Babci do dziś odbija mi się czkawką. To wtedy przejrzałam na oczy, że rodzina ma mnie w nosie”