„Współczułam teściowi, gdy został sam po śmierci teściowej. Nie przypuszczałam, że teraz to ja zostanę jego służącą”
„Pewnego ranka, gdy weszłam tam zaspana, poślizgnęłam się na czymś miękkim. Spojrzałam w dół. Na moich puszystych, beżowych dywanikach łazienkowych leżały jego brudne, szare gacie. Zwinięte w kulkę, rzucone niedbale obok kosza na pranie”.

To miała być sytuacja tymczasowa. Po pogrzebie teściowej serce mi pękło, gdy widziałam, jak ojciec mojego męża maleje w oczach, skulony na starej kanapie w swoim pustym nagle mieszkaniu.
– Nie możemy go tak zostawić – powiedziałam wtedy.
Było mi go żal
Mieliśmy z Łukaszem swoje rytuały. Nasze 80 metrów kwadratowych było oazą spokoju. Każda rzecz miała swoje miejsce. To nie była tylko kwestia estetyki, to była moja filozofia życia. Chaos na zewnątrz, spokój w środku.
Byliśmy małżeństwem od pięciu lat. Nie mieliśmy jeszcze dzieci, co było naszą świadomą decyzją, choć teściowa delikatnie dopytywała o wnuki. Teściowa była dobra. Cicha, usłużna, zawsze w cieniu swojego męża, który był… cóż, był specyficzny. Głośny, rubaszny, typ wujka z wąsem, który na weselu zawsze musi opowiedzieć sprośny żart.
Tolerowałam go na niedzielnych obiadach raz w miesiącu. Wtedy wydawał się nieszkodliwym reliktem przeszłości. Kiedy teściowa zmarła nagle na zawał, nasz świat zachwiał się w posadach. Ale to świat teścia runął całkowicie. Na pogrzebie wyglądał jak dziecko zgubione we mgle. Nie umiał zawiązać krawata. Nie wiedział, gdzie są dokumenty od ubezpieczenia. Był bezradny w sposób, który budził instynkt opiekuńczy.
Zamieszkał z nami
– On sobie nie poradzi – powiedział Łukasz, trzymając mnie za rękę w drodze powrotnej z cmentarza. Płakał. Rzadko widywałam łzy mojego męża. – Mama robiła za niego wszystko. Dosłownie wszystko. On nawet nie wie, jak włączyć pralkę.
– Weźmy go do nas – te słowa wypłynęły z moich ust szybciej, niż zdążyłam je przemyśleć. – Na parę tygodni, póki nie stanie na nogi. Mamy gabinet, wstawimy tam łóżko. Będzie mu raźniej.
Łukasz spojrzał na mnie z taką wdzięcznością, że poczułam ukłucie dumy. Byłam dobrą żoną. Dobrą synową. Ratowałam rodzinę. Teść wprowadził się dwa dni później. Przywiózł ze sobą dwie walizki i zapach starych papierosów zmieszany z wodą kolońską Brutal.
Początek był, jak to zwykle bywa, mylący. Teść był cichy, większość czasu spędzał, oglądając telewizję. Współczuliśmy mu. Gotowałam domowe obiady, starałam się być delikatna. Zmiana nastąpiła w drugim tygodniu. Subtelna, ale wyczuwalna. Siedziałam przy stole w salonie, próbując skupić się na zleceniu dla ważnego klienta. Potrzebowałam ciszy.
– Lidzia! – dobiegł mnie głos.
Zignorowałam to, myśląc, że może mówi do telewizora.
– Lidzia! Słyszysz mnie?
Nic nie podejrzewałam
Odetchnęłam głęboko, wstałam i podeszłam do uchylonych drzwi. Teść leżał na kanapie w rozciągniętym podkoszulku, z nogami na stoliku kawowym.
– Tak, tato? Coś się stało? – zapytałam, siląc się na uśmiech.
– Kawki bym się napił. Takiej z mleczkiem, jak wczoraj. I może jest jeszcze ten serniczek?
Zamurowało mnie. Nie prosił. On składał zamówienie.
– Tato, pracuję teraz. Ekspres jest w kuchni, mleko w lodówce. Dasz sobie radę, to jeden guzik.
Spojrzał na mnie, jakbym powiedziała mu coś w języku mandaryńskim. Jego brwi ściągnęły się w wyrazie szczerego zdumienia.
– Ale Tereska zawsze mi przynosiła. Ja się na tych waszych nowoczesnych maszynach nie znam. Jeszcze coś zepsuję. Korona ci z głowy nie spadnie.
Zrobiłam tę kawę. To był mój pierwszy błąd. Pokazałam mu, że jego wyuczona bezradność działa. Że wystarczy wspomnieć zmarłą żonę i zrobić minę sieroty, a ja rzucę pracę, żeby go obsłużyć. Kiedy stawiałam kubek na stoliku, rzucił tylko:
– A cukier? Tereska wiedziała, że dwie łyżeczki.
– Cukier jest w cukierniczce, tato – warknęłam i wyszłam.
– No, nerwowa jakaś – usłyszałam za plecami. – Tereska to była oaza spokoju…
Rządził się
To, co zaczęło się od kawy, szybko ewoluowało w pełnowymiarowy terror kulinarny. Teść nie uznawał mojej kuchni. Moje sałatki z rukolą, kasze, pieczone warzywa – to wszystko było dla niego paszą dla królików. Wróciłam kiedyś z zakupów, zmęczona po spotkaniu z klientem na mieście. Weszłam do kuchni i zamarłam. Na mojej indukcji, na której nie było ani jednej rysy, stała wielka, osmolona patelnia przywieziona przez niego. W środku skwierczała słonina. Cały blat był zachlapany tłuszczem.
– Co tu się dzieje? – zapytałam, czując, jak w gardle rośnie mi gula.
Teść stał przy kuchence, w poplamionym dresie, mieszając skwarki widelcem.
– A, bo po tych twoich wynalazkach to człowiek zaraz głodny. Jajeczniczkę sobie robię na boczku. Prawdziwą, męską. Łukasz też zje, jak wróci. Chłop musi zjeść mięso, a nie trawę.
Zacisnęłam zęby.
– Tato, prosiłam. Jeśli smażysz, włącz okap. I nie używaj metalowych sztućców na tych patelniach, niszczysz je.
Machnął ręką, jakby odganiał muchę.
– E tam, niszczysz. Tereska miała patelnie po dwadzieścia lat i nic się nie niszczyło. Ty przesadzasz. Za bardzo się przejmujesz rzeczami, a za mało ludźmi.
– Za mało ludźmi? – mój głos poszybował o oktawę wyżej. – Przyjęłam cię pod swój dach!
– No i chwała ci za to, dziecko. Ale gospodarzem to ty średnim jesteś. Wczoraj w zupie to prawie soli nie było. Tereska to miała smak…
Wzbudzał litość
Zaczęłam nienawidzić teściowej. Biednej, zmarłej kobiety, której nigdy nie znałam od tej strony. Stała się w ustach teścia niedoścignionym ideałem, batem, którym smagał mnie przy każdej okazji. Tereska lepiej prasowała. Tereska ciszej chodziła. Tereska wiedziała, kiedy podać piwo. Tereska nie siedziała w komputerze, tylko zajmowała się domem.
Granica mojej wytrzymałości została jednak przekroczona nie w kuchni, ale w łazience. Mieliśmy jedną, dużą łazienkę. Zawsze dbałam o to, by była sterylna. Lubiłam brać długie kąpiele przy świecach. Odkąd zamieszkał z nami teść, wchodzenie tam stało się traumą. Nie uznawał opuszczania deski. Nie uznawał używania szczotki do toalety. Zostawiał po sobie ślady, które przyprawiały mnie o mdłości.
Włosy w umywalce po goleniu były standardem. Ale pewnego ranka, gdy weszłam tam zaspana, poślizgnęłam się na czymś miękkim. Spojrzałam w dół. Na moich puszystych, beżowych dywanikach łazienkowych leżały jego brudne, szare slipy. Zwinięte w kulkę, rzucone niedbale obok kosza na pranie.
Potrzebował służącej
Wzięłam te slipy w dwa palce, wyniosłam do salonu, gdzie teść pił poranną kawę i rzuciłam mu je na kolana.
– Co to jest?! – wrzasnęłam.
Aż podskoczył, rozlewając kawę na tapicerkę sofy.
– Jezus Maria, Lidka! Oparzyłaś mnie! Co ci odbiło?
– Pytam, co twoje brudne gacie robią na podłodze w mojej łazience? Czy ty myślisz, że ja jestem twoją służącą? Że będę zbierać po tobie brudy?
Spojrzał na mnie z oburzeniem, strzepując bieliznę na podłogę.
– Wstydziłabyś się. Starszemu człowiekowi tak uwagę zwracać. Tereska zawsze zbierała pranie. To chyba naturalne, że jak idziesz wstawiać pralkę, to bierzesz też moje rzeczy. Mam ci segregować? Kobieta jesteś, to powinnaś wiedzieć, jak się domem zająć.
W tym momencie do pokoju wszedł Łukasz. Liczyłam, że stanie w mojej obronie. Spojrzał na plamę kawy na sofie, na ojca trzymającego się za serce i na mnie, czerwoną ze wściekłości.
– Lidka… kochanie, nie krzycz tak. Tata ma słabe serce – powiedział cicho. – To tylko pranie. Wrzuciłabyś do pralki i po sprawie. Po co ta afera?
Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Mój mąż, mój partner, mój sojusznik, właśnie zbagatelizował fakt, że jego ojciec traktuje mnie jak pomywaczkę.
– On mnie upokarza we własnym domu. On wymaga, żebym mu usługiwała. A ty mówisz, że robię aferę?
– On jest starej daty. Nie zmienisz go. Przemęczymy się jeszcze trochę. Proszę cię.
Wyszłam z domu. Trzasnęłam drzwiami tak mocno, że aż tynk się posypał.
Potrzebowałam ciszy
Od tego dnia w domu zapanowała zimna wojna. Przestałam gotować dla teścia. Robiłam jedzenie tylko dla siebie. Zaczęłam zamykać sypialnię na klucz. Ale teść nie zamierzał odpuścić. Uznał to za wyzwanie. Skoro ja nie chciałam być dobrą synową, on postanowił udowodnić Łukaszowi, że jestem złą żoną. Zaczął mnie obgadywać przy synu.
– Widzisz, Łukaszku, wracasz z pracy zmęczony, a obiadu nie ma. Lidka tylko przed tym komputerem siedzi. Co ona tam robi całymi dniami? Klikanie to nie robota. Twoja mama też pracowała w księgowości, ale obiad zawsze był dwudaniowy.
Łukasz milczał. To jego milczenie bolało bardziej niż jad sączący się z ust teścia. Mąż był jak bokserski worek treningowy, przyjmował ciosy z obu stron, próbując nikogo nie urazić, a przez to ranił mnie najbardziej. Kulminacja nastąpiła w dniu, w którym miałam najważniejszą telekonferencję w roku. Prezentacja projektu dla inwestora z Berlina. Gra szła o kontrakt, który ustawiłby mnie finansowo na dwa lata. Poprosiłam dzień wcześniej:
– Błagam was. Między 10 a 12 potrzebuję absolutnej ciszy. Zero telewizora, zero chodzenia, zero wchodzenia do salonu. To kwestia mojej kariery.
Teść pokiwał głową, mrucząc coś pod nosem, a Łukasz obiecał, że zabierze ojca na spacer.
Wszystko zepsuł
Niestety, rano okazało się, że pada deszcz. Łukasz pojechał do biura, zostawiając mnie samą z problemem.
– Tato, pamiętasz? Cisza – przypomniałam, zamykając się w salonie.
Rozmowa szła świetnie. Niemieccy inwestorzy kiwali głowami, byli zachwyceni wizualizacjami. I wtedy drzwi do salonu otworzyły się z hukiem. Stanął w nich teść w samych majtkach i podkoszulku na ramiączkach, który odsłaniał jego owłosiony brzuch.
– Lidka! Gdzie jest papier toaletowy?! – ryknął na całe gardło. – W tej chałupie nic nie można znaleźć!
Zapadła cisza. Na ekranie mojego laptopa widziałam twarze trzech eleganckich Niemców i mojej szefowej. Wszyscy patrzyli na półnagiego, starszego mężczyznę w tle, wrzeszczącego o papier toaletowy. Próbowałam wyłączyć kamerę, ale ręce mi się trzęsły.
– Tato! Wyjdź! – krzyknęłam.
– Co wyjdź?! Papieru daj! A nie siedzisz i gadasz głupoty do ekranu!
Rozłączyłam się. Siedziałam w ciszy przez minutę. Słyszałam tylko szum krwi w uszach i trzaśnięcie drzwiami od łazienki. Kontrakt przepadł. Wiedziałam to od razu. Mój profesjonalizm został zredukowany do poziomu kabaretu.
Miałam dosyć
Tego popołudnia, gdy Łukasz wrócił z pracy, nie czekałam z poważną rozmową. Czekałam ze spakowaną walizką. Ale zanim zdążyłam wyjść, teść postanowił odegrać ostatni akt. Uznał, że skoro zmarnowałam dzień na głupoty, to powinnam się zrehabilitować. Zaprosił swojego brata na obiad. Kiedy weszłam do kuchni, zobaczyłam ich obu przy stole. Dym papierosowy i teść walący pięścią w stół.
– O, jest i nasza księżniczka! – zawołał. – Stachu, to jest właśnie Lidka. Ładna, ale leniwa jak diabli. Lidzia, usmaż nam jajecznicę, bo wujek głodny. I ogórki przynieś z piwnicy.
Spojrzałam na Łukasza, który właśnie wszedł do domu i stał w przedpokoju, zdejmując buty. Widziałam w jego oczach strach. Wiedział, że to koniec.
– Nie – powiedziałam spokojnie.
– Co „nie”? – teść zmrużył oczy.
– Nie zrobię ci jajecznicy. Nie przyniosę ogórków. I nie będę twoją służącą. Zniszczyłeś mi dziś projekt życia. Upokorzyłeś mnie przed ludźmi, na których mi zależało. Traktujesz mnie jak śmiecia we własnym domu. I wiesz co? Mam dość.
Zaśmiał się chrapliwie.
– Słyszysz to, Stachu? Histeria. Tereska by w życiu tak do mnie nie powiedziała. Łukasz, zrób coś z tą swoją żoną, bo wstyd przynosi nazwisku. Naucz ją szacunku do starszych.
Postawiłam się
Wszystkie oczy zwróciły się na Łukasza. To był moment prawdy. Łukasz wszedł do kuchni. Był blady. Spojrzał na ojca, potem na mnie. Widziałam, jak walczy ze sobą. Jak jego wychowanie w kulcie szacunku do ojca walczy z miłością do mnie i resztkami zdrowego rozsądku.
– Tato… – zaczął drżącym głosem. – Chyba powinieneś przeprosić Lidkę.
– Że co?! – teść aż wstał. – Ja mam przepraszać? Za co? Że papieru chciałem? Że głodny jestem? To ona jest bezczelna! Wychowałeś sobie żmiję, synu! Jak Tereska umarła, to myślałem, że chociaż tu znajdę opiekę, a tu co? Terror!
Łukasz spuścił głowę. Znowu nie potrafił uderzyć pięścią w stół.
– Tato, no nie denerwuj się… Lidka, może po prostu zrób im te kanapki i pogadamy jutro na spokojnie? – powiedział błagalnym tonem.
– Nie – powiedziałam, biorąc torebkę. – Nie zrobię kanapek. Nie pogadamy jutro. Ja wychodzę. Jadę do hotelu. Masz dwa dni, żeby zdecydować, z kim chcesz mieszkać. Z ojcem, któremu potrzebna jest opiekunka i pielęgniarka, a nie synowa do pomiatania, albo ze mną. Jeśli on tu będzie, gdy wrócę – składam pozew o rozwód.
Miarka się przebrała
– Lidka, nie możesz… – zaczął Łukasz, ale już go nie słuchałam.
– A ty – zwróciłam się do teścia, który stał z otwartymi ustami – możesz sobie sam usmażyć te jajka. Tylko nie spal chaty. Choć w sumie już mi wszystko jedno.
Spędziłam trzy dni w hotelu. Telefon dzwonił non stop. Łukasz błagał, przepraszał, tłumaczył. Teść zadzwonił raz, żeby powiedzieć, że jestem niewdzięczna i że zniszczyłam rodzinę. Zablokowałam jego numer.
Szefowa była wściekła, ale kiedy opowiedziałam jej całą historię, dała mi drugą szansę przy mniejszym projekcie. Straciłam dużo pieniędzy i reputację, ale nie straciłam godności. Wróciłam do domu w czwartek. Mieszkanie było puste. Czyste, ale puste. Zniknął zapach Brutala. Zniknęły brudne skarpety. Zniknął teść. Łukasz siedział przy stole w kuchni. Wyglądał na starszego o dziesięć lat.
– Odwiozłem go – powiedział cicho, nie patrząc mi w oczy. – Do jego mieszkania. Wynająłem opiekunkę. Będzie przychodzić codziennie, gotować, sprzątać. On mnie przeklął. Powiedział, że jestem pantoflarzem i że zdradziłem pamięć matki.
Wszystko się zmieniło
Usiadłam naprzeciwko niego. Nie czułam triumfu. Czułam ogromne zmęczenie i smutek.
– Nie zdradziłeś. Uratowałeś nasze małżeństwo. Twoja mama by nie chciała, żebyś był nieszczęśliwy. Ona była ofiarą tego układu, nie wzorem do naśladowania. Nie widzisz tego?
Łukasz milczał długo. W końcu chwycił mnie za rękę.
– Widzę. Dopiero teraz widzę. Jak zobaczyłem cię wychodzącą z tą walizką, dotarło do mnie, że próbowałem zadowolić tyrana kosztem kobiety, którą kocham. Przepraszam.
Minęło pół roku. Teść wciąż się do nas nie odzywa. Czasem dzwoni do Łukasza, by ponarzekać na opiekunkę, ale Łukasz nauczył się odkładać słuchawkę. Nasze małżeństwo przetrwało, choć blizna została.
Nauczyłam się jednego: empatia ma swoje granice. Pomoc rodzinie kończy się tam, gdzie zaczyna się przemoc – nawet ta w białych rękawiczkach, ukryta pod płaszczykiem żałoby i tradycyjnych wartości. I nigdy, przenigdy nie pozwolę już nikomu traktować się jak służącej we własnym domu. Nawet jeśli będzie to oznaczało bycie tą złą synową.
Lidia, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zamieniłem Zakopane na ferie w szwajcarskich Alpach i szybko pożałowałem. Nawet luksusowy kurort nie spełnił oczekiwań”
- „W walentynki liczyłam na romantyczne sceny rodem z harlekina. A w jeden dzień mąż przekreślił 10 lat wspólnego życia”
- „Teść zawsze był lekkoduchem, ale teraz to już przesada. Niech nie liczy, że będę go sponsorować w nieskończoność”